Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Wybrałaś prawo, bo jest trudne i prestiżowe?*

Na prawo chciałam iść od małego. Nie zadawałam sobie pytań, czy mi się chce, czy nie. Czy mi się uda, czy nie. Wiedziałam, że tam pójdę, i już. To było głęboko we mnie w środku i nie wymagało wewnętrznych dyskusji – poczucie, że jeżeli z prawem się nie uda, to nic nie będę miała, będę nikim. 

Kiedy pojawiła się depresja? 

Na trzecim roku studiów. Studia były spoko, bo nikt nie wiedział o mojej chorobie z przeszłości. Byłam z pozoru normalna, jak cała reszta. Wiedziałem, że dopóki nie zdecyduję, żeby komuś o tym powiedzieć, to nikt się nie dowie. Nie było też już raczej zagrożenia, że nagle zemdleję. Pełna kontrola. No i oczywiście bardzo dobrze się uczyłam. 

A jak odnalazłaś się w grupie, wśród ludzi z roku? 

Jak na mnie całkiem nieźle, aż byłam zdziwiona. Choć bez rewelacji. Dalej uważałam, że wszyscy są ode mnie lepsi, ale nie było najgorzej pod względem towarzyskim. Zapalnikiem do pierwszego rozsypania się z powodu depresji był związek, a właściwie jego koniec. Bardzo dla mnie bolesny. Wtedy po raz pierwszy bliski kolega ze studiów mi powiedział: „Kamila, jest źle z tobą bardzo, może zastanów się, czybyś nie poszła z kimś porozmawiać". On chodził na terapię, więc dla niego to nie było krępujące. Ja, po pierwsze, poczułam się obrażona tego typu propozycją, a po drugie, mimo tego, że byłam młoda, zdolna, z wielkiego miasta, uznałam, że terapia jest dla świrów i nie będę nigdzie szła. 

A co go konkretnie zaniepokoiło? 

To, jak wyglądałam, to, że ciągle nie miałam siły, dużo płakałam. Myślałam, że to po prostu reakcja po rozstaniu, że to minie. 

Długo byłaś w tym związku? 

Siedem miesięcy, więc nawet ciężko to nazwać związkiem. 

To była twoja pierwsza poważniejsza relacja? 

Nie do końca. Miałam już wcześniej chłopaka, na przełomie liceum i studiów. To był normalny chłopak, któremu zależało. Chyba mogę nawet powiedzieć, że jedyny, który mnie naprawdę kochał. Rozstałam się z nim, bo uznałam, że jest zbyt flegmatyczny i nudny. Dzisiaj wiem, że to też częsty schemat dla osób z rysem borderline. Jak się potem okazało, to była moja pierwsza i ostatnia normalna, zdrowa relacja. Potem już było tylko źle – głównie związki z facetami, którzy o mnie zupełnie nie dbali, z takimi, których od początku podejrzewałam, że są egoistyczni, skupieni na sobie. Ciągnęło mnie do nich. Im bardziej mną pomiatali, tym bardziej wracałam jak mucha do lepu. Myślałam sobie: „Bo może przy kolejnej próbie jednak mnie pokocha?". 

Potem na terapii wytłumaczono mi, że robiłam to wszystko, żeby powielać to odrzucenie, że specjalnie tak wybierałam, bo to znałam. Dalej nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego człowiek tak robi. Ale w jakimś sensie chciałam też szczęśliwego zakończenia, chciałam, żeby za kolejną próbą któryś facet stwierdził: „OK, nadajesz się, jesteś wystarczająca, będę cię lepiej traktować, zasłużyłaś". Czekałam na to. 

Jak się potem okazało, to była moja pierwsza i ostatnia normalna, zdrowa relacja. Potem już było tylko źle - głównie związki z facetami, którzy o mnie zupełnie nie dbali, z takimi, których od początku podejrzewałam, że są egoistyczni, skupieni na sobie (fot. Shutterstock)

Nie doczekałaś się. 

Po krachu pierwszego związku rozsypałam się, ale miesiąc po słowach mojego kolegi ze studiów, który się martwił moim zachowaniem, poszłam na terapię. 

Co się działo przez ten miesiąc? 

Klasyka. Nie wstawałam z łóżka, rzadko się myłam, nie chodziłam na uczelnię, co w moim przypadku wydawało się niemożliwe. Miałam mieć jakiś wyjazd na wymianę studencką, oczywiście nie pojechałam. Po prostu położyłam się do łóżka. Życie jakoś tam płynęło obok. Nie wiem, co się działo. 

