Społeczeństwo
Rzeżba Xu Hongfei w mieście Salamanka w Hiszpanii (fot. Shutterstock)
Rzeżba Xu Hongfei w mieście Salamanka w Hiszpanii (fot. Shutterstock)

Spójrz na Elżbietę i zastanów się, co widzisz.*

Stoi przy kuchence. Czeka, aż smalec rozgrzeje się na patelni. Gdy słyszy, jak delikatnie syczy powietrze pod podwójnym, stalowym dnem, wrzuca kiełbasę. Mięso skwierczy, delikatny flak zmienia się w brązową, chrupiącą skórkę.

Okrągła jak księżyc w pełni twarz Elżbiety wyraża spokój i błogość. To widzisz. A co przy dobrej woli obu stron – Elżbiety i twojej – możesz jeszcze usłyszeć?

Że lubi ten zapach, trochę cierpki, trochę dymny. Lubi smażoną kiełbasę. Taką, która z chrzęstem pęka pod zębami, parzy język, po której broda spływa tłuszczem. Słyszysz zmieszanie w jej głosie, kiedy się tłumaczy. Wie, że nie powinna.

Co zrobić. Lubi konkrety. Wykwintny tort z różami z tłustego kremu. Frytki. Dobrze zamarynowaną karkówkę z grilla. Zimną wódeczkę do tego. Wie, że nie powinna, ale sałatą się nie naje.

Jej babcia przeżyła głód w czasie wojny i parę lat po. To dziwne, że na wsi, gdzie produkuje się jedzenie, gdzie wszystko kręci się wokół jedzenia, był taki głód. Ale był. Babcia jako dziecko nie znała smaku śmietany, chociaż w gospodarstwie hodowano trzy krowy. Śmietana była na sprzedaż, w domu wystarczało odchudzone mleko. Chleb zamoczony w mleku i posypany cukrem – to dopiero był przysmak. Jedzono ziemniaki z wody, tłuczone, od święta kopytka, pyzy i placki. Pewnie dlatego babcia powtarzała pulchnej od dziecka Elżbiecie, że wygląda dobrze, bo dorodnie, syto, bogato. Cieszyła się z tej jej pulchności.

Elżbieta wręcz odwrotnie. Zawsze tym nadmiarem ciała się martwiła. Nie chce opowiadać, jak jej w szkole dokuczali, bo kiedy o tym myśli, czuje wstyd.

Z powodu tego wstydu nigdy też nie powie o sobie: "Jestem gruba, puszysta, mam nadwagę". Za żadne skarby tego nie powie. Zamiast tego powtarza: "Chciałabym być chudsza".

Ale nie jest. Od czasu do czasu się odchudza, ale potem dopada ją wilczy głód. Czuje ssanie w żołądku. Jakby ten żołądek sam chciał się zjeść. Mroczki przed oczami. Kręci się w głowie. Ręce drżą. Wszystko wewnątrz się trzęsie. Uspokaja się dopiero, gdy zje coś tłustego.

Jest coraz grubsza. W wieku lat 20 ważyła 86 kilogramów, teraz, dobiegając pięćdziesiątki, waży ponad 100. Bolą ją kolana, kości miednicy. Od pewnego czasu chodzenie sprawia jej trudność. Drobi, lekko kiwając się na boki. Kiedy wchodzi na drugie piętro starej kamienicy, musi zatrzymywać się na każdym półpiętrze. Uwiesza się na poręczy. Dyszy. Wciąga ustami powietrze. Chusteczką ociera z twarzy kropelki potu.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)



A teraz pomyśl – to, co przedstawiłam powyżej, mogłaś zobaczyć i usłyszeć. A czego nie wiesz?

Że złe samopoczucie fizyczne to pestka. Wstyd ma większy ciężar gatunkowy. Elżbieta najgorzej czuje się wtedy, gdy co jakiś czas, może raz na tydzień, dzwoni do dorosłej już córki. Mówi zakłopotana: "Córcia, paznokcie". Bo tak już jest, że duży brzuch przeszkadza jej w obcinaniu paznokci u stóp. Ten balon, który nosi przed sobą, nie pozwala też samodzielnie zapiąć sprzączki przy butach, ściągnąć sznurowadeł.

Córka przyjedzie i znowu będzie gderać: "Mamo, weź się za siebie i schudnij". Potem obetnie paznokcie. Pomaluje bordowym lakierem, w kolorze włosów Elżbiety.

Pomalowane paznokcie to namiastka luksusu i elegancji. Podobnie jak bordowe włosy mocno usztywnione lakierem i usta pomalowane pomadką w takim samym kolorze.

- Każda kobieta chce być piękna – tłumaczy Elżbieta, zdając sobie sprawę, że zakres dbania o własną urodę ograniczył się już tylko do paznokci i włosów. Kiedy to mówi, ogląda swoje akrylowe hybrydy. Cztery paznokcie w kolorze burgundu, jeden, na serdecznym palcu, fioletowy, z przyklejonymi kryształkami, które migoczą niczym brylanty.

- Chce pani pisać o grubych? – dziwi się. – Ale o jakich grubych? Takich jak ja, którzy ważą ponad 100 kilo? Czy o takich, którzy myślą, że są grubi z powodu jednej fałdki na brzuchu? I dlaczego chce pani o nich pisać? Koń jaki jest, każdy widzi. Ja to wiem i pani to wie. Nic się nie zmieni. Czy jak pani napisze prawdę, zaczną nas kochać? Nie zaczną!

(…)

Marcelina ma 47 lat, pracuje w korporacji wydawniczej, samotnie wychowuje dwie córki. Jej pierwsze małżeństwo zakończyło się rozwodem i depresją. Drugie – tragiczną śmiercią męża w wypadku samochodowym i depresją jeszcze silniejszą. Wskutek przewlekłego stresu cierpi na dystonię, która w jej przypadku objawiała się nagłymi i nieoczekiwanymi spadkami nastroju, wybuchami złości i agresji. Od kilkunastu lat pod opieką psychiatry stabilizuje nastrój wenlafaksyną, regularnie odwiedza psychologa – swojego terapeutę – a jednak od czasu do czasu na swoim profilu w mediach społecznościowych daje znać, że jej życie jest mocno naznaczone cierpieniem i poczuciem osamotnienia. Jest na granicy załamania.

Marcelina waży 90 kilogramów, ma około 30 kilogramów nadwagi. Nie lubi jednak słowa "gruba" czy "otyła". Gruba czy też otyła jest jej koleżanka z pracy, która waży 105 kilogramów. Marcelina porównuje się z koleżanką i umieszcza się w innej, bardziej akceptowalnej kategorii lżejszego kalibru – nad-waga.

- Jest mi głupio, że oceniam, że ciągle myślę tak samo myślę jak wtedy, gdy byłam szczupła – tłumaczy. – Ale uwierz, to działa we mnie automatycznie, chyba jest wdrukowane w psychikę, wyssane z mlekiem matki. Kiedy widzę grubą kobietę, myślę: "Spasła się jak świnia", "Dlaczego się tak utuczyła?" albo: "Co ona na siebie włożyła, że wygląda jak wieloryb przykryty wielkim namiotem?". Na szczęście nigdy tego nie mówię na głos, ale myślę… Mój ojciec nigdy nie powiedział „taksówkarz", tylko "złotówa". W ludziach widział buraków, wieśniaków, meneli. Skończyłam psychologię społeczną. Wiem, że ojciec w ten sposób budował swoje ego, leczył niskie poczucie wartości, zdegradowane przez nadużywanie alkoholu. U mnie to dyskredytowanie ludzi działa jak automat.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Marcelina jest cichą fatfobką i hejterką, mimo że sama doświadcza stygmatyzacji i pogardy z powodu tuszy. Chciała kiedyś poćwiczyć w ekskluzywnej siłowni, a tam – jak mówi – same gadżeciary, ubrane tak, jakby zeszły prosto z wybiegu sportowej mody, więc te "lansiary wylaszczone" obrzucały ją pogardliwymi spojrzeniami. Nie musiały wcale mówić: "Co ta grubaska tu robi? Ta grubaska tu nie pasuje!". Ona i tak intensywnie to czuła. Czuł to jej duży brzuch. Kiedyś zaczepiła ją sąsiadka i powiedziała ze smutkiem: "A mogłabyś być taką śliczną laską, gdybyś trochę schudła". Matka zaś powtarzała: "Znowu przytyłaś? Weź się za siebie, przestań żreć" lub: "Czy jesteś pewna, że w tych spodniach wyglądasz dobrze?". Matka nigdy nie powiedziała jej: "Kocham cię", nie przytulała, była chłodna, skupiona na własnych problemach. Wiele lat leczyła depresję. Potem walczyła ze swoją nadwagą. Uda-ło się jej zgubić 20 kilogramów. Jest z tego dumna. Nie może zrozumieć, że córka walczy, ale bez wyraźnych efektów. Podsuwa Marcelinie diety. Zapisuje ją na fitness. Naciska, ale nie wspiera.

Dzieci brata Marceliny uczą się w tej samej szkole, do której chodzi jej córka. Na wywiadówkach on wyraźnie unika kontaktu. Na pewno się wstydzi grubej siostry – tak sądzi Marcelina. Nie wspiera jej, kiedy chce się wypłakać, ale wykazuje zainteresowanie i lajkuje jej posty na Facebooku, kiedy ona obwieszcza światu, że właśnie wykupiła karnet w siłowni i będzie ćwiczyć trzy razy w tygodniu. Brat pisze wtedy: "Brawo siostra!". I dodaje serduszko. Jednak Marcelina czuje się przez niego opuszczona.

Brakuje jej prawdziwej bliskości. Chciałaby, żeby ktoś ją przytulił. Dotyk masażysty to za mało.

Parę lat temu zarejestrowała się na Tinderze. Przed potencjalnymi partnerami nie ukrywała swoich nadprogramowych kilogramów. Zdarzało się jednak, że umawiała się z kimś w kawiarni, a ten, widząc ją po raz pierwszy w realu, siedzącą przy stoliku, zawracał na pięcie. Ewakuował się w pośpiechu. Piekły ją policzki, jakby dostała w twarz.

Kilka raz miała "niezobowiązujący" seks. I to było chyba najgorsze.

- Sprowadziło się to do tego, że to ja zadowoliłam faceta, ale on mnie nawet nie zamierzał zadowolić. Było tak nieintymnie, bezosobowo. Czułam wyraźnie, że dla niego nie miało znaczenia, jak wyglądam. Mogłam być chuda, gruba, nijaka, z brzydką twarzą. Liczyła się tylko moja jedna część: anatomiczna.

Usunęła konto na Tinderze. Przestała szukać partnera.

Chyba już mi się nie chce zaczynać wszystkiego od nowa. Coś komuś udowadniać, do czegoś się dostrajać. Jestem gruba, a to niemal wyrok.

Zaczęła tyć w czasie pierwszego małżeństwa. Od dziecka była płaczliwa i lękliwa. Teraz już wie, że wiele osób z syndromem dda (Dorosłe Dzieci Alkoholików) tak ma. Mężowi jednak ta nadwrażliwość przeszkadzała. Kiedyś on przygoto-wał kolację, a gotował świetnie. Ona chciała stworzyć nastrój. Na blacie szklanego stołu postawiła sporo tealightów. Nagle szkło pękło z hukiem. Stół się rozpadł. Marcelina krzyknęła i się rozpłakała. Mężowi to przeszkadzało. Coraz częściej powtarzał: "Dziewczyno, idź się leczyć. Trzeba cię zamknąć w Tworkach".

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Czuła się odrzucona, niekochana. W nocy zaczęła zajadać stres. Lubiła chleb. Zaczynała od piętki. Chrupała ją ze smakiem. Potem zaczynała jeść skórkę. Na końcu miąższ. Potrafiła na jednym posiedzeniu zjeść cały chleb. I wtedy pojawiał się spokój. Tyła.

Którejś nocy kochała się z mężem. Leżała odprężona. Czuła się bezpiecznie. Nie spodziewała się, że za chwilę jej świat wywróci się do góry nogami. Mąż powiedział oschle: "Mam kogoś. Jest młodsza od ciebie i szczuplejsza". Następnego dnia spakował rzeczy i wyszedł.

Płakała. Czuła jadłowstręt. Waga spadła o 15 kilogramów. Miała w sobie dużo złości. Zwykle łagodna, teraz zaczęła krzyczeć na dziecko. Przestraszyła się tej agresji, bo zwykle dla córki była czuła i cierpliwa. Wzięła rozwód. To nie był koniec klęsk. W pracy dostała pięciomiesięczne wypowiedzenie. Walczyła z depresją i nadwagą. Ćwiczyła w domu. W plenerze jeździła na rowerze. Poszła do psychiatry. Ustabilizowała emocje. Znalazła nową pracę. Pod dwóch latach nowego partnera. Był dobry i czuły. Pomyślała wtedy: To, co najgorsze, mam już za sobą. Teraz będzie tylko dobrze!

Wyszła za mąż. Zaszła w ciążę. Znowu zaczęła tyć. Docierali się z mężem, kłócili. Czy zamieszkać z jego matką, czy wziąć kredyt na mieszkanie. Po trzech latach się dotarli. Mąż akceptował ją i uwielbiał. Wzięli kredyt. Mogło być już tylko lepiej.

Zobacz wideo Ania nie je od dwóch lat. Ludzie nie wierzą w jej chorobę

Tamtego wieczoru nie przeczuwała nieszczęścia, chociaż zawsze się chwaliła intuicją. Miała ochotę na lody. Padał deszcz, wiał zimny wiatr, ale mąż bez wahania włożył kurtkę, ruszył na poszukiwania. Po godzinie wrócił zziębnięty i przemoczony, ale kupił jej ulubione lody na jakiejś stacji benzynowej. Czuła się błogo. Rano miał zawieźć swoich pracowników na budowę. Była w dobrym nastroju. Piła kawę, słuchała Cohena, szykowała córkę do szkoły. Zadzwonił telefon. Mąż miał wypadek. Zginął na miejscu.

Wpadła w czarną dziurę. Zaczęła jeść. W dzień zdrowo i dietetycznie, w nocy kompulsywnie.

Nie stać jej było na spłacanie kredytu. Pojawiły się długi. Wróciła z córkami do rodziców. W nocy, kiedy wszyscy spali, szła do kuchni. Jadła bułki. Nie czuła smaku. Kiedy zaczęli chować przed nią bułki, jadła to, co było pod ręką.

Matka podsuwała diety: post Dąbrowskiej, dietę białkową Konrada Gacy, dietę pudełkową. Organizm buntował się zwykle po dwóch tygodniach. Odrzucało ją od warzyw, które kiedyś lubiła, od kiszonek, które zawsze jej smakowały. W nocy lodówka, w dzień utyskująca i oceniająca matka.

- Czasami myślę – mówi Marcelina – że moja ciało wie o mnie więcej niż mój umysł. Obudowuje mnie tłuszczem, żebym mogła udźwignąć ten ciężar. Moja matka była dzieckiem alkoholika. Jest toksyczna, bo ma w sobie dużo nieprzepracowanej złości. Ja też jestem dda. Poszłam nawet na ustawienia hellingerowskie, ale nic mi to nie dało. Może powinnam zmienić terapeutkę? Ta jest za darmo w ramach programu pomocy dla dda, na prywatną nie mam pieniędzy. Mieszkam razem z rodzicami, chociaż wiem, że powinnam się wyprowadzić, ale sama sobie nie poradzę z dwiema dorastającymi córkami. Więc pomyśl, czy gdybym była wiotka jak trzcinka, dałabym radę ten bagaż nieść?

 *Fragmenty książki "Gruba. Reportaż o wadze i uprzedzeniach" Marii Mamczur