Społeczeństwo
Sala operacyjna/zdjęcie ilustracyjne (Pixabay.com)
Sala operacyjna/zdjęcie ilustracyjne (Pixabay.com)

Równouprawnienie w medycynie (…) jest prawem człowieka. Być może coś zacznie się zmieniać, kiedy podniesie się świadomość istnienia związanych z płcią braków w opiece medycznej nad kobietami i wszystkimi osobami, które nie urodziły się jako cis mężczyźni.  

Kiedy w amerykańskim serialu „Chirurdzy" (Grey’s Anatomy) pojawiła się już kwestia zbyt słabo zbadanego orgazmu łechtaczkowego i jego efektywności w łagodzeniu bólu, dramatyczny jedenasty odcinek czternastego sezonu zaskoczył (uwaga spoiler) problematyką zawału serca u kobiet.  

Ordynatorka chirurgii Miranda Bailey (grana przez Chandrę Wilson) siedzi w aucie i nagle czuje, że coś jest nie tak, jedzie więc do najbliższego szpitala, gdzie badający ją kardiolodzy nie biorą na poważnie ani jej osoby, ani objawów. Mówi lekarzom jasno i wyraźnie, że przechodzi właśnie atak serca, jednak EKG nie potwierdza żadnych nieprawidłowości. Bailey podejrzewa zawał tylnej ściany serca, prosi więc o umieszczenie elektrod nie na klatce piersiowej, lecz na plecach. Daremnie. W kolejnych minutach Bailey usiłuje uratować własne życie, dokładnie opisując swoje symptomy: krótki oddech, ataki lęku, zawroty głowy, zimne poty. Recytuje wyniki badań, zgodnie z którymi 63 procent kobiet umierających nagle w wyniku zatrzymania krążenia nie narzeka wcześniej na żadne dolegliwości sercowe. A także badania, w których wykazano, że czarne kobiety, a zatem takie jak Bailey, narażone są na największe ryzyko. 

Zdjęcie ilustracyjne (Shutterstock.com)

Przekazywanie wiedzy poprzez seriale telewizyjne ma oczywiście swoje ograniczenia, skoro nawet po kilkunastu sezonach „Ostrego dyżuru" i „Chirurgów" nadal nie mam pojęcia, jak się usuwa wyrostek robaczkowy, ale jeśli chodzi o uwrażliwianie społeczeństwa, są to przynajmniej godne pochwały próby dotarcia do mainstreamu.  

Opisany odcinek „Chirurgów" nie jest dziełem przypadku, a sfikcjonalizowanym doświadczeniem Elizabeth Finch, jednej ze scenarzystek serialu. Kiedy Finch uległa wypadkowi w górach i ból nie przeszedł nawet po czwartej operacji kolana, lekarz, zamiast zlecić kolejne badania, przepisał jej antydepresanty i zażartował – dosłownie: „Neurotyczne Żydówki to moja specjalność". Z biegiem czasu Finch czuła się coraz gorzej, nie mogła spać, dokuczał jej kłujący ból w plecach i zwątpienie we własne siły. W artykule dla „Elle" napisała: „Nazwał mnie »niecierpliwą« i »emocjonalną«. Nie przyszło mi do głowy, że być może najniebezpieczniejszą etykietką ze wszystkich jest »kobieta«".  

Ostatecznie u Finch rozpoznano rzadki nowotwór kości, jeszcze rzadszy w jej grupie wiekowej – osób przed czterdziestką. Choroba przez całe lata rozwijała się niewykryta i błędnie diagnozowana. W trakcie rekonwalescencji Finch wyruszyła na wyprawę badawczą w głąb medycyny, zdecydowana włączyć podobne tematy do swoich scenariuszy. Jednym z rezultatów był odcinek o kobiecym zawale. 

To nie zawał ** 

Cis mężczyźni stanowią dwie trzecie śmiertelnych ofiar zawałów serca, bo generalnie częściej ich doświadczają. Jeśli jednak zawał przytrafi się cis kobiecie przed pięćdziesiątką, prawdopodobieństwo, że skończy się on dla niej zgonem, jest dwa razy wyższe niż u cis mężczyzny w zbliżonym wieku. Dopiero u osób po siedemdziesiątym czwartym roku życia płeć nie wpływa już na śmiertelność. Choć może to wynikać po prostu stąd, że kobiety z zawałem w momencie przybycia lekarek:rzy są już często martwe i nie trafiają do szpitalnych statystyk. 

