Społeczeństwo
Baza pod K2 (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)
Baza pod K2 (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

Nie znam nikogo, kto nie byłby zafascynowany piękną piramidą, jaką jest K2. Góra zdobyta dopiero w 1954 roku przez Włochów jest szczególna dla Polaków. Latem 1976 roku Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż na nowej drodze granią północno-wschodnią osiągnęli wysokość 8400 metrów. Został im do zrobienia trawers polami śnieżnymi do szczytu, ale skończył im się tlen. Zawrócili. Drogę Polaków dokończyli w 1978 roku czołowi wtedy amerykańscy alpiniści: Jim Wickwire, Lou Reichardt, Rick Ridgeway i John Roskelley. Wspinali się po polskich śladach, wykonując długi trawers do drogi normalnej. Janusz Kurczab, kierownik polskiej wyprawy, otrzymał potem od Ridgewaya telegram ze słowami wielkiego uznania za robotę, jaką Polacy wykonali na tej drodze.*

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Po zdobyciu Everestu nasi ponownie przymierzyli się do zdobycia K2, w 1982 roku ekipą znów kierował Janusz Kurczab. Tym razem byłem w składzie tej wyprawy. Janusz chciał, żebyśmy próbowali wejść nową drogą, tym razem granią zachodnią z lodowca Savoia, którą chcieli otworzyć Amerykanie w 1975 roku pod kierownictwem Jima Whittakera. Nasza wyprawa była duża, ale spóźniona i niepozbawiona problemów organizacyjnych. W Polsce wciąż obowiązywał stan wojenny. Bazę udało się nam postawić dopiero 8 lipca. Po dwóch miesiącach zmagań razem z Eugeniuszem Chrobakiem, Leszkiem Cichym i Wojciechem Wróżem dotarliśmy na wysokość 8100 metrów. Dzień później Cichy i Wróż osiągnęli 8250 metrów, ale silny wiatr zmusił ich do odwrotu.

W tym samym czasie na drodze pierwszych zdobywców działała kobieca polska wyprawa kierowana przez Wandę Rutkiewicz. Bez powodzenia.

K2 od 1976 roku jest polem rywalizacji alpinistów. Japończycy zdobyli południowo-zachodnią ścianę K2 w 1981 roku, ale oczy czołowych alpinistów skierowane były na południową grań z przełęczą Negrotto. Linia ta, nazwana przez Reinholda Messnera Magic Line, magiczną, była wielkim wyzwaniem.

Sierpień 1996 roku. Na wysokości 7850 metrów zdobywcy K2 założyli ostatni obóz przed atakiem szczytowym (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

W 1979 roku zaciężna wyprawa francuska osiągnęła 8450 metrów. Rok 1986 pod K2 należał jednak do Polaków. Trzy polskie zespoły mierzyły się z "piekielną piramidą". Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta zdobyła szczyt K2 (niestety, Dobrosława Miodowicz-Wolf nie wróciła z tej wyprawy). Tadeusz Piotrowski i Jurek Kukuczką zdobyli górę nową drogą w stylu alpejskim (niestety, Piotrowski zginął podczas zejścia).

Janusz Majer skierował swój zespół na Magic Line. Tuż przed Polakami przymierzyli się do tej drogi Amerykanie, Włosi i samotnie wspinający się Renato Casarotto. Najpierw zginęli dwaj Amerykanie: John Smolich i Alan Pennington. Porwała ich lawina. Tragedia rozbiła wyprawę amerykańską, zwinęli swój obóz. Z K2 nie wrócili też tego lata Włoch Renato Casarotto i pakistański himalaista Muhammad Ali.

Na szczycie 3 sierpnia 1986 roku stanęli za to Polacy (Przemysław Piasecki i Wojciech Wróż) oraz Słowak Peter Božík. Ale sukces został okupiony śmiercią. W nocy z 3 na 4 sierpnia podczas schodzenia ze szczytu zginął Wojciech Wróż. Spadł w przepaść. Przyczyna wypadku nieznana. K2 było wielkim wyzwaniem także dla Wojciecha Kurtyki. W 1994 roku zaprosił mnie i Carlosa Buhlera do zmierzenia się z zachodnią ścianą. Warunki, jakie tam napotkaliśmy, nie dały nam szansy na sukces.