Nie miałam siły wstać. Dla mnie świat się skończył, nic mnie nie obchodziło, nic. W łóżku było bezpiecznie. Obudzić się, by potem zasnąć, było szczytem moich możliwości. Niektórych to trochę dziwiło, myślę, że moich rodziców też, że aż tak mocno to przeżywałam, no bo w końcu tylko rozstałam się z chłopakiem. 

Powiedziałaś rodzicom? 

Byli na bieżąco. Wszelkie tematy, poza epilepsją, były u nas w domu superomawiane. Dzieliłam się z rodziną tym, co się dzieje. Kiedy poinformowałam ich, że pójdę do terapeuty, powiedzieli: „Tak, oczywiście, idź, bardzo dobrze, zapłacimy ci". Wtedy jeszcze byli trochę zdziwieni, zaskoczeni. Po kolejnych rozstaniach pamiętam już dość srogą minę mojego ojca, bo następne związki były jeszcze gorsze i jeszcze bardziej chybione. Mówił: „Asiu, ty musisz być dorosła, nie możesz sobie pozwolić na takie wybory". 

Liczyłaś się z opinią taty? 

Tak, bardzo. Coś się we mnie burzyło, ale nie wiedziałam jeszcze co. Myślałam, że tata ma rację. Jest facetem, który ma żonę, świetną rodzinę i trudno się nie zgodzić, że to był dobry wybór. Ale w środku coś mnie jednak uwierało. Później dopiero zrozumiałam, co to było. „Zrobiłeś mi krzywdę na psychice, jak byłam mała, to się nie dziw teraz. I jeszcze mnie będziesz pałował za złe wybory" – dopiero niedawno sformułowałam tę myśl, która wtedy mnie uwierała. Ta myśl pojawiła się po tym, jak w trakcie terapii zrozumiałam, że choć bardzo się starali, moi rodzice nie zawsze stawali na wysokości zadania w moim dzieciństwie, a część ich działań, nawet niezamierzona, miała długofalowe skutki i wpływ na moje dorosłe życie. 

Zobacz wideo Pary z 50-letnim stażem o sekretach udanego związku

Dlaczego właściwie mówiłaś rodzicom o tych związkach? Liczyłaś na ich akceptację? 

To było dla mnie naturalne. Po prostu mieliśmy taki bliski kontakt, otwartą komunikację. Czasami potrzebowałam rady, czasami chciałam po prostu się tym trudem podzielić. I tak, liczyłam na rodzicielską, bezwarunkową akceptację tego, co robię. Ale słysząc o tych moich związkach, raczej ostrzegali, że to się źle dla mnie skończy. Wiem, że to z troski o mnie. Choć przyznanie się, że jestem w związku z żonatym facetem, zajęło mi pół roku. Zresztą nikomu poza nimi o tym nie mówiłam. 

Te pół roku milczenia było wyznacznikiem tego, jak bardzo ja się tego wstydziłam i jak bardzo to było wszystko chore. 

To był drugi związek z tej „triady śmierci", jak ją nazywam. 

Żonaty facet. Zakazany owoc smakuje najlepiej. 

Jak to się zaczynało, to było coś niewyobrażalnego. Nie wierzyłam, że to się dzieje i ja w to wchodzę. To jest przecież tak złe, zakazane. Nie wolno tego robić! 

Obiecywał, że się rozwiedzie? 

Był ode mnie starszy, nie mieli dzieci, więc to miało być takie czyste wyjście, ale... 

A jak ta relacja się skończyła,to pomyślałaś sobie, że gdybyś była lepsza i bardziej wartościowa, toby to zrobił dla ciebie? 

Oczywiście. Pomyślałam, że z jakiegoś powodu na to nie zasłużyłam. To był mój najdłuższy związek, trwał dwa lata. 

