Społeczeństwo
Miała być piorunochronem dla swoich rodziców, zbawcą ich związku (Fot. Shutterstock)
Miała być piorunochronem dla swoich rodziców, zbawcą ich związku (Fot. Shutterstock)

Pojawiła się u mnie czterdziestodwuletnia kobieta. Była singielką (i czuła się samotna). W całym życiu była tylko w kilku krótkich związkach. Nieśmiała, powściągliwa, czuła się niezdolna do nawiązywania kontaktów z nieznajomymi. Jej pewność siebie była chwiejna – kilkakrotnie odmówiła awansu, ponieważ nie wierzyła w siebie. Chociaż ona sama tego nie podkreślała, zauważyłam, że te oferty pracy wiązałyby się z przeprowadzką za granicę albo wymagałyby regularnych, dłuższych podróży służbowych. *

Ta kobieta, nazwijmy ją Anna, powierzchownemu obserwatorowi wydawać się mogła zupełnie prawidłowo funkcjonującą osobą dorosłą: miała własne mieszkanie, dobrze zarabiała... a jednak coś było nie tak. Gdy weszłyśmy nieco głębiej w szczegóły i zaczęła opowiadać mi, jak spędza czas, okazało się, że pozostała "córeczką rodziców".

Większość wolnego czasu spędzała z nimi – po pracy wracała do nich "do domu". Jedli razem kolację, oglądali telewizję, a ona wychodziła od nich dopiero późnym wieczorem, by pójść spać do własnego mieszkania. W weekendy chodzili po górach i odwiedzali krewnych; spędzali też razem wakacje. Co by się stało, gdyby trochę ograniczyła tę bliską relację? Nie potrafiła sobie tego nawet wyobrazić.

Gdy rozmawiałyśmy o takiej możliwości, stawała się coraz bardziej spięta – ale pojawiła się także ciekawość. W kolejny weekend podjęła próbę. Odwołała niedzielny obiad, tłumacząc się wyjściem służbowym. Matka wyczuła jednak w jej głosie, że coś jest nie tak, i jej nie uwierzyła. W niedzielne popołudnie Anna odebrała rozpaczliwy telefon od matki: jej rodzice mieli wielką awanturę, ojciec wybiegł rozwścieczony, a matka nie wiedziała, gdzie on jest. Anna natychmiast wsiadła do samochodu i popędziła, jak sama mówi, "jak karetka pędząca do masowego wypadku, aby próbować ratować życie".

W weekendy chodzili po górach i odwiedzali krewnych; spędzali też razem wakacje. Co by się stało, gdyby trochę ograniczyła tę bliską relację? (Fot. Shutterstock)

"Jak myślisz, co ratujesz?" – zapytałam ją. Długo się zastanawiała przed udzieleniem odpowiedzi. Jej głos był cichy i pusty: "małżeństwo moich rodziców" – odpowiedziała. Na powierzchnię wypłynęły wspomnienia, emocje i ból. Przypomniało jej się coś, co kiedyś powiedział ojciec: "Byłaś naszą ostatnią próbą. Gdybyś się nie urodziła, twoja matka i ja z pewnością nie bylibyśmy razem". Takie było więc jej zadanie, wyznaczona od urodzenia rola: miała być piorunochronem dla swoich rodziców, zbawcą ich związku. Oczywiście nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi, ale skrupulatnie obserwowała ich nastroje. Rozwiązywała spory, odwracała uwagę od konfliktów i scalała ich małżeństwo. Teraz, po czterdziestce, dalej była to misja jej życia – i nie widziała powodu, dla którego byłą singielką.

"Co by się stało z twoimi rodzicami, gdybyś nią nie była?" – zapytałam ją i zobaczyłam, że głęboko się nad tym zastanawia. Próbowała mi to wyjaśnić, ale głównie starała się przekonać samą siebie, podając powody, które wydawały jej się racjonalne: jej rodzice wkrótce będą potrzebować opieki, była jedyną osobą, na którą mogli liczyć. Rezultat jej przemyśleń był taki, że musi to ciągnąć dalej. Nie było mowy, by porzuciła swoje zadanie stania u boku rodziców. Kiedy zasugerowałam, że wydaje się być nie obok nich, ale między nimi, była zaskoczona i nie widziała różnicy.

