Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Aby zacząć pracę nad nową kolekcją, nie wystarczy inspirująca podróż do Paryża, nawet jeśli delegacji towarzyszą obserwacje stylówek odwiedzających targi, analiza mody ulicznej i zakupy ciekawych wzorów w paryskich sklepach. Te ostatnie są potem "twórczo interpretowane", bardziej lub mniej dosłownie. To tak zwany shopping – niewinna nazwa na szpiegostwo przemysłowe – bardzo popularna praktyka w markach, która sprawia, że wszyscy kopiują wszystkich.*

W czasach e-commerce, darmowych dostaw i zwrotów nie trzeba już nawet latać do Londynu, Berlina czy Mediolanu, jak kiedyś. Można zrobić duże zakupy online, przyjrzeć się konstrukcji i detalom, a po skopiowaniu wybranych ubrań – wszystkie zwrócić.

Czasem trudno nawet dociec, która marka skopiowała konkurencję, a którą okradziono z pomysłu. Zresztą często się zdarza, że kopiujący sami padają ofiarą plagiatu. Procesy sądowe są długie i trudne, więc młodzi projektanci i projektantki szybko się uczą, że wystarczy zmienić kilka detali i już są "bezpieczni". Podróbki i kradzież pomysłów to codzienność w modzie. I moim zdaniem nie chodzi tu tylko o brak kreatywności, równie winny i ważny jest nieustanny brak czasu. Projektowy sprint.

Masowa moda z fast fashion nie tylko zamawia tysiące egzemplarzy jednego modelu, ale także wprowadza na rynek setki, a nawet tysiące nowych modeli rocznie! Szukanie w sobie pomysłów na kolekcję i rozwijanie jej, bazując na talencie, wyczuciu i inspiracjach, to jeden z mitów na temat pracy projektantów, zwłaszcza w sieciówkach. Stawka jest zbyt wysoka, by zaufać młodym ludziom tuż po studiach artystycznych. Biznes w tej niepewnej, ale bardzo dochodowej branży potrzebuje minimalizować ryzyko, a nie rozwijać młode talenty i wspierać indywidualne podejście do mody. Bada się więc trendy, analizuje sprzedaż i ofertę konkurencji i kopiuje najbardziej obiecujące pomysły. Wszyscy kopiują wszystkich, niemal bez wyjątków.

Jeśli brzmię dość gorzko, to pewnie dlatego, że wciąż pamiętam rozczarowanie i szok z pierwszej pracy, gdy odkryłam, na czym dokładnie będzie ona polegać. Jako projektantka miałam nauczyć się tworzyć techniczne rysunki projektów, dobierać materiał, kolor i dodatki, a potem określać wymiary gotowego ubrania w każdym rozmiarze (tak zwane stopniowanie). Jednak najwięcej czasu spędzałam na kontrolowaniu i komentowaniu prototypów – sampli. Co kilka tygodni przylatywały one w paczkach z Chin, Indii czy Bangladeszu, dopóki nie było zielonego światła na masową produkcję. Każdy model miał od dwóch do nawet sześciu prototypów (choć pamiętam też rekord – dwanaście sampli pewnej kurtki). Zatwierdzano na nich krój, rozmiar, jakość szycia, dodatki, kolory, metki i tym podobne. Aż dziw, że mimo tego nieustannego nanoszenia poprawek do sklepów co rusz trafiały jakieś buble – sprzedażowe kity ze zbyt małym kapturem albo odpadającymi guzikami.

Masowa moda z fast fashion nie tylko zamawia tysiące egzemplarzy jednego modelu, ale także wprowadza na rynek setki, a nawet tysiące nowych modeli rocznie (fot. Shutterstock)

Nie zastanawiałam się wtedy, kto i jak szyje te najtańsze modele… Za to do dziś pamiętam ciężki, duszący zapach, jaki pojawiał się w biurze wraz z rozcięciem każdego kartonu. Niektóre z nas reagowały na niego kaszlem. Inne projektantki cierpiały na alergię i wysypkę, którą początkowo trudno było powiązać z prototypami odzieży. Teraz, po latach, gdy mam świadomość, jak i czym barwione są na przykład jeansy, wszystko staje się jasne i oczywiste. To ciągły kontakt z toksycznymi chemikaliami i barwnikami wywoływał lekooporne zmiany na ciele i wprawiał w zdumienie dermatologów, miesiącami szukających przyczyny naszych tajemniczych problemów ze skórą. Szkoda, że nie wpadłyśmy na to, żeby prać wszystkie sample, zanim zaczniemy je mierzyć, by ocenić wymiary, i testować, by dopracować konstrukcję i nanieść poprawki. Wszystkie drogą mailową, rzecz jasna, za pomocą zdjęć i rysunków, bo konstrukcja i szycie odbywają się w tym modelu w kraju producenta – w Chinach, Indiach czy Bangladeszu.

Co ciekawe, po dwudziestu latach od tego twardego lądowania w branży moich marzeń praca w wielu działach projektowych nadal wygląda bardzo podobnie. Tak samo zresztą jak w szwalniach i na polach bawełny. Moda w XXI wieku to wciąż niezwykle pracochłonna branża, dość oporna na automatyzację i nowe technologie. Nadal wymaga zaangażowania i tytanicznej pracy milionów ludzi.

Oczywiście najwięksi gracze z branży mają do dyspozycji algorytmy śledzące popularność kolorów i fasonów. Media społecznościowe pozwalają badać rynek i upodobania klientek na niespotykaną wcześniej skalę. Nie tylko nas uzależniają, ale także śledzą, aby skuteczniej dostarczać nam rozrywki i drenować portfele. Mamy także nowinki i nowe technologie. Powstają wirtualne przymierzalnie, chatboty doradzają nam najmodniejsze stylówki sezonu, a rozszerzona rzeczywistość proponuje całkiem nowe doświadczenia zakupowe.

Gdy opowiadam o takim procesie produkcji moim studentom i studentkom projektowania ubioru, widzę, że to dla nich trudne i rozczarowujące. Gdzie tu wizja, twórcza wolność i artystyczne szaleństwo? Gdzie uważność, odpowiedzialność i transparentność? Dominują excelowe pliki z wytycznymi dotyczącymi asortymentu i kalendarzem prac, tabelki i setki maili. Papier i manekina dawno zastąpił komputer na biurku. (Choć akurat Excel i kalendarz sprawdzają się świetnie także w slow fashion!)

Media społecznościowe pozwalają badać rynek i upodobania klientek na niespotykaną wcześniej skalę (fot. Shutterstock)

Najtrudniejszy kawałek pracy w sieciówkach to zwykle presja czasu. Wszystko na wczoraj, asap-em. Na osłodę sesja zdjęciowa, na przykład w egzotycznej scenerii, na pięknych modelkach, i zgrabna marketingowa opowieść o inspiracjach do kolekcji. Czasem satysfakcja, że model dobrze się sprzedaje, w tysiącach sztuk. A czasem gorycz, że dziewczyny na krańcu świata, która włożyła w szycie tyle pracy, nigdy nie będzie stać nawet na takie tanie ubrania, bo wypłata ledwo starcza na życie.

Czasem projektantom udaje się po miesiącach od wysłania dokumentacji nadal lubić swój model, choć w świetle kolejnych raportów o trendach wydaje się stary i niemodny, jeszcze zanim trafi do sklepów.

W systemie szybkiej mody praca nad kolekcją nigdy się nie kończy. Rok ma pięćdziesiąt dwa tygodnie i w każdym na klientkę ma czekać nowa, niepowtarzalna okazja. W galeriach handlowych dominują dostawy dwa razy w tygodniu.

Wiem, że opowiadając o tym, odzieram projektowanie z magii, ale na szczęście ten zawód ma także jaśniejsze i bardziej kreatywne oblicza. Mocno wierzę, że inna moda jest możliwa, tak jak możliwe jest inne myślenie o projektowaniu. Mam nawet na to dowody, ale głównie spoza fast fashion. Moich znajomych i znajome pracujących w branży fast fashion z korporacjami łączą zwykle relacja "to skomplikowane" i mieszkaniowe kredyty. Nie ulegajmy jednak pokusie podziału na dobrych i złych projektantów po przeciwnych stronach barykady. Osoby zatrudnione w firmach mogą przecież zmieniać je od środka. Im więcej szkodliwych praktyk, tym bardziej przyda się ktoś z alternatywnym sposobem działania i większą wrażliwością na kwestie społeczne i ekologiczne. Takie oddolne zmiany nie są ani łatwe, ani proste, ale wewnętrzne odpowiedzialne wybory i naciski na wprowadzanie bardziej zrównoważonych rozwiązań to coś, czego nie można przecenić! Szacuje się, że projekt odpowiada za 80 procent wpływu ubrania na świat. Każda zmiana na lepsze w projekcie ma sens, na przykład zamiana standardowej bawełny na organiczną to wygrana na kilku polach (więcej o tym w rozdziale poświęconym bawełnie).

Wiele osób zatrudnionych w tak zwanych brudnych branżach i "niezrównoważonych" korporacjach mierzy się z frustracją. W końcu kto nie marzy o pracy zgodnej z wyznawanymi wartościami? W firmie, która nie przykłada ręki do wyzysku i katastrofy klimatycznej. (Wierzę, że pragnie tego większość z nas, i proszę, nie wyprowadzajcie mnie z błędu, jeśli jest inaczej).

Rozumiem tych, którzy zmieniają pracę, ale też podziwiam wszystkie osoby naprawiające zepsute systemy od środka i kibicuję im. Jest to możliwe na każdym szczeblu i przy każdym biurku. Konserwator powierzchni płaskich może zawalczyć o ekologiczne środki do mycia podłogi, szwaczka o przekazywanie ścinków do przedszkola, zamiast palenia ich za szwalnią. Menadżerka o wycofanie z kurtek sztucznej, plastikowej "ekoskóry". Nie mówiąc już o kluczowych decyzjach na szczycie korpodrabiny, chyba że system wartości podpowiada: "nic nie zmieniamy, póki zarabiamy", ale to już zupełnie inna historia.

Oczywiście im większa jest ta modowa machina, tym trudniej zmienić kurs. Globalne marki są jak Titaniki – większość już rozumie, że kurs jest fatalny, a katastrofa nieuchronna. W raportach csr czytamy, że marki "dokładają starań" w kwestiach ekologicznych i społecznych…

Mam jednak wrażenie, że większość kapitanów ociąga się z poważnymi zmianami, albo nie widząc innej równie zyskownej drogi, albo szukając dla siebie szalupy ratunkowej. I chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że zupełnie nie chodzi mi o to, by zaprzeczać, że moda to biznes, który musi zarabiać, a jego budżet ma się spinać. Ten przemysł rządzi się takimi samymi prawami jak każdy.

Pora jednak powiedzieć sobie wyraźnie, że moda musi się zmienić. Najwyższy czas choć trochę uwagi przekierować na to, w jaki sposób i jakim kosztem robimy ubrania, zamiast koncentrować się wyłącznie na ich cenie i wyglądzie. "Ładne i tanie" ubrania powstają ogromnym kosztem środowiskowym i społecznym.

Idea zrównoważonej mody zachęca marki, by wzięły odpowiedzialność za cały proces produkcji, a nawet użytkowania swoich kolekcji. By wymagały od dostawców nie tylko równych szwów, ale także godnych płac dla szwaczek. By walczyły o marżę i właściwy kolor tak samo zaciekle jak o wyeliminowanie pracy dzieci. By przejmowały się opóźnioną dostawą nie mniej niż systemem przeciwpożarowym w fabryce. By doceniały dobrą konstrukcję producenta jeansów na równi z jego inwestycjami w oczyszczalnię ścieków i nietoksyczne barwniki. By nie produkowały jednorazowych rzeczy, nienadających się do naprawy, które po sezonie zamienią się w niemodne, kłopotliwe i toksyczne odpady.

Niestety pożary i katastrofy budowlane w Bangladeszu wyraźnie pokazały, jak mało interesujące były (i nadal są) dla wielu dużych marek warunki pracy i bezpieczeństwo osób, dzięki którym płaskie rysunki zamieniają się w gotowe ubrania, przynoszące krociowe zyski.

Firmy odzieżowe wciąż odcinają się od odpowiedzialności za to, jakim społecznym i środowiskowym kosztem powstają ich ubrania. Na metce wciąż najważniejsze są logo i niska cena. Dlatego sztaby ludzi (tak zwanych kupców) z europejskich biur odbywają regularne delegacje na krańce świata, by szukać nowych, jeszcze tańszych dostawców, negocjować ceny i przyspieszać terminy produkcji. Firmy odzieżowe i ich udziałowcy oczekują nieustannego wzrostu. Większej sprzedaży, większych inwestycji, większych zysków… Dopiero od niedawna wypada markom mieć także jakieś niefinansowe cele pod hasłem sustainability i csr. Powoli powstają raporty deklarujące starania na rzecz ekologii i obiecujące monitoring dostawców, w żadnym jednak nie przeczytałam jak dotąd słowa o zmniejszeniu produkcji. Aktywiści i aktywistki, a także my – konsumenci i konsumentki – coraz głośniej krytykujemy system fast fashion i jej zupełny brak odpowiedzialności w obszarze ekologicznym i społecznym.