W tym czasie spałam albo pracowałam, albo wieczorami piłam. Takie niby kulturalne wieczorne wino po pracy, ale czułam już wtedy, że ono ma zagłuszać ból. Nienawidziłam weekendów. Wtedy było ciężej: nie było jego, nie było pracy. W najgorszym momencie żyłam jak taki lump. Mój brat, który jako dziecko był bałaganiarzem i w naszym dzieciństwie zasłynął z wyhodowania w swoim pokoju pleśni w starym kubełku z KFC, teraz przyjeżdżał do mnie w weekend posprzątać, ugotować mi obiad. Miałam cały czas zaciągnięte zasłony. Wkurzałam się, że musiałam iść do bankomatu, gdy zamawiałam pizzę, bo wtedy jeszcze nie wszyscy dostawcy mieli terminale płatnicze. I tak sobie zamawiałam trzy pizze, żeby sobie odgrzewać później. Nie miałam siły absolutnie niczego gotować. Totalna wegetacja. 

Czyli przez czas trwania tego związku już byłaś w depresji, a mobilizowałaś się tylko na spotkanie z nim i udawałaś, że jest wszystko idealnie. 

Funkcjonowałam trochę jak alkoholik. Gdy musiałam iść do pracy, to się pudrowałam i ubierałam ładnie i pachnąco. Czułam, że muszę. Ale wieczorem była rozsypka. Wtedy byłam w silnej już depresji. Jak minęło pierwsze pół roku tego związku, to gdzieś tam jeszcze odczuwałam ekscytację i ten czas, kiedy nie było pracy i jego, czyli na przykład w weekend, jakoś sobie organizowałam. Później już było tylko gorzej i po pół roku, mimo oporów, pierwszy raz poszłam do psychiatry. 

Nie miałam siły absolutnie niczego gotować. Totalna wegetacja (fot. Shutterstock)

Co się takiego wydarzyło? 

Było mi strasznie smutno. Bolało mnie całe ciało. Nie mogłam wstać. Chodziłam cały czas przygarbiona. Jak brałam oddech, to taki do połowy. 

Opowiedziałam psychiatrze o symptomach, o terapii, bardzo jednak nie chciałam brać leków. Wizytę zaczęłam od tego, że „proszę mi żadnych leków nie wypisywać". 

Dlaczego? 

Bo ja nie jestem „chora psychicznie". Psychiatra zachęciła mnie do rozmowy. Potem wypisała lekki środek. Miał mi pomóc w zasypianiu, trochę poprawić ogólne samopoczucie. Ja wtedy bardzo dużo płakałam. Byłam smutna i nie miałam siły. Jakby w piątek wieczorem ktoś mi odłączał od prądu wtyczkę i włączał ją dopiero w poniedziałek rano. W międzyczasie nie było nic. Nicość, niebyt. 

A ten niedoszły rozwodnik to w tygodniu wpadał tylko na godzinę, dwie? 

Tak było, a tak naprawdę to większość naszych kontaktów odbywała się za pomocą smartfonów. Spałam z telefonem, budziłam się w nocy, sprawdzałam, czy napisał coś. Pamiętam, jak pojechałam z koleżanką do Madrytu na weekend i chodziłam non stop z telefonem, ściemniając jej, że sprawdzam mapę, restauracje, miejsca do odwiedzenia. Tak naprawdę to z nim ciągle pisałam. 

Co się stało po tych dwóch latach? 

Było kilka zwrotów. Rozstania i powroty. Jeden z nich zakończył się mocnymi myślami samobójczymi. Słabo to zniosłam. Wtedy dostałam pierwszy raz xanax. Miałam wątpliwości – bo ja przecież nie jestem „psychiczna" – myślałam sobie. Ale te myśli samobójcze… Niby wiedziałam, że mam dla kogo żyć, rodzice, brat, ale to nie był dla mnie wystarczający argument, bo mnie życie za bardzo bolało. 

Któregoś razu, po kolejnej sprzeczce z tym mężczyzną, nagle, o godzinie 14 wstałam zza biurka w pracy, wzięłam telefon i wyszłam. Poczułam, że to koniec. Że dojechałam do ściany. Stałam przed biurem, strasznie płakałam, ludzie wchodzili i wychodzili, jak to przed biurowcem w środku dnia. Zadzwoniłam do mamy, żeby mnie zawiozła do domu. O nic nawet nie pytała, bo wiedziała, że coś się musiało stać, przyjechała. Weszłyśmy do mieszkania, a ja zaczęłam się rozbierać – to była zima, pamiętam, grudzień – zdjęłam kurtkę, buty, spodnie, sweter, bluzkę, rozebrałam się do naga. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Chyba chciałam tę niemoc, bezradność i bezbronność, którą czułam, odczuć też na poziomie fizycznym. Siadłam na kanapie, mama usiadła obok i zaczęłam strasznie płakać, strasznie. Dwie doby spędziłam tak, że płakałam, zasypiałam, płakałam, zasypiałam. Wtedy pierwszy raz wzięłam hydroksyzynę na sen i miesiąc spędziłam w domu. Trochę w szpitalu, trochę w domu. 

W szpitalu psychiatrycznym? 

Nie, w tamtym czasie któregoś dnia straciłam też po prostu przytomność i pojawiły się obawy, czy to przypadkiem nie powrót epilepsji. I dlatego kontrolnie wzięli mnie na badania. Może w sumie powinnam też trafić do szpitala psychiatrycznego. Później jemu się znów zachciało i przypomniał sobie, że bardzo mnie kocha. 

Dwie doby spędziłam tak, że płakałam, zasypiałam, płakałam, zasypiałam. Wtedy pierwszy raz wzięłam hydroksyzynę na sen i miesiąc spędziłam w domu. Trochę w szpitalu, trochę w domu (fot. Shutterstock)

A jak chciał wrócić, to oczywiście go przyjęłaś. 

Wtedy byłam pewna, że w miarę trzymam się w pionie i zmądrzałam, ale zmiękłam po miesiącu, Co ciekawe, wtedy kiedy już urwaliśmy kontakt i straciłam nadzieję, to on się w końcu rozwiódł i zapewniał, że teraz już będzie, jak powinno. Próbowałam to sobie w głowie poukładać: mówiłam do siebie: „Czekałaś te dwa lata i w końcu to się dzieje, ciesz się". Ale jakoś nie mogłam, nie po tym wszystkim. Opornie mi to wszystko szło, choć przecież to było coś, czego chciałam najbardziej na świecie. 

Próbowałam, ale potem okazało się, że i tak bez sensu. Wytrzymał tydzień. On nagle uciekł, po prostu zniknął. W końcu w szale przyjechałam do niego do domu, gdzie już mieszkał sam, i zaczęłam go pytać o to, co się dzieje. On chodził po mieszkaniu i odsuwał się ode mnie tak, że niemal przytulał się do ścian. W końcu wyprosił mnie z mieszkania. Od tamtej pory do dzisiaj go nie widziałam i nie wiem, co się stało. Zniknął. Teraz wiem i widzę, że z pewnością nie był stabilny emocjonalnie i psychicznie, ale wtedy myślałam, że to moja wina. 

Jak sobie poradziłaś z tym ostatecznym rozstaniem? Czas wyleczył rany? 

Czas leczy rany i, niestety, inne związki leczą rany. 

Znów pojawiły się myśli samobójcze, silne i częste. Ale nie planowałam niczego w tym zakresie, miałam takie poczucie, że nie mam nawet siły tego planować. Gdyby ktoś mi podał jakąś tabletkę, to bardzo chętnie bym wybrała taką opcję. Żeby to się odbyło tak trochę bez mojego udziału. Tak strasznie chciałam zniknąć. 

Po czymś takim, po tylu zwrotach, po tym jak uciekł, chciałam odpocząć i zastanowić się, co się w ogóle stało. Byłam tak zmęczona, że nie miałam już siły płakać. Przy wcześniejszych rozstaniach i powrotach takie rzeczy jak spazmy, podłoga były standardem. W tamtym czasie pamiętam, że któregoś dnia wróciłam do domu i zaczęłam się głośno modlić, bo nie widziałam już żadnej innej nadziei. Nie mogłam się pozbierać. Pomimo że nie byłam jakoś gorliwie praktykująca. To po prostu na mnie nagle spłynęło. Taka rozpaczliwa potrzeba. Byłam w tak wielkiej desperacji, że modląc się, zwracałam się do Boga: „Tatusiu, proszę, pomóż mi". To było mocne, ostateczne. 

Szukałaś ratunku. 

Bo tak do końca nie mogłam szukać ratunku u swojego własnego ojca. Wiedziałam, co on o tym myśli. Jedyną osobą, której jeszcze w miarę na bieżąco mówiłam, kiedy coś się stało, była mama, ale też się trochę już cenzurowałam. 

Nie przyjaciółki? 