Do czterech razy sztuka

Minęły dwa lata i oto jestem na szczycie. Do czterech razy sztuka. Nie czuję euforii, choć to trzynasty szczyt do mojej Korony Himalajów.

Bardziej myślę o zejściu, bo źle to wygląda. Ciekawe, czy moi towarzysze też mają takie obawy. Jak bezpiecznie wrócić do namiotu na 7850 metrach? Ze szczytu to kawał drogi!

Sierpień 1996 roku. Za czwartym podejściem, 14 lat po pierwszej próbie, Krzysztof Wielicki staje na wierzchołku K2 z włoskimi partnerami: Markiem Bianchim (na zdjęciu) i Christianem Kuntnerem (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

Granią do przełączki nawet łatwo, trochę jednak wieje. Schodzimy do kuluaru. Czołówki już nie działają, idziemy na wyczucie do lodowego trawersu. Nie damy rady w ciemnościach kontynuować zejścia. Nade mną Christian, a Marco jeszcze wyżej. Czekan idzie w ruch. Rąbię w lodzie małą półkę, by można było przysiąść na tyłku. Wkręcam ostatnią śrubę lodową, mam asekurację. Dobrze, że miałem tę śrubę, bo z grani co jakiś czas spadają kawałki lodu wyrywane przez wiatr. Długo myślę, czy położyć plecak pod tyłek, czy raczej schować w nim nogi. Wybieram pierwsze rozwiązanie. Słabo czuję palce u stóp, czeka mnie walenie rakami w lód tak długo, aż wróci krążenie w stopach. Zmęczenie bierze górę, oczy mi się zamykają. Wydaje mi się, że to kontroluję. W tak niskiej temperaturze można zasnąć na amen.

Tej nocy nie będziemy spali

Wciąż mam w pamięci 1986 rok, gdy załamała się pogoda i wracający ze szczytu K2 umierali na biwakach z wyczerpania i braku tlenu. Mam nadzieję, że większość we śnie – wtedy chyba łatwiej się odchodzi. W 2021 roku z K2 nie wrócili Muhammad Ali Sadpara, Juan Pablo Mohr i John Snorri. Kilka miesięcy później odnaleziono ich ciała, nic nie wskazywało na wypadek. Umierali oddaleni od siebie o kilkadziesiąt metrów. Zasnęli na wieki.

W 1996 roku z ataku szczytowego na Mount Everest nie wróciło ośmiu alpinistów, w tym Rob Hall i Scott Fischer. Zasnęli z klientami na grani ponad Przełęczą Południową.

Nasza sytuacja jest o tyle lepsza, że pogoda dopisuje i mamy dobrą aklimatyzację wywalczoną w ostatnich sześciu tygodniach. Nie będziemy spać. Nawołuję od czasu do czasu kolegów, ostrzegam ich, by byli czujni. Śpiewam harcerskie piosenki. Przypominam sobie kolejne zwrotki, przecież jak śpiewam, to raczej nie śpię, prawda? Marco i Christian pewnie myślą, że to efekt braku tlenu. A może po cichu też sobie coś nucą? Niby jesteśmy osobno, a jednak razem. Teraz nie łączy nas lina. Wiąże nas chęć przeżycia i powrotu do domu. Wreszcie świt, możemy kontynuować zejście. Rankiem docieramy do namiotów bazy. Rysiek Pawłowski i Piotrek Pustelnik już gotują herbatę. Udało się!

Christian Kuntner i Krzysztof Wielicki w bazie po zdobyciu K2 (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

Nasze rodziny już spokojne

Chandra, nepalski kucharz, podaje nam ryż. Już prawie nie ma nic do jedzenia. Herbata bez cukru. Nie udała się podróż wielbłądami po żywność do najbliższej wioski – wysoki stan wody w rzece Shaksgam załatwił sprawę. Trudno, będziemy trochę głodować, ale to nam nie zaszkodzi.