Zobacz wideo Szafa przyjaciół - ciucholand, w którym się nie płaci

W ekobańce słyszymy, że trendy się kończą, a podążanie za nimi to obciach. Marki czują, że statek nabiera wody i pora na inny model biznesu. W trosce o utrzymanie status quo i z obawy przed spadkiem sprzedaży firmy podejmują więc najróżniejsze działania. Wiele na pokaz i zupełnie bez sensu, choć są i takie, które warto głoś no pochwalić i docenić. Dlatego będziemy się trenować w rozpoznawaniu greenwashingu – czyli ekościem, które mają nas przekonać, że marka jest nawet bardziej eko i spoko, niż możemy żądać.

Powoli powstają raporty deklarujące starania na rzecz ekologii i obiecujące monitoring dostawców (fot. Shutterstock)

(…)

Krajowa branża mody przypomina pastwisko pełne min. Niby zielono i kwitnąco, ale co rusz wybucha skandal i wdeptujemy w… krowi placek. W ofercie wielu marek królują mizerne wzornictwo i tani poliester z importu. Liczne hurtownie sprowadzają go na kilometry, głównie z Indii lub Chin, i sprzedają bez faktur. Głośno było o tym, że z płaceniem podatków miewają kłopoty przedsiębiorcy z Centrum Handlowego "Ptak" w Rzgowie pod Łodzią. W 2018 roku fiskus podczas kontroli wykrył tam kilkadziesiąt przypadków niezarejestrowanej działalności gospodarczej i nałożył (raczej symboliczne, zważywszy na obroty) kary.

Ptak to zresztą bardzo wyjątkowe miejsce na modowej mapie Polski – największa hurtownia odzieży w Europie. Choć nie przeczytamy o rodzinnym imperium Antoniego Ptaka w topowych magazynach, to zdecydowanie "czuć tu piniondz", jaki można zarobić na lokalnej modzie. Swoje biznesy prowadzą tu ponad 2 tysiące producentów i importerów. Sprzedają ubrania, akcesoria i galanterię rozsianym po Polsce (i nie tylko) właścicielom sklepów, butików i stoisk na bazarach.

Znajdziemy tu alternatywę dla ofert z galerii handlowych. Krótkie serie, szybkie podróbki i wariacje na temat trendów. Na stronie tej największej hurtowni odzieży w Europie czytamy, że CH "Ptak" odwiedza rocznie aż 9 milionów klientów z kraju i ze świata. Parkingi wokół hal mieszczą około 6 tysięcy samochodów.

Zawsze zachęcam moich studentów kierunku projektowania ubioru, żeby swoją wiedzę o branży mody budowali także w terenie, wychodząc ze swoich baniek informacyjnych. Odwiedzali nie tylko ulubione lumpeksy i znane marki w modnych miejscówkach, ale zajrzeli do niepozornych butików w małych miasteczkach, na bazary. A potem obowiązkowo zrobili kilkukilometrowy spacer licznymi pawilonami Ptaka.

Nic nam tak dobrze nie robi jak zmiana perspektywy. A odpowiedzialne projektowanie wymaga stawiania sobie wielu pytań. Można zacząć od tego: ilu ubrań potrzebuje jeszcze świat i dlaczego właśnie ode mnie?

 *Fragmenty książki "Odpowiedzialna moda" Katarzyny Zajączkowskiej

Katarzyna Zajączkowska. Projektantka, wykładowczyni w Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru, przez kilkanaście lat tworzyła kolekcje dla wiodących marek odzieżowych w Polsce. Ten świat poznała od podszewki. Zajmuje się edukacją i wspieraniem branży mody w obszarze zrównoważonego rozwoju, skupiając się na innowacyjnych rozwiązaniach wokół mody cyrkularnej. Prowadzi warsztaty świadomego budowania wizerunku dla firm, organizacji i młodzieży. Autorka bloga i podcastu "Odpowiedzialna Moda".