Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Męskość jest w kryzysie i piszę o tym jako zaalarmowany samiec beta z aspiracjami na bycie alfą. Współczesne społeczeństwo chce poddać nas kulturowej kastracji, byśmy zatracili instynkt łowców, dzięki któremu nasz praprzodek zszedł z drzewa, złapał za prowizoryczną włócznię i zaczął polować na inne zwierzęta. Przez tysiąclecia polowania pozwalały nam utrzymywać wysportowane sylwetki, a surowe mięso dawało siłę, o jakiej dzisiejsi mężczyźni – w tym takie bety jak ja – mogą tylko pomarzyć.  

Jednak jakieś 12 tysięcy lat temu stało się coś bardzo niepokojącego – rozpoczął się proces przemian określanych jako rewolucja neolityczna. Wraz z nią i osiadłym trybem życia męskość zaczęła zatracać swoją pierwotną funkcję (fakt, że słowo "osiadłym" ledwo przechodzi mi przez palce, pokazuje, że wciąż mam w sobie jakiś gen samca alfa). Wojny i przemoc pozwalały nam jednak wciąż utrzymać testosteron na wysokim poziomie, dzięki czemu  – jak powiedział bohater tego tekstu w podcaście H3 – przed 50 laty przeciętny mężczyzna miał go dwukrotnie więcej niż teraz.  

Wydaje się jednak, że rok 2022 można śmiało określić kresem "starego, dobrego" rozumienia męskości. Najpierw upadł Jordan Peterson – "nasz bastion" w walce z "autorytarną tolerancją", "zbrodniczymi chirurgami" dokonującymi zabiegów korekty płci i z formami niebinarnymi narzucanymi przez lobby LGBTQ+. Potem z social mediów zniknął influencer Andrew Tate, którego obserwacje dotyczące depresji ("nie istnieje") i ofiar przemocy seksualnej ("nie są bez winy") lajkowały miliony followersów. Do tego Elon Musk sukcesywnie niszczy Twittera, a Ye (dawniej Kanye West) – całą dotychczasową karierę i zapewne szansę na jej odbudowanie. Runął więc też mit alfy geniusza, wyprzedzającego swoją epokę.  

Andrew Tate został zawieszony na kilku platformach społecznościowych przez swoje komentarze (fot. Anything Goes With James English, CC BY 3.0 / Wikimedia Commons) , Kanye West został w 2022 roku został powszechnie potępiony po serii antysemickich wypowiedzi. W listopadzie tego roku m.in. wychwalał Adolfa Hitlera, zaprzeczał Holokaustowi i identyfikował się jako nazista (fot. Shutterstock)

Na froncie do niedawna pozostawał Liver King, prywatnie Brian Johnson, 44-letni pasjonat ćwiczeń, który przy 170 cm wzrostu waży 86 kg i nie ma grama tłuszczu. Źródłem jego idealnej sylwetki miała być dieta ludzi pierwotnych posunięta do ekstremum – tylko surowe mięso i okazyjnie konsumowane suplementy z linii Ancestral Supplements, mające w składzie… surowe mięso. Piszę "miała być", ponieważ okazało się, że wbrew nieustannym zapewnieniom, iż tego nie robi, wspomagał się sterydami. A tych w diecie ludzi pierwotnych z pewnością nie było. 

Siła z natury 

Brian Johnson od zawsze był wysportowany. Ćwiczyć zaczął w wieku ośmiu–dziewięciu lat, sam twierdzi, że już w liceum ludzie podejrzewali go o używanie sterydów. Ale dzięki właściwemu odżywianiu i regularnemu wysiłkowi fizycznemu efekty przychodziły same. Miał pracę w firmie farmaceutycznej – twierdził, że bardzo dobrą. Mógł robić, co tylko chciał, i być anonimowym, ale kiełkowała w nim pewna myśl. Widząc tylu smutnych, znerwicowanych i (przede wszystkim) kiepsko zbudowanych mężczyzn, postanowił im pomóc, stając się przykładem skuteczności diety ludzi pierwotnych. Wyzbył się także takich technologicznych wymysłów, jak maszynka do golenia – co ciekawe, jego tors jest perfekcyjnie gładki – albo grzebień. Zrzucił wraz z większością ubrań okowy cywilizacji i od sierpnia 2021 zaczął wrzucać do internetu filmiki ze swoich wyczerpujących treningów oraz absurdalnych posiłków. Nazwał siebie Liver Kingiem – od surowej wątróbki, którą konsumował kilka razy dziennie. 

Przykładowy obiad Liver Kinga? Szejk białkowy, jogurt z syropem klonowym, ogórek kiszony, szpik kostny, pięć cheeseburgerów (bez bułki) i surowa wątróbka. Co Liver King jadł w Święto Dziękczynienia? Indyka faszerowanego kaczką faszerowaną kurczakiem. Do tego oczywiście wątróbka i bycze jądra, które mężczyzna ma zawsze ze sobą. Ponieważ nie każdy lubi ich smak, Liver King oferuje je w formie sproszkowanej, w eleganckich tabletkach, po rozsądnej cenie.  

Jak wiadomo, zdrowie zaczyna się na talerzu, ale jedzenie to tylko jedna z "dziewięciu pierwotnych zasad" (Nine Ancestral Tenets) stanowiących podstawę marki Liver Kinga. Pozostałe to: wysypianie się, ruch, kontakt z ziemią (czyli chodzenie boso), nieunikanie zimna (więc chodzenie bez koszulki), wystawianie się na działanie słońca (więcej chodzenia bez koszulki), walka (z przeciwnościami losu i sobą samym), ochrona (przed takimi truciznami współczesności jak wifi czy… perfumy) i spędzanie czasu z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Kierując się tymi zasadami, nasi przodkowie byli w stanie żyć w szczęściu i zdrowiu przez wiele lat.  

No dobra, może średnia długość życia jaskiniowców wynosiła 35 lat – przypominam, że sam Liver King ma lat 44 – ale przynajmniej byli wysportowani! I nikt nie słyszał o depresji wśród jaskiniowców. Może dlatego, że psychiatria stała wówczas na bardzo niskim poziomie. 

Żeby przekazać swoją prawdę, Liver King naruszył kilka własnych prawideł  – i nie, nie chodzi o sterydy, w tym punkcie opowieści jeszcze o nich nie wiemy. Pierwszy był zakaz używania smartfonów i telefonów w domu, co jest dość osobliwe jak na influencera z TikToka (blisko cztery miliony obserwujących) i Instagrama (prawie milion followersów). Chodziło jednak o szerzenie przesłania, "dobro ludzkości", więc Johnson pozwalał nagrywającej go ekipie filmowej nawet korzystać z wi-fi, mimo że w jego domu zwykle jest wyłączone. By szerzyć wiedzę o dobrodziejstwach stylu życia Liver Kinga, musiał latać samolotami i spać w hotelowych łóżkach, a nie na własnym, zbitym z desek niewysokim posłaniu bez materaca, i w organicznej pościeli. To właśnie dla dobra ludzkości podnosił hantle przed pałacem Buckingham, krzycząc: "Jestem Liver King!". Nie chodziło przecież o autopromocję i sprzedaż produktów, która miała mu przynosić dwa miliony dolarów miesięcznie zysku. 

Cios w wątrobę 

Niecały miesiąc temu na kanale YouTube More Plates More Dates pojawił się godzinny materiał, w którym prowadzący ujawnił e-maile, jakie Johnson wysyłał do niewymienionego z imienia i nazwiska trenera fitnessu z prośbą o pomoc w zbudowaniu marki Liver Kinga. Johnson pisał w nich o ogromnej inwestycji finansowej i fizycznej. Każdego dnia wstawał o 6.00 rano, chodził boso nad jezioro i pił kawę, o 7.00 zaczynał pierwszy trening, o 13.30 drugi, w międzyczasie jadł, potem zajmował się interesami, jadł jeszcze więcej, a pod wieczór miał godzinę dla dzieci i innych członków rodziny. Nie opuszczał też swojej posesji, jeśli nie musiał. Ten rygorystyczny plan dnia kojarzył się z dumną amerykańską tradycją samodoskonalenia, której początek dał Benjamin Franklin. O ile jednak Franklin wypełniał swoje dni czytaniem i kontemplacją duchową, Johnson ćwiczył, prowadził interesy i przyjmował różne środki, w tym sterydy. 

Żeby być w najlepszej możliwej formie, Johnson wydawał 11 tys. dolarów miesięcznie na sam hormon wzrostu, a brał jeszcze pięć innych substancji. Trenował 12–14 razy w tygodniu, czasem dziwił się, że jest przemęczony, a jego organizm przestał reagować na sterydy. Nie mógł jednak przestać ćwiczyć, zbyt wiele zainwestował w swoją markę. Nie po to też tak nerwowo i zdecydowanie reagował na sugestie, jakoby korzystał ze wspomagaczy, żeby teraz przyznać się, że jest tylko współczesnym człowiekiem, a nie mieszkańcem krainy własnych wyobrażeń o czasach prehistorycznych.  

Liver King w końcu przyznał się do kłamstwa i nagrał klasyczne, godne najlepszych samców alfa (nie)przeprosiny. W scenerii rodem z "Gry o tron", siedząc na prawdziwym tronie, powiedział, że użycie sterydów jest dla niego skomplikowaną sprawą. A fakt, że musi o tym mówić, to dowód, że nie jest już anonimowy. Ogrom popularności miał zaskoczyć Liver Kinga, a sama postać – być eksperymentem mającym uratować ludzkość przed zbiorowym cierpieniem, depresją, niepłodnością i myślami samobójczymi. Sterydy brał i nadal bierze, bo ma kompleksy. Nie czuje się dobrze ze swoim ciałem i żeby zaakceptować siebie, musi też trenować dwa razy dziennie.  

 

Rozczarowanie 

Pokazuję zdjęcie Liver Kinga trenerowi przygotowania motorycznego i crossfitu Michałowi Gulanowi. Michał kojarzy go z kilku filmików na Instagramie, ale nie zna tematu. Gdy mówię mu, że Johnson bierze sterydy, nie jest zaskoczony. 

Jeśli ktoś poważnie wierzy, że jedząc biały serek, będzie miał takie mięśnie, to chyba powinien wrócić do czytania bajek i oglądania TVP, bo tam znajdzie takie same "prawdy" – mówi Michał. – Uzyskanie tego typu sylwetki jest sprawą dużo bardziej złożoną. W grę wchodzi zarówno genetyka, jak i między innymi skład włókien mięśniowych, budowa somatyczna, a także długotrwały, wieloletni trening siłowy oraz mnóstwo kardio – bo facet na oko nie ma grama tłuszczu – a także zaawansowana dieta i suplementacja.  

Michał zwraca uwagę na jeszcze jeden, bardzo istotny szczegół rzucający światło na nienaturalność muskulatury Liver Kinga. Coś, o czym mówił choćby znany z nienagannej sylwetki aktor Henry Cavill, kiedy opisywał sceny w "Wiedźminie", w których pokazywał się od pasa w górę. Otóż żeby wyglądać na bardziej wyrzeźbionego, przez trzy dni ograniczał wodę, a na dzień przed kręceniem scen bez koszulki odstawiał ją całkowicie. 

Proszę zwrócić uwagę, że kulturyści mają podobną formę, TYLKO kiedy się odwodnią, czyli przed zawodami, a pan Liver King świecił ośmiopakiem na brzuchu cały okrągły rok. To również powinno dawać do myślenia – dodaje Michał. 

Cała sytuacja istotnie zmusza do zastanowienia, ale raczej nad trudną sytuacją społeczną samców alfa. Nieważne, na jakiej płaszczyźnie próbują pokazać swoją dominację i jak bardzo się temu zadaniu poświęcają – biorąc sterydy, wydając 44 mld dolarów na platformę internetową czy wygłaszając transfobiczne/homofobiczne/mizoginiczne/antysemickie opinie – okazuje się, że ich proste rozwiązania skomplikowanych problemów nie działają nawet w ich przypadku. Rok 2022 pokazuje, że świat nie zasługuje na ich poświęcenie. Tak naprawdę wcale go nie potrzebuje. 

Łukasz Muniowski. Adiunkt w Instytucie Literatury i Nowych Mediów Uniwersytetu Szczecińskiego. Autor i tłumacz książek o sporcie.