Zdjęcie ilustracyjne (Shutterstock.com)

Inną przyczyną, oprócz błędnych diagnoz i niewiedzy personelu medycznego na temat kobiecych objawów, jest fakt, że kobiety rzadziej korzystają z pomocy medycznej, ponieważ boją się niepoważnego potraktowania, kiedy ich zawał nie wygląda jak ten made in Hollywood (ostry ból w piersi i upadek). Jak twierdzą badaczki:cze, obawa przed byciem zaszufladkowaną jako hipochondryczka jest bardzo silna. I częściowo słuszna: badanie, w którym przeanalizowano leczenie pacjentek:tów po operacji wszczepienia by-passów wykazało, że mężczyźni skarżący się na ból otrzymywali leki przeciwbólowe, podczas gdy kobietom w tej samej sytuacji przepisywano środki uspokajające.  

Kobiety traktuje się więc, jakby były niestabilne emocjonalnie, a ich dolegliwości wynikały z problemów psychicznych, do dolegliwości cis mężczyzn natomiast podchodzi się na serio. Ale jest też druga strona medalu: u mężczyzn znacznie rzadziej diagnozuje się problemy psychiczne i depresję, ponieważ u nich zazwyczaj szuka się przyczyn fizycznych, co często ma katastrofalne skutki.  

Kolejnym czynnikiem wyraźnie pokazującym, że mamy tutaj do czynienia z systemowym problemem genderowych uprzedzeń, jest płeć osób prowadzących leczenie. W badaniu z 2018 roku stwierdzono, że prawdopodobieństwo przeżycia w razie zawału serca jest w przypadku kobiet wyższe, kiedy za leczenie w szpitalu odpowiada lekarka, a nie lekarz. Ponadto kiedy kobieta ma atak serca, dotarcie do lekarza zajmuje jej średnio 45 minut, podczas gdy cis mężczyzna trafia do szpitala już po 20 minutach – a im więcej czasu upłynie, tym większa część mięśnia sercowego może obumrzeć. 

Przyczyn trzeba szukać w wielu wiekach androcentrycznej medycyny. Osobami decydującymi o programach i treściach nauczania na kierunkach lekarskich w  Niemczech nadal są w 90 procentach mężczyźni, mimo że od dwudziestu lat kształci się na nich więcej studentek niż studentów11. Strukturalna nierównowaga w świecie akademickim powraca jak lejtmotyw: na niższych i średnich szczeblach znajdziemy kobiety, osoby trans, inter i niebinarne, ale im wyżej, tym jest ich mniej.  

Zdjęcie ilustracyjne (Shutterstock.com)

W artykule, który ukazał się w 2019 roku w „Süddeutsche Zeitung", Mareike Nieberding pisze, że lobbowanie na rzecz medycyny wrażliwej na płeć, czyli uwzględniającej zarówno płeć biologiczną, jak i społeczną, i prowadzenie na ten temat badań praktycznie do dziś nie przynosi efektów. Medycyna płci (gender medicine) wciąż pozostaje niszą. W Niemczech na kierunkach lekarskich studiuje 90 tysięcy osób, ale w sposób wrażliwy na płeć wiedzę przekazuje się jedynie w klinice uniwersyteckiej Charité w Berlinie. W nauce mówi się o undone sciences – obszarach niedofinansowanych, niedostatecznie zbadanych i ignorowanych przez instytucje, mimo że na ich rozwoju mógłby skorzystać ogół społeczeństwa. W tym przypadku około 50 procent ludzkości. 

Wróćmy na serialową izbę przyjęć, do pacjentki z zawałem – Mirandy Bailey. Diagnoza lekarzy brzmi: atak paniki i załamanie nerwowe. Kobieta na tak odpowiedzialnym stanowisku i z dzieckiem w domu, wiadomo, może w końcu nie wytrzymać i nabawić się problemów psychicznych. „Czy doświadcza pani w życiu silnego stresu?", pyta lekarz. Na co Bailey odpowiada: „Nie tędy droga, proszę tego nawet nie próbować: kobieta zjawia się z objawami zawału, a pan stwierdza, że jedyną przyczyną jest to, że nie radzi sobie z emocjami. Nie, tu nie chodzi o żadne lęki. Nie mam złamanego serca, które trzeba uleczyć, naprawy potrzebuje moje organiczne serce". To nie tylko słowa, które scenarzystka włożyła w usta doktorce Bailey – Finch sama chętnie skierowałaby je do zajmującego się nią lekarza, gdyby już wtedy była świadoma problemu. Pozwoliła więc sobie na małe katharsis w serialu, równocześnie dając do zrozumienia tysiącom oglądających go ludzi, że te uprzedzenia są prawdziwe i kosztują życie. A może ta czy inna pacjentka odważy się dzięki temu żądać lepszego leczenia, bo przynajmniej będzie zdawać sobie sprawę, co może pójść nie tak. Nawet jeśli to do zadań i zakresu odpowiedzialności lekarza:rki należy ustawiczna nauka i aktywne zwalczanie tego rodzaju uprzedzeń. 

To tylko okres 

Miesiączki Jany zawsze, odkąd sięga pamięcią, były bolesne. Ale jej najlepsza przyjaciółka też doświadczała podobnych dolegliwości, Jana uznała więc, że tak być musi, i głębiej się nad tym nie zastanawiała. Sylvia Mechsner, dyrektorka Centrum Leczenia Endometriozy w berlińskiej klinice Charité, mówi, że w podobnej sytuacji jest wiele dziewcząt i kobiet. Bóle menstruacyjne są postrzegane jako nieodłączna część bycia kobietą, uznaje się je więc za normalne i rzadko o nich rozmawia.  

Jana też mało o tym mówiła. Wspomina, że czasami nie szła do szkoły, kiedy jej krążenie naprawdę niedomagało. Ginekolożka przepisała jej tabletki jako środek antykoncepcyjny i „na ładną cerę". Nikt jej nie objaśnił, co właściwie zażywa i jakie mogą się z tym wiązać skutki uboczne. Bierze je przez pięć lat, bóle miesiączkowe słabną. W wieku dwudziestu lat odstawia jednak pigułki. Dolegliwości wracają wraz z kolejną miesiączką i stają się coraz bardziej uciążliwe – skurcze, biegunka, ból głowy i bardzo obfite krwawienie. Okres trwa cały tydzień: siedem dni, podczas których jest wyjęta z normalnego życia. I tak co trzy tygodnie. Po niemal piętnastu latach bóle stają się w końcu tak silne, że leki dostępne w aptece bez recepty przestają pomagać. Musi odwoływać terminy w pracy, przegapia spotkania ze znajomymi, zamiast tego zwija się w domu z bólu. Miesiączki wydłużają się do dwóch tygodni, obciążenie psychiczne staje się nieznośne. „Może to endometrioza?", sugeruje w końcu koleżanka. Jana ma trzydzieści pięć lat i po raz pierwszy słyszy to słowo. Googluje, robi test w internecie, porównuje swoje objawy z symptomami innych osób, wiele z nich się zgadza.  

Endometrioza nie jest niczym nowym. Możemy założyć, że ludzie z macicą chorowali na nią już tysiące lat temu. Wywołują ją cysty i stany zapalne (ogniska endometriozy), które lokalizują się głównie na jajnikach, w jelitach albo otrzewnej. Czasami ogniska pojawiają się także poza jamą brzuszną, na przykład w płucach. Budową przypominają błonę śluzową trzonu macicy i reagują na zmiany hormonalne związane z cyklem miesiączkowym: często rosną i krwawią, kiedy zaczyna się okres.  

Ogniska endometriozy mogą tworzyć przerzuty, czyli rozsiewać się i prowadzić do trwałych uszkodzeń organów. Pomimo to endometrioza długo nie była przedmiotem badań i do dziś wiemy o wiele za mało o tym wcale nierzadkim schorzeniu. Liczba chorych jest trudna do oszacowania, ale wśród osób z macicą w wieku rozrodczym waha się między 5 a 15 procent, przy czym u niektórych bóle nie ustępują nawet po menopauzie. W samych Niemczech daje to 2 miliony ludzi. 

Endometriozę uznaje się za jedną z głównych przyczyn kobiecej bezpłodności – odpowiada ona za około 40–60 procent przypadków niezamierzonej bezdzietności osób z macicą14. „Liczbę zachorowań można jedynie szacować dlatego, że ginekolożki:dzy pracujące:y w poradniach często nie raportują endometriozy – a więc dane nie trafiają do kas chorych", wyjaśnia Mechsner w wywiadzie dla radia MDR15. To mniej więcej tak, jakby kardiolodzy nie przekazywali do kas chorych informacji o ataku serca – skąd mielibyśmy wtedy wiedzieć, ilu ludziom przytrafia się zawał? 

Osoba chorująca na endometriozę musi cierpieć średnio przez 10,6 roku i odwiedzić trzech lekarzy, zanim otrzyma prawidłową diagnozę. Jana cierpiała jeszcze dłużej, w milczeniu. Kiedy w końcu odważyła się na to poskarżyć, okazało się, że ma szczęście, bo ginekolożka jej wierzy, sama wie jednak zbyt mało i kieruje Janę do specjalistycznego ośrodka. Podczas rozmowy wstępnej Jana słyszy, że może mieć rację, lecz pewność pozwoli jej uzyskać dopiero laparoskopia, czyli wziernikowanie jamy otrzewnej. Zdaniem Mechsner endometriozę równie dobrze można dziś rozpoznać na podstawie obrazu sonograficznego – trzeba jednak korzystać z najnowocześniejszych urządzeń USG, a te nie należą jeszcze do standardowego wyposażenia gabinetów ginekologicznych. Janie zostaje wyznaczony termin na laparoskopię – trzy miesiące po wstępnym wywiadzie. 

Zdjęcie ilustracyjne (Shutterstock.com)

"Wiedziałam, że jeśli lekarze nic nie znajdą, przebudzę się po trzydziestu minutach, jeśli jednak coś wypatrzą, potrwa to dłużej. W sali operacyjnej wylądowałam o ósmej, obudziłam się o trzynastej. Jako pierwszy przyszedł do mnie anestezjolog i zaczął paplać: Mnóstwo tego znaleźliśmy! Mnóstwo usunęliśmy!". I tyle, żadnych informacji, co to oznacza, ani słowa". 

Zobacz wideo Ania nie je od dwóch lat. Ludzie nie wierzą w jej chorobę

Następnie Jana dostaje zwolnienie lekarskie na trzy tygodnie. Podczas kolejnej wizyty ginekolożka przepisuje jej nowe pigułki, czysto gestagenowe, to element leczenia. Gestagen to hormon, który sugerując organizmowi, że jest w ciąży, zapobiega rozrastaniu się błony śluzowej macicy oraz powiększaniu się ognisk endometriozy. Tyle że Jana wcale nie czuje się lepiej – jest coraz gorzej. Ból jest silniejszy niż przed operacją, a krwawienie prawie nie ustępuje, zatrzymuje się najwyżej na dzień lub dwa. To nadwyręża jej organizm i szarga nerwy. Tabletki antykoncepcyjne wpływają na psychikę, powodują wahania nastrojów, ginekolożka zmienia lek. 

W tym czasie Jana zdążyła sobie uświadomić, że sama musi zostać menedżerką swojej choroby, bo endometrioza nie znika po jednej operacji i będzie jej towarzyszyć przez wiele lat. Znajduje grupy samopomocowe, gdzie kobiety w różnym wieku dają sobie wzajemnie oparcie i podchodzą z szacunkiem do każdej indywidualnej historii. W grupie staje się też jednak jasne, że dwie osoby mogą mieć tę samą diagnozę, a mimo to zupełnie inną jakość życia. Jana poznaje kobiety, które umierały z bólu i których żaden lekarz nie potraktował poważnie. Kiedy słucha tych opowieści, zaczyna do niej docierać, jak niepewnie rysuje się jej przyszłość, bo ogniska choroby po operacji nadal rosną, tylko w innych miejscach. "Mam teraz adenomiozę w macicy, to pochodna endometriozy. Mam też w macicy mięśniaki, cysty… W moim brzuchu można by grać wPokémon Go – znajdziesz tu wszystko. A na jednym z więzadeł macicy, prowadzącym do kości ogonowej, mam jeszcze jedno ognisko endometriozy, które prawdopodobnie jest powodem bólu pleców". 

Jana skończyła studia, ma dobrą pracę, czas, wiedzę i pieniądze, aby jeździć na kongresy i szukać pomocy w osteopatii, medycynie alternatywnej, jodze, zmianie sposobu odżywiania. Nie każda:y może sobie na to pozwolić. Jej życzenia, podobnie jak wielu innych osób, to nagłośnienie tematu, poszerzenie wiedzy i świadomości społecznej – a równocześnie pragnienie, aby endometrioza nie determinowała całego jej życia i nie zamieniała go w nieustanne stąpanie po cienkim lodzie. Z tego powodu woli pozostać anonimowa. O jej chorobie wie tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele. W pracy nikomu o niej nie powiedziała z obawy przed dyskryminacją albo uznaniem za zawodną i zbyt niewydajną. 

Rebekka Endler. Pisarka, dziennikarka i podcasterka. Główna dziedzina jej aktywności to reportaże powstające dla między innymi dla Deutschlandfunk Nova, Deutschandfunk Kultur, Deutschlandfunk i WDR. Pisze również do magazynów o ludziach, sztuce i kulturze, polityce i sprawach społecznych. 

* książkę Rebekki Endler pod tytułem "Patriarchat rzeczy. Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn" w tłumaczeniu Barbary Bruks wydał Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. 

** śródtytuły od redakcji