Zwijamy bazę, większość uczestników schodzi. Zostaję z Markiem Rożnieckim, lekarzem, by poczekać na ostatnią atakującą dwójkę, czyli Ryśka Pawłowskiego i Piotrka Pustelnika. Kilka dni nerwów. Czasem możemy liczyć na posiłek u gościnnych Rosjan, którzy obok nas mają bazę i tak jak my zmagają się z północnym filarem K2. Wreszcie 16 sierpnia widzimy schodzących Piotra i Ryśka. Wczoraj byli na szczycie, piekielnie zmęczeni docierają pod wieczór do prawie już zlikwidowanej bazy i niemal pustych garów. Wszystko za nami, ale i wszystko przede mną. Sfatygowane baterie w telefonie satelitarnym jakoś pozwalają nam połączyć się z krajem. Dobrze, że nasze rodziny już spokojne.

Szerpowie odzyskali tożsamość

K2 zostało zdobyte, ale będzie jeszcze czekało na zimowych wojowników. Dwie polskie wyprawy i rosyjska nie dały rady. 16 stycznia 2021 silna liczebnie, komercyjna wyprawa Szerpów przy dobrej pogodzie (trzeba mieć szczęście) zdobywa szczyt. Styl może nie był najlepszy, ale zwycięzców się nie osądza. Nirmal Purja jako jedyny wchodzi na szczyt bez użycia butli tlenowej. Przyjdą następni, poprawią styl, chociaż… gdy 11 stycznia 1986 roku wchodziłem z Jurkiem Kukuczką na Kanczendzongę, niższą od K2 zaledwie o 15 metrów, już poprawiliśmy styl, w ogóle nie wspomagając się tlenem, ale… game is over. Gra skończona. Szerpowie odzyskali tożsamość.

Można wybrać jedną górę

Przede mną Nanga Parbat, w miejscowym narzeczu Naga Góra. Rzeczywiście naga, bo oddalona od głównego pasma Karakorum o 250 kilometrów. Właściwie leży już w Kaszmirze. Najważniejsze to dowiedzieć się, jak idzie robota kolegom na Nanga Parbat. Już wiem: wszyscy mają się dobrze, tyle że od niedawna siedzą w domu, w Polsce! Na początku sierpnia mieli długi okres złej pogody, byli nawet dość wysoko. Skomplikowane partie szczytowe nie pozwoliły im jednak na rozwinięcie ataku. A miało być tak fajnie, bo jeszcze w kraju urodził mi się pomysł, jak zdobyć ostatnie dwa szczyty do Korony Himalajów w jednym sezonie.

Miejscowi nazywają Nanga Parbat Nagą Górą. Rzeczywiście jest naga, bo oddalona od głównego pasma Karakorum o 250 kilometrów. Właściwie leży już w Kaszmirze. Na zdjęciu Nanga Parbat i jej północno-zachodnia ściana Diamir (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

Przed rokiem, gdy miałem za sobą zdobycie dziesięciu klejnotów himalajskiej Korony, otrzymałem informację od Renato Moro, właściciela dużej włoskiej agencji organizującej wyprawy i trekkingi, że jest szansa na zdobycie zezwolenia na próbę pokonania obu ośmiotysięcznych Gaszerbrumów. Od 1986 roku, po hekatombie na zboczach K2, pakistańskie ministerstwo turystyki wprowadziło nowe uregulowania, ponieważ uznało, że jedną z przyczyn tamtej katastrofy, w której zginęło lub zmarło osiem osób, było wydawanie zbyt wielu zezwoleń na zbyt wiele szczytów dla zbyt wielu wypraw. Po dziewięciu latach ministerstwo złagodziło rygory.

Gdy otrzymałem zezwolenie na Gaszerbrumy, natychmiast zgłosili się do mnie czołowi himalaiści tamtego czasu: Rob Hall, Ed Viesturs i Carlos Carsolio. Do składu dołączył jeszcze Jacek Berbeka. Wystarczyło 17 dni i bardzo sprzyjająca pogoda, by oba wysokie Gaszerbrumy padły naszym łupem. Na ten nieco niższy wszedłem samotnie, a "jedynkę" zdobyliśmy w jednym ataku alpejskim, w jedną dobę. Zrozumiałem wtedy, że następnego lata muszę wrócić w Karakorum, by zmierzyć się z K2 i Nanga Parbat.