Za bardzo się wstydziłam, nie potrafiłam. Miałam wtedy przyjaciółki, które były bardzo dominujące – pasowały do zakompleksionej i zahukanej osoby, jaką wtedy byłam. One powiedziałyby mi, co mam robić. Domyślałam się tego, więc nawet nie zamierzałam o tym wspominać. 

Wydawało mi się, że już gorzej nie będzie nigdy. Pierwszy facet z tej „czarnej serii" miał mniegdzieś, to ja musiałam się starać, przyjeżdżać do niego, a nie na odwrót. Potem był ten żonaty. No i na koniec pojawił się trzeci, który był moim przyjacielem. Co ciekawe, wiedział o wszystkim, co było z numerem dwa. Towarzyszył mi w tym. Dla mnie zawsze ojciec był na piedestale, ale on był dla mnie drugim mężczyzną w życiu, nie licząc też brata. Był człowiekiem, co do którego miałam absolutną pewność, że zawsze mogę na niego liczyć i zawsze mi pomoże. Był też trochę starszy, co tylko sprawiało, że uważałam go za jeszcze bardziej odpowiedzialnego i czułam się jeszcze bezpieczniej. 

Wydawało mi się, że już gorzej nie będzie nigdy (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

To co poszło nie tak? 

To, że on mógłby uczyć poprzednich dwóch delikwentów krzywdzenia ludzi, cynizmu, egoizmu i wykorzystywania. Okrutnie inteligentny człowiek. Myślę, że w jakimś sensie psychopata. Bardzo szybko rozpoznający słabe punkty u drugiego człowieka. Osoba, którą wszyscy lubią, bo wiadomo, że tacy ludzie na zewnątrz i w stosunku do obcych są niezwykle mili i ujmujący. 

Minęły trzy miesiące od rozstania do wejścia w tę kolejną relację. Na początku wydawała się taka zdroworozsądkowa. Facet starszy, sprawdzony, kilka lat się już znaliśmy. Był moim najlepszym kumplem. 

Czułaś się wtedy dobrze i bezpiecznie? Miałaś wrażenie, że wychodzisz już z depresji? 

Tak, chociaż na pewno jeszcze w niej byłam. On był na bieżąco ze wszystkim, tak jak moi rodzice. To był taki człowiek, o którym mój ojciec mówił, zanim się z nim związałam: „Kamila, no dlaczego ty z kimś takim nie możesz być?". Pokazywał mi go w pewnym sensie jako przykład sensownego mężczyzny do związku. 

Czyli tata był zadowolony. 

Bardzo. Chociaż w pewnym momencie sam zaczął mi zwracać uwagę, że coś jest nie tak i ten człowiek zaczyna mnie źle traktować. 

Ja dla tego człowieka jakbym nie istniała. Widywaliśmy się tylko wtedy, kiedy on tego chciał. Wszystko na jego zasadach. Moje potrzeby traktował jako fanaberie, śmiał się z nich. Któraś z terapeutek zapytała, kiedy zaczęłam widzieć, że coś jest nie tak. I wyszło, że już w drugim miesiącu. Przerażające, prawda? Tylko że ja wtedy niczego nie widziałam. 

No bo jak się startuje z taką nakładką, że to jest przecież mesjasz i jeszcze tata go uwielbia, to minęło trochę czasu, zanim zaczęłam dostrzegać, jaki jest naprawdę. 

Pamiętam, że zaczęliśmy się spotykać, kiedy było ciepło. Miałam już zaplanowane wakacje, ale zaproponowałam, że może pojedzie ze mną. To normalne chyba, że w pierwszym, drugim miesiącu związku człowiek chce jak najwięcej czasu być z tą drugą osobą. On odmówił, uznając, że nie możemy razem tyle czasu spędzać. I co ja sobie wtedy pomyślałam? Oczywiście, że on ma na pewno rację… 

Potem pamiętam, jak którejś niedzieli trafiłam do szpitala. Napisałam do niego esemesa – bo nie chciałam dzwonić i mu przeszkadzać – że jestem w szpitalu. Była dziewiąta rano. On odpisał: „Dobra, przyjadę wieczorem, bo teraz idę na obiad z kumplem". Moja reakcja była: „OK, jasne, oczywiście". I nie była to ironia. 

*Fragment książki "Jest OK. To dlaczego nie chcę żyć?" Marka Sekielskiego i Małgorzaty Serafin. Książka do kupienia w wersji elektronicznej w Publio i w wersji papierowej w Kulturalnym Sklepie