Społeczeństwo
'Mówi się, że smog dotyczy tylko dużych miast. A z systemów państwowego monitoringu wynika, że to tak naprawdę problem małych i średnich miejscowości'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)
'Mówi się, że smog dotyczy tylko dużych miast. A z systemów państwowego monitoringu wynika, że to tak naprawdę problem małych i średnich miejscowości'. Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

– Odżywiasz się zdrowo, chodzisz na badania, a wszystko psuje sąsiad, który pali byle czym – mówi Magda* z Ostródy, mama pięcioletnich bliźniaczek. U jednej z nich niedawno zdiagnozowano astmę wczesnodziecięcą. – Miała predyspozycje, ale ten smog nie pomaga – mówi.

Do Ostródy przeprowadziła się z mężem z Olsztyna, gdy teściowie zaoferowali im dom. Sami przenieśli się do mieszkania w bloku. "Mniej roboty niż w domu", mówili. Zostawili im stary kocioł. Najstarszy, tzw. bezklasowy. Młodzi od razu zabrali się do jego wymiany – najpierw na ogrzewanie gazowe, po kilku latach zamontowali jednak pompę ciepła z klimatyzatorami. Do tego oczyszczacze powietrza, wszystko w najnowszym standardzie. Skorzystali z programu "Czyste powietrze", który oferuje dofinansowanie na wymianę źródła ogrzewania. Poziom dotacji zależy od dochodów. Za pompę ciepła i trzy klimatyzatory (każdy po siedem tys. zł) plus wentylację (około 23 tys. zł) dostali 40 proc. zwrotu kosztów. Bez rur doprowadzających ciepło, bo te rozprowadził mąż. Magda przyznaje, że najłatwiej jest zamontować pompę ciepła z instalacją w nowo budowanym domu. W starym budynku wymaga to kucia ścian.

Ich sąsiedzi wymienili kotły na gazowe. Problem zanieczyszczonego powietrza byłby rozwiązany, gdyby nie jeden budynek na końcu ulicy. Hotel, który latem oferuje wypoczynek turystom, a zimą – wynajem długoterminowy.

– Palą śmieciami. Sąsiedzi dzwonią na kontrolę prawie codziennie. Kiedyś siedzieliśmy w ogrodzie latem i nagle zrobiło się po prostu szaro. Dlatego podejrzewamy, że oni w ten sposób ogrzewają nawet wodę – mówi Magda.

Zazwyczaj na zatruwanie powietrza reagują rodzice małych dzieci. Dzwonią do straży miejskiej. Najczęściej anonimowo, żeby nie psuć sobie relacji z sąsiadami. Przez kilka dni jest spokój, a potem wszystko zaczyna się od nowa.

Smog nad Zakopanem, rok 2017. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Michał Łepecki)

Błędne koło kontroli

Strażnicy miejscy muszą przyjąć każde zgłoszenie. Ale mają związane ręce, jeśli w piecu nie widać resztek śmieci. Nie widać, bo żeby pobrać próbkę do badania, muszą mieć ku temu przesłanki, takie jak podejrzane odpady w palenisku. Jeśli tych "naocznie nie stwierdzono", a piec według lokalnych regulacji jest wciąż legalny, zatruwający powietrze sąsiad nie dostanie nawet pouczenia. Jeśli jednak nie da się ukryć, że doszło do palenia śmieciami, właściciel domu od razu może dostać mandat w wysokości 500 zł. Według prawa strażnicy powinni tam wrócić z ponowną kontrolą.

Ostróda to miasto z niewielkim problemem smogu na tle innych powiatów w Polsce. W sezonie grzewczym 2023–2024 do końca stycznia średnia godzinowa pyłów zawieszonych PM10 nie przekraczała normy – która wynosi 50 mikrogramów na metr sześcienny – nawet w połowie. Ale w momencie największego stężenia była przekroczona ponadtrzykrotnie.

– Często mówi się, że smog dotyczy tylko dużych miast. A z systemów państwowego monitoringu jasno widać, że to tak naprawdę problem małych i średnich miejscowości – mówi Emil Nagalewski, koordynator Polskiego Alarmu Smogowego na Śląsku.

To często miejscowości, które wcale nie kojarzą się z zanieczyszczonym powietrzem. Latem oferują ekowypoczynek turystom, a zimą nie pozwalają swoim mieszkańcom oddychać. Bywa tam gorzej niż w najbardziej zakopconych do niedawna częściach Polski.

Bo tak naprawdę smog pojawia się na każdym osiedlu, na którym są domy ogrzewane za pomocą starych kotłów opalanych węglem. O tym, czy są one legalne, decydują tzw. uchwały antysmogowe ogłaszane przez lokalne sejmiki. Warmińsko-mazurskie, w którym leży Ostróda, jest jednym z dwóch (na 16) województw bez takich przepisów. Podobnie jest jeszcze tylko na Podlasiu. W praktyce za palenie w przestarzałym kotle nie grozi tam żadna kara.

Uchwała antysmogowa to krótki dokument z listą zakazanych paliw i terminami wskazującymi, do kiedy należy wymienić kotły poszczególnych klas (od bezklasowych oraz 1. i 2. klasy, czyli "kopciuchów", przez 3., 4., do 5. klasy – te ostatnie planowane do wymiany na końcu). Ale tam, gdzie uchwały są już w mocy, problemem jest brak skutecznej egzekucji prawa. Zmaga się z tym województwo kujawsko-pomorskie, gdzie uchwała weszła w życie 1 stycznia tego roku.

W samych uchwałach nie jest napisane, jakie kary grożą za niedostosowanie się do zmian. Obowiązuje więc Ustawa o ochronie środowiska, która mówi o ukaraniu mandatem. Jeśli jednak właściciel domu wykaże niskie dochody, nawet ta kwota nie zostanie ściągnięta.

Jest jeszcze przepis, który mówi, że za łamanie postanowień uchwały antysmogowej grozi grzywna do pięciu tys. zł. To kara, która stoi na końcu drogi sądowej. Tutaj cały proces musi rozpocząć zatruwany sąsiad. Może też zażądać od wójta lub burmistrza usunięcia kotła.

Czasami uciążliwy dym w świetle przepisów jest zupełnie w porządku. Na przykład tam, gdzie uchwała antysmogowa jeszcze nie obowiązuje.

– Zdarza się, że jakiś adres jest notorycznie zgłaszany, a tam nie ma problemu. Na razie dym jako taki nie jest wykroczeniem, jeśli spala się węgiel odpowiedniej jakości. Z tym, że komuś przeszkadza dym pochodzący z ogrzewania domu, jako straż miejska nie możemy nic zrobić – mówi Tomasz Stachowiak, komendant Straży Miejskiej w Rumi.

W ostatnim sezonie grzewczym do końca 2023 roku normy jakości paliw stałych dla sprzedających opał były zawieszone. Dlatego bywało i tak, że kopcący sąsiad sam nie wiedział, czym palił.

Straż Miejska kontroluje dym z pieców przy użyciu drona na jednym z rzeszowskich osiedli. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

– To kolejny skandal, który trzeba przypisać władzy. Po wieloletnich zabiegach od jakichś pięciu lat mieliśmy normy dla jakości paliw stałych. Ciągle były zbyt liberalne, ale jakieś były. Przed sezonem grzewczym 2022 z powodu problemów z dostawami węgla zawieszono je. Przez ten czas nie obowiązywały więc żadne normy i sprzedawano nie wiadomo co. Za komuny władza zdawała sobie sprawę, że w kotłach domowych nie można spalać odpadów węglowych. Do tzw. sektora komunalnego szedł tylko węgiel spełniający normy. W 2004 roku w ramach naszej akcesji do Unii Europejskiej odeszliśmy od obowiązkowości norm. Z rozpędu popełniono wielki błąd – to samo zrobiono z normami jakości węgla. Paradoksalnie więc od tego czasu dramatycznie obniżyliśmy jakość naszego węgla. Dopiero po 15 latach wróciliśmy do norm, żeby znowu dwa lata temu od nich odejść – komentuje prof. Piotr Kleczkowski z krakowskiej AGH, autor monografii "Smog w Polsce. Przyczyny, skutki, przeciwdziałanie".

Na Pomorzu uchwała antysmogowa zakaże używania "kopciuchów" 1 września 2024 roku.

– Zupełnie inaczej spojrzymy na problem jesienią tego roku. Wraz z Wydziałem Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Rumi przygotowujemy się do sprawdzenia posesji, które – zgodnie ze składaną w 2022 roku deklaracją CEEB oraz wynikami naszych kontroli – mają piece bezklasowe. Niestety, nie mamy możliwości, żeby taki piec fizycznie odłączyć. Możemy to nakazać i przekazać taką sprawę do sądu – mówi komendant Stachowiak.

Najgorzej w gminach

Aktywiści z Polskiego Alarmu Smogowego są zgodni, że najgorzej jest w najmniejszych miejscowościach. Nie ma tam straży miejskiej, więc wszelkie kontrole powinien wykonywać dyżurujący urzędnik. A to, jeśli wziąć pod uwagę małe środowisko sąsiedzkie, w praktyce oznacza często brak kontroli. Do tego taki urzędnik nie może wystawić mandatu.

Tomasz Nowak mieszka w Gościcinie niedaleko Wejherowa, 62 km od Gdańska. Większość domów opala się tam węglem i drewnem. Pewnego zimowego wieczoru wracał ze szpitala, gdzie na ostre zapalenie płuc leczyła się jego córka. Podjeżdżając pod dom, zauważył chmurę czarnego dymu. – W jednej chwili wybiegłem z samochodu i znalazłem się pod posesją sąsiada. Nerwowo dzwoniłem do drzwi. Otworzyła sąsiadka, a z górnego okna spoglądał jej mąż. Byłem bardzo zdenerwowany, głośno krzyczałem, niecenzuralnie. Wylałem na nich całą swoją złość.

 Wtedy dowiedział się, że sąsiad czasami wypala w piecu kable, które przynosi z budowy. – Byłem przerażony tą bezmyślnością. Moje najmłodsze dziecko w szpitalu, żona też, bo córka była zbyt mała, by mogła zostać sama. Czułem się bezsilny i bardzo zły. Przecież nie możemy się wzajemnie truć! Po tym ataku złości już w domu oprzytomniałem. Myślę sobie: człowieku, nie tędy droga!

Tomasz założył na swojej posesji pierwszy w okolicy czujnik jakości powietrza. Zaczął szukać takich jak on – wkurzonych kopceniem. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Założyli stowarzyszenie Wejherowski Alarm Smogowy, później zostali lokalną komórką Polskiego Alarmu Smogowego. Z sąsiadami stara się mieć dobre relacje i ciągle namawia ich do zmiany źródła ciepła na ekologiczne. "Lub takie, które nie szkodzi innym", mówi. – Jak się porozmawia z człowiekiem, to można więcej, niżby się na początku zdawało – przyznaje. – Świata się nie zmieni, można próbować, ale trzeba zacząć od siebie i dawać innym przykład.

Dziś organizacja Pomorski Alarm Ekologiczny obejmuje pięć powiatów z okolic Trójmiasta. Edukuje mieszkańców i doradza, jak wymienić źródło ogrzewania.

Na Pomorzu samo Trójmiasto ma stosunkowo czyste powietrze, ale gorzej jest poza aglomeracją. Podobnie jak wokół Krakowa. Stolica Małopolski w wyniku zdecydowanych działań w ostatnich latach znacznie poprawiła jakość swojego powietrza. Można powiedzieć, że pozostaje zieloną wyspą otoczoną przez miejscowości, w których czujniki norm jakości powietrza świecą na czerwono. Tak zwany obwarzanek krakowski ma 12 tys. "kopciuchów", a małopolska uchwała antysmogowa zabroni ich używania już od 30 kwietnia 2024.

Jeszcze kilka lat temu Rybnik królował w rankingach najbardziej zasmogowanych miast Europy. Zdjęcie z roku 2011. (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

Polskiej walki ze smogiem długie dzieje

Emil Nagalewski, aktywista Polskiego Alarmu Smogowego na Śląsku, razem z koleżankami i kolegami ze stowarzyszenia przeszedł długą drogę w walce o czyste powietrze. Jeszcze kilka lat temu Rybnik, do którego przeprowadził się spod Łodzi, królował w niechlubnych rankingach najbardziej zasmogowanych miast Europy. – To były stężenia azjatyckie, bo w Europie takie nie występowały – wspomina.

Średniogodzinowe stężenia pyłu zawieszonego PM10 wynosiły 1,5 tys. mikrograma na metr sześcienny. Polska jako stężenie niezagrażające ludzkiemu zdrowiu dopuszcza 50 mikrogramów na metr sześcienny średniodobowo. Norma WHO to 45 mikrogramów.

Na początku 2017 roku, gdy norma dobowa została przekroczona o 1500 proc., na dwa dni zamknięto w Rybniku szkoły. Zanieczyszczenia w powietrzu było nie tylko czuć, ale też widać. Miastem zainteresowały się media, a mieszkańcy zaczęli twardo domagać się zmiany. Niedługo potem Śląsk ogłosił swoją, drugą po Małopolsce, uchwałę antysmogową. Do pracy ruszyli też aktywiści.

Dzisiaj wskaźniki w Rybniku są często lepsze niż na północy Polski. Choć tak jak w przypadku Trójmiasta i Krakowa gorzej jest w mniejszych miejscowościach wokół miasta. Nie ma tam dokładnych stacji pomiarowych (Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, która pokazuje stężenia większej liczby substancji), a włodarze nie podejmują wystarczających działań.

– Uchwała antysmogowa dotyczy całego województwa, ale skuteczność jej egzekwowania zależy od lokalnych władz. Tam, gdzie politykom nie opłaca się zaglądać do kotłowni swoich wyborców, wygląda to słabo – podsumowuje Emil Nagalewski i wspomina, że kilka lat temu włodarze jego regionu zajęli w tej sprawie zdecydowane stanowisko. Prezydent Rybnika Piotr Kuczera od początku zapowiadał, że uchwała antysmogowa będzie przestrzegana, a sejmik śląski strategię rozwoju do 2030 roku opatrzył hasłem "Zielone Śląskie". W jej ramach powstały też rekomendacje, które proponują rozwiązania przykładowych problemów z egzekwowaniem przepisów.

O regulacjach, które z kolei wręcz zachęcają do ich nieprzestrzegania, mówi prof. Piotr Kleczkowski.

– Papier sobie, a życie sobie – stwierdza i zwraca uwagę na nieskuteczność administracji na wszystkich poziomach oraz słabe współdziałanie różnych jej jednostek. – Ostatnio przeprowadziłem serię pomiarów w niewielkim mieście powiatowym. W niektórych miejscach regularnie powtarzały się wartości stężenia pyłu PM2,5 40-krotnie przewyższające normę rocznej średniej wyznaczonej przez Światową Organizację Zdrowia. W dwóch przypadkach było to 100 razy więcej.

– Władza, gdyby tylko chciała, mogłaby przeznaczyć większe środki na walkę ze smogiem i działać bardziej zdecydowanie. A w praktyce to można zrobić we współpracy władz różnego szczebla przy dużym udziale społeczeństwa. Chodzi i o aktywność, i o akceptację. A tej brakuje – stwierdza Kleczkowski.

Smog i mgła mad Wisłą w centrum Krakowa, listopad 2022. (Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl)

Naukowcy od lat pokazują liczby. Najnowsze dane: w 2022 roku tylko z powodu pyłu PM2,5 (w skład smogu wchodzą też inne substancje) w Polsce zmarło około 38,5 tys. osób. Łącznie z powodu smogu zmarło ponad 40 tys. osób. A 2022 to rok, w którym jakość powietrza się poprawiła. Te dane wynikają z własnych obliczeń prof. Kleczkowskiego, przeprowadzonych zgodnie z nową metodą Europejskiej Agencji Środowiska, na podstawie danych Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. W poprzednich latach liczba zgonów była jeszcze wyższa.

– Jest taki utarty slogan, że ludzkie życie jest bezcenne. Jeśli dochodzi do katastrofy i życie jednego człowieka jest zagrożone, mobilizujemy wszystko, co tylko możemy, akcja ratunkowa nie ma ograniczeń. Jeżeli wiemy, że w wypadkach drogowych w Polsce ginie 2 tys. osób, zaostrza się przepisy, trochę poprawia się sytuacja. A tu mamy 40 tys. osób rocznie – mówi prof. Kleczkowski. – Bardzo szanujemy dzieci. Mają przywileje, choćby 800 plus. To słuszne w kraju, który zmaga się z problemem demograficznym, jednak w świadomości zagrożeń ginie fakt, że smogiem najbardziej zagrożone są właśnie one – obok osób starszych – dodaje.

Do tych 40 tys. zmarłych nie wlicza się dzieci, bo większość z nich skutki smogu odczuje dopiero za kilka lat. Lista chorób i dolegliwości, na które narażony jest człowiek oddychający smogiem, jest długa – od alergii, przez nawracające infekcje, zapalenie płuc, po astmę, POChP i raka. Te ostatnie z reguły rozwijają się powoli, choć jak podkreśla pulmonolog z bydgoskiego Collegium Medicum prof. Grzegorz Przybylski, wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji. Na pytanie, jak długo dziecko musi oddychać smogiem, żeby pojawiły się u niego nieodwracalne zmiany w płucach, prof. Przybylski odpowiada: "Czasem nawet jeden sezon grzewczy".

Uchwała jest, tylko jak jej przestrzegać?

Naukowych informacji na temat smogu mogli wysłuchać uczestnicy debaty w Toruniu, którą na początku stycznia Sejmik Województwa Kujawsko-Pomorskiego zorganizował pod hasłem "Uchwała antysmogowa: dobro czy zło?". Chodziło o uchwałę, która zakazała używania kotłów bezklasowych od 1 stycznia 2024 roku.

W październiku 2023 sejmik wniósł nową uchwałę, odraczającą terminy wymiany kotłów bezklasowych o sześć lat. Tłumaczono to wojną w Ukrainie i zmianą cen surowców. Zareagowali mieszkańcy. Pod petycją, by jednak nie luzować przepisów, podpisało się 1114 osób. Sejmik zostawił uchwałę w starym kształcie (z nakazem wymiany "kopciuchów" do 1 stycznia 2024). Jednak w środowisku lokalnych urzędników, strażników miejskich i aktywistów antysmogowych i tak mówiło się, że obecna uchwała się nie utrzyma. "Na szczęście odroczą", usłyszałam w jednym z tamtejszych ratuszy. I choć patronujący styczniowemu wydarzeniu marszałek województwa zaapelował, by przepisy zostawić w obecnym brzmieniu, w województwie kujawsko-pomorskim pozostaje problem 127 tys. pieców i kotłów, które od 1 stycznia są nielegalne, a mimo to nadal działają.

W ramach okrągłego stołu w Toruniu po prezentacji smutnych statystyk zajęto się drugim punktem programu – dyskusją nad uchwalonym już prawem. A wśród uczestników debaty znaleźli się radni miast i pracownicy instytucji, którzy w imieniu mieszkańców przekonywali, że wymiana kotłów to koszt nie do przeskoczenia.

O chaosie w gminach województwa kujawsko-pomorskiego opowiadała mi już w grudniu Kamila Gawrońska z Bydgoskiego Alarmu Smogowego. – Ze stowarzyszeniem kontaktują się mieszkańcy, którzy nie wytrzymują już ciągłego dymienia przez sąsiadów. Przedstawiciele gmin również nie wiedzą, jak postępować w obliczu zakazu użytkowania bezklasowych pieców, i czują się bezradni – mówiła Gawrońska.

Aktywiści zaczynają tam doradzać, jak zachować się w konkretnych sytuacjach. Dzwonią zarówno mieszkańcy mający problem z sąsiadami, jak i urzędnicy, którzy nie wiedzą, w co ręce włożyć.

Czy uchwała się utrzyma, czy jednak "odroczą"? Ostatnio kujawsko-pomorskie powołało zespół ds. uchwały antysmogowej. Zaproszono do niego Bydgoski Alarm Smogowy. Pierwsze spotkanie odbyło się na początku marca.

Marszałek województwa Piotr Całbecki w podsumowaniu wydarzenia zapewniał, że nie ma mowy o zmianie uchwały. – Problemem jest tu ubóstwo energetyczne i nad nim musimy się zastanowić – mówił.

Uczestnicy spotkania zgodzili się pracować nad inwentaryzacją w gminach i stworzeniem zespołów ekodoradców ds. wymiany "kopciuchów". Zobowiązali się też skierować pismo do MKiŚ w sprawie pozyskania finansowania dla województwa.

Happening ekologiczny zorganizowany przez stowarzyszenie Ekoskop wraz z uczniami rzeszowskich szkół w 2021 roku. (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Ubodzy energetycznie

Wymiana kotła staje się dalszą potrzebą, szczególnie gdy po wybuchu wojny w Ukrainie mówi się o kryzysie energetycznym, a kilka województw rozluźniło terminy wymiany "kopciuchów" w swoich uchwałach. W dłuższej perspektywie jednak koniec spalania węgla i drewna jest nieunikniony.

– Spalanie węgla wywołuje dwa skutki: po pierwsze, bezpośrednio naraża nasze zdrowie, po drugie, prowadzi nas do katastrofy klimatycznej – tłumaczy prof. Piotr Kleczkowski. – Wielu jest takich ludzi, którzy myślą, że to wszystko jest wielka ściema, że "antysmogowcy" robią to po to, żeby ktoś na tym mógł zarobić. Nie ci od węgla, tylko jacyś inni. Ci totalnie przeciwko ze złością wrzucą ulotkę informacyjną o termomodernizacji do swojego kotła – mówi i dodaje, że spalany papier emituje dioksyny, jedne z najbardziej toksycznych substancji.

O to, jak podchodzi się do ubóstwa energetycznego podczas kontroli kotła, pytam komendanta Straży Miejskiej w Rumi Tomasza Stachowiaka.

– Nie ma co ukrywać, że na terenie każdego miasta, również Rumi, są osoby ubogie, starsze, również nierozumiejące tego, co dzieje się w sferze zmiany sposobu ogrzewania. Będziemy się starali do nich docierać, przedstawiać propozycje skorzystania z coraz większych dotacji z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Mimo wszystko będą trafiać się mieszkańcy, którzy stwierdzą, że ich na to nie stać i zostają przy starym źródle ciepła. Zewidencjonujemy takie przypadki i przekażemy je do urzędu miasta. Jednocześnie, mając na uwadze równość wobec prawa, będziemy musieli takie sprawy wysyłać do sądu, jeśli np. za rok ktoś będzie nadal używał "kopciucha", twierdząc, że nie stać go na wymianę. Na razie spotykam się z tym, że mieszkańcy wiedzą, że muszą wymienić piece – stwierdza rumski komendant.

Śląsk w swoich rekomendacjach mówi: w momencie kontroli często nie da się stwierdzić, czy faktycznie mamy do czynienia z osobami ubogimi. Dlatego niejasne przypadki kontrolerzy powinni zgłaszać do sądu.

Zobacz wideo Szafka, z której każdy może sobie wziąć jedzenie. I oddać to, czego nie zje. Byliśmy na miejscu, to naprawdę działa

Według prof. Kleczkowskiego w Polsce – inaczej niż w pozostałych krajach Europy – poziom bogacenia się społeczeństwa nie idzie w parze ze wzrostem dbałości o środowisko. Pokutuje tu zbyt liberalne prawo antysmogowe. – Wojewódzkie uchwały w ogóle nie są mocne, a często i tak są rozmiękczane. Do ochrony środowiska, która wiąże się z naszym zdrowiem, przywiązujemy mniejszą wagę. Chcemy, żeby powodziło nam się coraz lepiej, ale mniej zależy nam na tym, żebyśmy się nie truli.

– Czyli jak mam więcej pieniędzy, to jeszcze dorzucę do pieca? – pytam.

– Jak mam więcej pieniędzy, to stać mnie na więcej węgla – odpowiada Kleczkowski.

Kto wymieni kotły?

Na koniec sezonu grzewczego właściciele domów zastanawiają się co dalej. Przynajmniej ci z regionów z uchwałami antysmogowymi. – Planowaliśmy wymianę pieca w kwietniu. Zresztą chyba węgiel nie jest przyszłością – mówi sąsiad z mojej miejscowości. I dodaje, że nie jest już młody, a napalić w piecu to też wysiłek.

Życzę mu miłego dnia i odchodzę podniesiona na duchu. Włączam w domu oczyszczacz powietrza i czekam na wiosnę. Już niedługo zaczną tu zjeżdżać turyści na spływy kajakowe.

*Na prośbę rozmówczyni imię zmienione.

Sylwia Gutowska. Dziennikarka i reporterka freelance. Od kilku lat w tematach krążących wokół społeczeństwa i zdrowia psychicznego. Kulturoznawczyni i polonistka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.