Tym razem Pakistańczycy nie wyrazili zgody na wydanie dwóch zezwoleń w jednym sezonie, czyli na K2 i Nanga Parbat. Można wybrać jedną górę. Znalazłem inne rozwiązanie. O zezwolenie na K2 wystąpiłem do CXMA (chińskie stowarzyszenie alpinistyczne). Filar północny leży w całości po stronie chińskiej. Od Pakistańczyków zaś bez problemów otrzymaliśmy zezwolenie na atakowanie Nanga Parbat. Trzeba mieć szczęście, żeby w 14 miesięcy zdobyć cztery szczyty ośmiotysięczne.

Chytry plan, kiepska niespodzianka

A więc najpierw K2 od północy. Wyjazd w czerwcu. Miesiąc później wyruszy wyprawa na Nanga Parbat pod dowództwem Jacka Berbeki. Wierzyłem, że jeśli zdobędę K2, w drodze powrotnej przez Pakistan zatrzymam się w Chilas i szybko przeniosę się w dolinę Diamir, gdzie moi przyjaciele z pewnością założą już dwa, trzy obozy. Ubezpieczą linami ścianę, a moja aklimatyzacja pozwoli mi na szybki atak szczytowy. Chytry plan, prawda? A tu kiepska niespodzianka.

Krzysztof Wielicki na szczycie Gaszerbruma I, lipiec 1995 roku (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

Rysiek Pawłowski mnie pociesza: – Pójdziemy razem, znam tę górę. Entuzjastycznie też dołącza się Piotrek Snopczyński. Może jednak nie jest tak źle, może to ma sens, może razem damy radę?

Koniec sierpnia. Jedziemy naszym busem w dół rzeki, mijamy tętniące życiem miasteczka zamieszkane przez Hunzów. Znani z długowieczności dzięki zdrowemu odżywianiu. Bardzo otwarci, chętnie nawiązują kontakty, są ciekawi, skąd przybywamy i w jakim celu. Mężczyźni charakterystycznie ubrani – w szarawary, długie koszule i czapki masudki. Kobiety zwykle tylko z chustką na głowie okalającą ramiona, zwaną hidżabem. W większości to szyici, ale trafiają się i sunnici, a także druzowie. Dla mnie po prostu: wyznawcy Allaha i czciciele Mahometa.

Nie ma obowiązku zdobywania Korony

Coraz bardziej zielono, coraz więcej drzew. Dolina poszerza się, przed nami przedmieścia Gilgit, stolicy Hunzów. Zatrzymujemy się na spóźniony lunch i żegnamy z trójką naszych dzielnych towarzyszy, którzy wykonali dla nas wielką pracę podczas zmagań z K2. Dzięki nim mieliśmy co dwa-trzy dni nowe ładunki z żywnością i sprzętem w bazie głównej. Tej pracy nie podjęli się chińscy tragarze. Mogli to zrobić tylko doświadczeni Hunzowie. Karim i Saddik jadą z nami dalej. Obiecali mi towarzyszyć w drodze pod Nanga Parbat, ostatni szczyt do mojej Korony Himalajów. Mojej. Tak się złożyło. Składało. Jeden, drugi, piąty, dziesiąty… Trzynasty.

Nie ma obowiązku zdobywania Korony. Ja też przez całe lata nie czułem żadnej presji. Ta myśl zaczęła mi chodzić po głowie pewnie gdzieś po drodze. Skoro już… Niektórzy koledzy po fachu przestali walczyć o Koronę, zadowalając się tym, co zdobyli, i w ogóle… wspinaniem. U mnie z czasem coraz częściej pojawiała się wspomniana myśl, że skoro… Nie żebym tęsknił za piątym miejscem w rankingu. Nie, na pewno nie. Wyścig Messner – Kukuczka skończył się parę lat temu. Znałem Jurka i nigdy nie odniosłem wrażenia, że on "kolekcjonuje ośmiotysięczniki", w dodatku rywalizując z Reinholdem. To niby ja miałem się bić o piąte miejsce?! Absurd. "Kukuś" usłyszał, że nie jest drugi, tylko wielki. Ja najwyżej mogłem sobie życzyć haseł w stylu: nie jesteś szósty, jesteś piąty! Dziękuję, wiem i mam to w sobie, w znanym tylko mi miejscu mojego wnętrza.