Aby pomóc jej lepiej zrozumieć sytuację, wzięłyśmy trzy krzesła, które miały symbolizować ją i jej rodziców. Poprosiłam, żeby ustawiła je tak, by odzwierciedlały ich obecną sytuację rodzinną. Trzy krzesła umieściła blisko siebie – swoje pośrodku. Testowała jedno po drugim, sprawdzała, jak to jest na nich siedzieć, i była zdumiona, widząc, że w rzeczywistości nikt nie ma w tym układzie miejsca: jej rodzice mogą dotrzeć do siebie tylko przez nią, a jeśli któreś z nich chce zobaczyć drugie, musi obrócić się w lewo bądź prawo. "Muszę odwrócić się plecami do matki lub ojca" – zauważyła. Poprosiłam ją, żeby ustawiła krzesła w lepszy sposób. Po namyśle podniosła środkowe krzesło i umieściła je nieco dalej, przodem do "rodziców". W ten sposób mogła łatwo zobaczyć ich oboje, a jednocześnie oni mogli nawiązać ze sobą bezpośredni kontakt. Następnie ostrożnym ruchem odwróciła nieco swoje krzesło od krzeseł rodziców, bo chciała zobaczyć także inne rzeczy, nie tylko mamę i tatę. Po czterdziestce powoli zaczęła się otwierać na świat.

Zanim się urodzimy, nasi rodzice mogą wyznaczyć nam różne zadania. W przypadku Anny było to na przykład uratowanie ich rozpadającego się małżeństwa, nadanie ich związkowi poczucia sensu i celu. Inni rodzice oczekują, że dzieci spełnią ich marzenia, osiągną to, czego im się nie udało osiągnąć. Jeszcze inni używają dzieci jako towarzyszy, którzy ochronią ich przed samotnością. Zastanówcie się, w jakim stopniu dotyczy to samych rodziców, a w jakim ich dzieci. Im silniejsze są wyobrażenia rodziców na temat tego, co ich dzieci muszą robić, im więcej zadań dla nich planują, tym mniej możliwości swobodnego wyboru mają córki i synowie.

Noémi Orvos-Tóth. (Fot. Péter Máté / Jelenkor Publishing, mat.prasowe)

Oczywiście rodzice zazwyczaj myślą, że chcą tylko tego, co najlepsze dla swoich dzieci, i rzadko przychodzi im do głowy, że ich potomstwo niekoniecznie musi być tego samego zdania. To, co oni uznają za sukces bądź szczęście, dla dziecka może oznaczać coś zupełnie przeciwnego. Poczucie obowiązku, aby podążać ścieżką inną niż własna, często prowadzi do nudnego i niespełnionego życia. Do czasu narodzin dziecka rodzice zdążą zgromadzić niezliczone frustracje: cele, których nie osiągnęli, marzenia, które się nie spełniły, i plany, które się nie powiodły. Nawet  jeśli odnieśli sukces w życiu, z biegiem lat ich porażki mogą wywoływać nostalgię i często wydają się mieć większą wagę niż to, co faktycznie udało im się zrealizować. Jeśli nie mogą się z tym pogodzić, jeśli naprawdę nie rozumieją, że są to ich osobiste pragnienia i porażki, mogą wykorzystać swoje dzieci, aby zastępczo doświadczyć czegoś, czego sami nie doświadczyli. "Chcieliśmy tego dla siebie, bo jest to dobre", rozumują, "a to, co jest dobre (lub byłoby dobre) dla nas, będzie dobre dla naszych dzieci".

I zaczynają popychać córki i synów we "właściwym kierunku", czasem delikatnie, niekiedy przy użyciu siły. Pewien potomek dynastii lekarzy powiedział mi, że nie miał najmniejszego zamiaru wybierać rodzinnego zawodu. To, co go interesowało, to filozofia, a odkąd był nastolatkiem, chciał pisać i uczyć. Oczywiście rodzina nie chciała o tym słyszeć. W końcu, jak powtarzano mu wielokrotnie od dziecka, urodził się po to, by przejąć pałeczkę. Każdy członek rodziny na swój sposób próbował przekonać go do przystąpienia do egzaminu wstępnego na medycynę. Jego ojciec krzyczał, matka kładła się do łóżka, żeby pokazać, jak nieposłuszeństwo syna ją męczy, podczas gdy jego dziadek, założyciel dynastii, reagował cichym odrzuceniem. Pod taką presją jedyną możliwą opcją było poddanie się. Mężczyzna ten, kiedy go poznałam, miał 50 lat.

Nieśmiała, powściągliwa, czuła się niezdolna do nawiązywania kontaktów z nieznajomymi (Fot. Shutterstock)

Nienawidził swojego życia, a sama myśl o szpitalu przyprawiała go o dreszcze. Bycie lekarzem stanowiło dla niego wyłącznie pracę, a swoje życie uważał za kierat, z którego nie ma szans ucieczki. Nocami miotał się i wiercił, nie mogąc  zasnąć i wyobrażając sobie, jak teraz wyglądałoby jego życie, gdyby odważył się walczyć o swoje marzenie. Kiedy go słuchałam, przyszło mi na myśl powiedzenie: dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Rodzice i dziadkowie tego mężczyzny mieli absolutną pewność, że robią to, co dobre dla swojego syna/wnuka. Dla nich kariera w medycynie oznaczała awans społeczny, wysoki standard życia, podróże zagraniczne i rozległą sieć społeczną**.

Zobacz wideo Jak sobie odpuścić? Mówi stoik - dr Tomasz Mazur

Próbowali mu to wszystko przekazać. Za ich agresją kryło się przekonanie, że "my wiemy, jak sobie poradzić w życiu – przecież nam się udało". Nie wierzyli w wewnętrzny kompas syna, który wskaże mu właściwy kierunek, ani w jego własną zdolność do wyboru zawodu – nie wierzyli też, że bez ich kontaktów towarzyskich poradzi sobie w życiu. Trzymali się kurczowo i nieustępliwie własnych koncepcji, bo dla nich oznaczało to bezpieczeństwo. W ten sposób życie wydawało się przewidywalne i łatwe do opanowania. Z ich strony nie było żadnych złych intencji. Rodzice zazwyczaj starają się przekazać dzieciom strategie życiowe, które ich zdaniem mogą im pomóc. Jeśli w niepewnym świecie – a XX wiek, w którym żyli przez większość swojego życia, z pewnością taki był – udało im się osiągnąć bezpieczeństwo finansowe i dobrą pozycję społeczną, byli skłonni zmusić swoje dziecko, nawet w agresywny sposób, do robienia tego, co uważają za słuszne.

Potomek dynastii lekarzy powiedział mi, że nie miał najmniejszego zamiaru wybierać rodzinnego zawodu (Fot. Shutterstock)

Jest taki serial dokumentalny, który z przerażającą wyrazistością pokazuje życie dzieci funkcyjnych. "Mała miss" (ang. Toddlers and Tiaras) pokazuje świat amerykańskich dziecięcych konkursów piękności. W każdym odcinku można zobaczyć obsesyjne matki próbujące spełnić własne pragnienia poprzez życie swoich dzieci. Ciągną one swoje pociechy na pokazy w całych Stanach Zjednoczonych. Najmłodsi "uczestnicy" są jeszcze w pieluchach – dzieci te nie tylko nie czerpią korzyści z tego doświadczenia, ale są też niewątpliwie poszkodowane przez ogrom oczekiwań dorosłych. W wywiadach matki ujawniają, że same brały udział w dziecięcych konkursach piękności, gdy były młodsze, ale z wiekiem nie były w stanie kontynuować pracy w przemyśle piękności bądź też nigdy nie udało im się wystąpić na scenie, mimo że zawsze chciały na niej zabłysnąć. Frustracja matek przełożyła się na los ich dzieci. Najsmutniejsze było dla mnie, gdy mały chłopiec występował spryskany samoopalaczem, z włosami utrwalonymi żelem, a w tym czasie jego matka z żalem tłumaczyła, jaka to szkoda, że ma "tylko" syna. Jedyne, co mogła zrobić, to zabrać go ze sobą na te konkursy; o ile lepiej byłoby doświadczyć udziału w nich z małą dziewczynką ubraną w ładne sukienki!

*Publikujemy fragment książki „Los, który dziedziczysz. Jak uwolnić się od rodzinnych traum" Noémi Orvos-Tóth w przekładzie Ryszarda Zielińskiego.

** Struktura społeczna składająca się z osób w życiu jednostki, które połączone są ze sobą poprzez różnego rodzaju relacje, zarówno relacje rodzinne, jak i przypadkowe spotkania – przyp. tłum.