Reinhold Messner z Tyrolu, jeden z najsłynniejszych himalaistów na świecie. Jako pierwszy zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli czternaście ośmiotysięczników. Dokonał tego w 1986 roku, a zdobycie kompletu szczytów zajęło mu 16 lat (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego) , Jerzy Kukuczka, drugi – po Reinholdzie Messnerze – zdobywca Korony Himalajów i Karakorum (fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Wielickiego)

(…)

Nikt się tu nie uśmiecha, poza dziećmi

Jest już późne popołudnie. Umęczeni trudną podróżą chcemy szybko wejść pod prysznic. Zatrzymujemy się w hoteliku Chilas Inn. Nazwa – szczególnie w części "inn" – nie ma wiele wspólnego z "international", chyba że decyduje o tym liczba zatrzymujących się tutaj ludzi z całego świata. Tak jak my, oni też nie mają innego wyjścia. Chilas Inn to ponure miejsce, stanowi zwykle zakończenie pierwszego etapu podróży dla wypraw, którym nie udało się dolecieć samolotem do Gilgit lub Skardu. A to udaje się niezwykle rzadko. Nikt się tu nie uśmiecha, poza dziećmi. Wokół brodaci, ponurzy faceci, bo przecież kobiet nie ujrzysz na ulicy. Ci krócej ostrzyżeni to zapewne sunnici, ci z brodami to szyici. Żyją obok siebie w nieustającym konflikcie. Z hotelu raczej nikt nie wychodzi bez powodu.

Egzekucja w dolinie Diamir

Czerwiec 2013 roku. Z Nanga Parbat mierzy się około pięćdziesięciu alpinistów z różnych krajów, są też Polacy. Nie wiedzą, że z miasteczka Chilas wyrusza grupa terrorystyczna Tehrik-i-Taliban. Pakistańscy policjanci i żołnierze będą potem zapewniać, że ich "nie widzieli". Terroryści bez przeszkód docierają 23 czerwca do bazy. Szesnastu mężczyzn uzbrojonych po zęby, przebranych w mundury lokalnej policji. W bazie pod Nanga Parbat jest jedenastu uczestników wypraw. Reszta przebywa w obozach wysokich albo ponad, albo poza bazą. Przy okrzykach "Al-Kaida!" zaczęło się wywlekanie układających się do snu, kompletnie zdezorientowanych alpinistów. Terroryści każą im klęczeć na śniegu, podczas gdy sami zaczynają plądrować namioty. Na wszelki wypadek niszczą telefony satelitarne. Nocną ciszę w górach przeszywają serie wystrzałów. Alpiniści są zabijani strzałem w tył głowy.

Tylko jeden chiński wspinacz, choć ranny, cudem uwalnia skrępowane ręce i rozpoczyna szaleńczą ucieczkę. Ratuje go ciemna noc, bo kule go omijają. Ale dziesięć osób ginie. Mordercy nie oszczędzają nawet pakistańskiego kucharza. Był szyitą. Pakistańczykowi Sherowi Khanowi, wysokiemu rangą oficerowi, który towarzyszył alpinistom w bazie, okazują łaskę. Ma być świadkiem rzezi. Po każdej egzekucji słyszy tylko "Allah akbar!" i "Niech żyje Osama bin Laden!". A więc to była zemsta za zabicie Osamy bin Ladena? Po dwóch latach!? Na pewno bezsensowny akt agresji, bestialstwa i braku szacunku dla życia. Dotknął ludzi kochających pokój, góry i wspinanie. Przyjaznych i empatycznych, którzy często angażowali się w akcje pomocowe dla lokalnych społeczności.

Przez następnych kilka lat w dolinie Diamir nie będzie żadnych alpinistów. Nie dlatego, że mogliby się bać groźnej ściany, seraków czy lawin. Jest strach, że znów może dojść do kolejnej niewyobrażalnej tragedii. Skomplikowane wewnątrzislamskie relacje szyicko-sunnickie, uwikłanie pakistańskich policjantów i żołnierzy w interesy terrorystów stają się istotnym elementem w dokumentowaniu i planowaniu jakichkolwiek wyjazdów w rejon Karakorum. Signum temporis. Nie ma zmiłuj.

*Fragmenty książki "Solo. Moje samotne wspinaczki" Krzysztofa Wielickiego. Książka do kupienia w formie papierowej w Kulturalnym Sklepie lub w formie elektronicznej na Publio.pl

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl