Społeczeństwo
Leszek Olpiński złożył wypowiedzenie w swojej szkole w listopadzie (archiwum prywatne)
Leszek Olpiński złożył wypowiedzenie w swojej szkole w listopadzie (archiwum prywatne)

Listopad 2021. Na stronach internetowych kuratoriów wiszą setki ofert pracy. W mazowieckim – 909, dolnośląskim – 380, wielkopolskim – 283, zachodniopomorskim – 145. W pierwszych tygodniach nauki szkoły zawsze szukają nauczycieli. Ale kadrowe braki o tej porze roku zwiastują duży problem.

Zgodnie z raportem NIK o organizacji pracy nauczycieli w szkołach publicznych w latach szkolnych 2018/2019–2020/2021 prawie połowa dyrektorów zgłaszała trudności z zatrudnieniem nauczycieli o odpowiednich kwalifikacjach. Najczęściej chodziło o tych uczących fizyki, matematyki, chemii, języka angielskiego i informatyki.

Dlaczego rezygnują z pracy? Mówią nam o tym cztery osoby:

Leszek Olpiński, fizyk, złożył wypowiedzenie w listopadzie 2021.

Matematyczka Anna Schmidt-Fic odeszła ze szkoły w maju 2021.

Marta, polonistka, złożyła wypowiedzenie w październiku 2021.

Piotr, nauczyciel historii, potem dyrektor, porzucił pracę w szkole w 2016 roku.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Kontrola i szukanie błędów

Leszek Olpiński, nauczyciel z 22-letnim stażem, odkąd złożył wypowiedzenie w listopadzie, pracuje w szkole z zupełnie innym nastawieniem. – Totalny luz. Nie mam się czego bać. Przecież mnie nie zwolnią! – mówi.

W pracy zostanie do końca roku szkolnego. Wątpi, żeby do czerwca wydarzyło się coś, co mogłoby zachęcić go do wycofania wypowiedzenia. Jego zdaniem będzie tylko gorzej. – Potrzebna jest całkowita przebudowa systemu, przy obecnej władzy na pewno do tego nie dojdzie.

Widzi, że nie jest jedyną osobą, która decyduje się odejść. – Sporo osób w mojej szkole tylko odlicza dni do emerytury. Kiedyś nawet nauczyciele z uprawnieniami do pobierania emerytury jeszcze pracowali, bo żal im było odchodzić. Dziś się to już praktycznie nie zdarza.

Na stronach internetowych kuratoriów wiszą setki ofert pracy (Bartosz Banka/ Agencja Gazeta) , Leszek Olpiński (archiwum prywatne)

Leszek pochodzi z rodziny nauczycielskiej. Ten zawód nie był jednak jego pierwszym wyborem. – Pracowałem jako handlowiec, a potem informatyk. Kiedy urodziło mi się dziecko, zacząłem rozglądać się za zajęciem bardziej elastycznym, bo jako informatyk pracowałem na trzy różne zmiany – opowiada.

Był 2000 rok i Leszek nie miał problemu ze znalezieniem pracy jako nauczyciel. – Uczyłem informatyki, etyki oraz fizyki. Myślałem, że w szkole popracuję dwa lata i wrócę do pracy informatyka. Tak mi się jednak spodobało, że zostałem – mówi.

Leszek przez 22 lata na własnej skórze doświadczał przemian w szkole. Przekonuje, że ostatnia dobra zmiana w szkolnictwie miała miejsce za czasów, kiedy ministrem edukacji był Mirosław Handke, który wprowadził gimnazja.

Szkoła uwolniła się od centralnego sterowania, a od kilku lat do niego wraca i powoli traci swoją autonomię. Coraz większy wpływ na jej funkcjonowanie ma nie organ prowadzący, czyli samorząd, ale kuratorium, które skupia się na wyszukiwaniu błędów w pracy nauczycieli. Dochodzi do absurdów. Pamiętam moment, kiedy zarówno wypuszczenie ucznia do toalety podczas lekcji, jak i niewypuszczenie były podstawą do wszczęcia postępowania przeciwko nauczycielowi – opowiada.

Wszystko, co nauczyciel robi z uczniami, musi być dokładnie udokumentowane. – Nie mogę już po prostu zorganizować zajęć poza szkołą, bo muszę mieć zgodę od wszystkich rodziców na opuszczenie budynku z uczniami, szczegółowo opisać, co będę robić, stworzyć regulamin. Jeżeli czegoś nie dopilnuję, może być to podstawa do wszczęcia przeciwko mnie postępowania. Efekt jest taki, że nauczyciele rezygnują z organizowania ciekawych lekcji, bo każde wyjście to dla nich duże ryzyko. Dosłownie kilka tygodni temu dyrektorka szkoły w Dobczycach została zawieszona w obowiązkach, ponieważ pozwoliła na udział uczniów w akcji "Tour de Konstytucja", w której brali udział sędziowie. Małopolska kurator oświaty uznała, że to skandal – opowiada.

Leszek wspomina, że kiedy zaczynał pracę jako nauczyciel fizyki, opis podstawy programowej mieścił się na jednej stronie A4. – W tej chwili stron jest siedem. Nie mam już możliwości dopasowania tempa pracy do wszystkich uczniów, bo mam za dużo treści do przekazania. I jest to głównie pamięciówka – mówi.

Nie godzi się także na to, jak wygląda system kształcenia – oparty jest na ocenianiu, odbieraniu sprawstwa uczniom. Egzaminy służą sprawdzeniu nie kompetencji i zdolności, ale wiedzy. – Nie stosuję na swoich lekcjach ocen – opieram się na informacji zwrotnej, nie zadaję obowiązkowych prac domowych, najchętniej w ogóle zrezygnowałbym ze sprawdzianów, ale część uczniów nie jest na to gotowa. Niestety, system szkolny, który stawia oceny na piedestale, nie sprzyja takim modyfikacjom. Rodzice również są oporni na zmiany, nie wyobrażają sobie nauki trudnych przedmiotów bez zadawania prac domowych – opowiada.

Co Leszek będzie robił, gdy przestanie uczyć w szkole? Jeszcze nie wie, ale o przyszłość się nie martwi. – Mam tyle umiejętności, że na pewno coś znajdę, jak nie w edukacji, to w branży IT – przekonuje. Będzie tęsknił tylko za uczniami.

Brak szacunku

Anna Schmidt-Fic od dzieciństwa marzyła o tym, żeby zostać nauczycielką. W szkole podstawowej, a potem w liceum sprawdzała się w roli korepetytorki koleżanek i kolegów, potem poszła na studia pedagogiczne i wkrótce została 'panią od matematyki". – Uczę od 27 lat i kontakt z uczniami był dla mnie zawsze czystą przyjemnością. Nie jestem w stanie się tym znudzić. Nawet jeśli po roku szkolnym byłam bardzo zmęczona, to po wakacjach wracałam do szkoły z nową energią i entuzjazmem – opowiada.

Do czasu.

Anna Schmidt-Fic (Łukasz Cynalewski)

We wrześniu Anna do pracy już nie wróciła. – Przez lata obserwowałam, jak zawód, który kiedyś był ceniony, wiązał się z prestiżem, szacunkiem, ulegał powolnej degradacji. Stał się zawodem, o który nie warto dbać, czyli przede wszystkim godnie wynagradzać. "Nauczyciele kierują się wyższymi motywacjami, nie finansowymi" – wmawiały nam i społeczeństwu kolejne ekipy rządzące. Utrwalano przekonanie, że pracujemy mało. W tej chwili już się nie owija w bawełnę: jesteśmy nierobami i tylko czekamy, aż zaczną się wakacje.

Bardzo nie odpowiada jej też pewien rodzaj społecznego szantażu emocjonalnego stosowanego wobec nauczycieli, że uczenie to misja i że nieważne, co złego się stanie, jak bardzo edukacja będzie niszczona, nauczyciele uczniów nie zostawią. - Czyli my mamy heroicznie walczyć, kiedy o nas się nikt nie upomni? Przez lata dojrzewałam do świadomości, że godne wynagrodzenie to oczywista powinność pracodawcy wobec pracownika, a wykorzystywanie misyjności jest nieetyczne – przekonuje.

Krytykuje plany podporządkowania szkół partii rządzącej, czyli tzw. lex Czarnek, oraz zmiany w systemie wynagrodzeń nauczycieli, które zakładają zwiększenie liczby obowiązkowych godzin dydaktycznych z 18 do 22.

Oznacza to, że nauczyciel będzie musiał poświęcić proporcjonalnie więcej czasu na przygotowanie do dodatkowych czterech lekcji, czyli będzie zmuszony pracować więcej niż 40 godzin tygodniowo. A jeśli nie poświęci, to jakość edukacji drastycznie spadnie – tłumaczy.

Próbę nazwania zwiększania obowiązków podwyżką nazywa bezczelnością i kpiną z inteligencji nauczycieli.  

Anna zawsze miała silne przekonanie, że podstawą demokracji jest edukacja, a jej filarem nauczyciele, którzy nie tylko uczą, ale także wychowują. Że spoczywa na nich duża odpowiedzialność. – Wiedziałam, że mogłabym znaleźć zawód lepiej wynagradzany, ale właśnie to chciałam robić, w ten sposób dbałam o siebie, rodzinę i moje państwo, o społeczeństwo, w którym żyję. W pewnym momencie poczułam, że swoim drobnym działaniem nie przeciwstawię się tej machinie i pozostając w zawodzie, byłabym wyłącznie narzędziem reżimowego systemu modelowania nowego obywatela. Strajk nauczycieli z 2019 roku, ale i wydarzenia w innych dziedzinach naszego życia, pokazuje, że żadne protesty nie przynoszą spodziewanych efektów, że walec jedzie równo i nic go nie zatrzyma – mówi.

Anna dostrzega, że atmosfera w szkole jest fatalna. – Szkoła jest coraz bardziej przepełniona lękiem i nieufnością. Nauczyciele zamykają się w sobie, traktują się powierzchownie, nie rozmawiają ze sobą. Nawet jeśli ktoś tworzy w głowie jakiś plan B, to się tym nie dzieli, bo jeszcze informacja dotrze do dyrektora i będzie pierwszy do odstrzału. Wiele osób drży na myśl o utracie pracy – mnóstwo nauczycieli przez lata pracuje w jednej szkole i nie wyobrażają sobie nawet, że mogliby robić w życiu coś innego – opowiada.

Coraz więcej nauczycieli rezygnuje z pracy w szkole (Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta) , (Bartosz Banka/ Agencja Gazeta)

Anna po odejściu ze szkoły nie miała problemu ze znalezieniem nowego zajęcia. Powtarza, że nauczyciele potrafią wszystko i doskonale sprawdzają się w różnych rolach. Nie rezygnuje jednak z walki o dobrą edukację. Jest liderką nauczycielskiej inicjatywy Protest z Wykrzyknikiem promującej wysoką jakość edukacji i wspierającą nauczycieli. Jest też zaangażowana w kampanię "Wolna szkoła" przeciwstawiającą się lex Czarnek.

Do szkoły systemowej już nie wróci. – Mam 51 lat i dojmujące przekonanie, że do mojej emerytury na pewno nic się nie poprawi. Choć bardzo chciałabym się mylić.

Martyrologiczny bełkot

Marta już w dzieciństwie uczyła wszystkie swoje misie i lale. Wiedziała, że szkoła to jej miejsce, że uwielbia szkolny gwar, kontakt z dziećmi, dzięki którym może spojrzeć na świat innymi oczami. Pracowała w polskim szkolnictwie 18 lat i dwa miesiące. Była nie tylko nauczycielką, ale i przewodniczącą związków zawodowych w swojej placówce. Kierowała protestami ulicznymi w Szczecinie podczas strajku nauczycieli w 2019 roku.

Strajk, który skończył się fiaskiem, jej zdaniem bardzo osłabił grono nauczycielskie. – Mieliśmy niesamowitą energię, która nagle się wypaliła. Byłam przekonana, że będziemy strajkować do wakacji i nagle usłyszeliśmy, że koniec strajku, wracamy do pracy. Pozostaliśmy z ogromnym poczuciu niedosytu i porażki. Wątpię, żeby kiedykolwiek udało się jeszcze taką energię wykrzesać. Większość nauczycieli już się poddała. Koleżanka mówi mi, że teraz kończy lekcje i wraca do domu. Ja pamiętam, jak zostawałyśmy po godzinach. Ja szykowałam przedstawienia teatralne, bo tak mi się chciało! – opowiada.

Po strajku Marta coraz częściej myślała o rzuceniu pracy nauczycielki. – Przez jakiś czas pracowałam w prywatnym liceum, ale czułam się jak w korpo. Miałam w tygodniu 32 godziny tablicowe po 60 minut, plus musiałam poświęcić czas na przygotowanie do lekcji, sprawdzenie prac, wystawienie ocen. Rodzice byli bardzo roszczeniowi, trudno było się z niektórymi porozumieć. Czułam, że jestem wykończona. Odeszłam stamtąd do Technikum Technologii Cyfrowych w Szczecinie i było to jedno z najfajniejszych miejsc, w jakich pracowałam – wspomina.

Zaczęło jej jednak doskwierać co innego. – Pokonały mnie ostatnie zmiany w podstawie programowej, zaczął wkurzać ten wszechobecny martyrologiczny, bogoojczyźniany bełkot. Wprowadzenie takiej liczby lektur powoduje, że nie ma czasu na odniesienie się do współczesności, a to właśnie współczesność interesuje młodych. Uczniowie mieli coraz więcej zajęć, na przykład dodatkowe lekcje o 18! Siedzieli na nich zmęczeni. Nic z nich nie wynosili, ale w papierach było, że lekcje się odbyły. Denerwowało mnie, że muszę lecieć z materiałem i skupić się na ćwiczeniach do egzaminu maturalnego, żeby wyniki były dobre i szkoła była wysoko w rankingu – przekonuje.

Kiedy zaczynała pracę w 2003 roku, to miała wrażenie, że dzieciaki miały czas na realizowanie się w szkole poza lekcjami, samorządy prężnie działały, w jej szkole funkcjonował sekretariat do spraw młodzieży. – W tej chwili uczniowie nie mają czasu na takie działania. Ani oni, ani nauczyciele nie mają prawie żadnego wpływu na szkołę. Utrudnia się zapraszanie ekspertów na spotkania z uczniami. Bez zgody kuratorium niedługo już nikt nie będzie mógł wejść do szkoły, bo jeszcze by się okazało, że ktoś powiedziałby coś "tęczowego" albo "antypolskiego". Kuratorium grozi karami dyscyplinarnymi i straszy, że nie będzie można się od nich odwoływać. Polska szkoła zamienia się w szkołę pruską, która uczy wykonywania rozkazów, a nie samodzielnego myślenia, wychowuje bezwolnych obywateli – przekonuje.

Marta nie rozstała się jednak z uczeniem. Od 1 listopada pracuje jako pedagog w jednym ze szczecińskich teatrów. – Mam więcej wolności, czasu na to, żeby podyskutować z młodzieżą, popracować z nimi nad kompetencjami miękkimi, komunikacyjnymi. Do systemowego szkolnictwa na pewno nie wrócę.

Reforma za reformą

Piotr pracował w szkolnictwie 37 lat, na początku jako nauczyciel, potem jako dyrektor. Długo nosił się z zamiarem odejścia ze szkoły. Bo jak mówi, nie jest łatwo wyrwać się ze "szkolnego getta". – Szkoła to zamknięty świat. Człowiek ma poczucie, że wykonuje zawód ceniony, który w dodatku daje ogromną satysfakcję, któremu poświęcił wiele lat życia. W pewnym momencie zdaje sobie jednak sprawę, jak bardzo go szkolne życie zżera – opowiada.

Piotr już w dzieciństwie bawił się w nauczyciela. Ale marzył także o aktorstwie. Dwukrotnie próbował dostać się do szkoły teatralnej – raz do Łodzi, rok później do Krakowa. – Gdy do Łodzi mnie nie przyjęto, zatrudniłem się w małej szkole w województwie pomorskim i uczyłem polskiego, historii i matematyki. Rok później zdałem do szkoły krakowskiej, ale nie zostałem przyjęty z powodu braku miejsc. Uznałem, że skoro uczelnie aktorskie mnie nie chcą, to znajdę inny sposób, żeby mieć styczność z teatrem. Zatrudniłem się w jednym z krakowskich teatrów, najpierw jako realizator światła, potem dźwięku, statystowałem w różnych produkcjach teatralnych. W międzyczasie podjąłem studia w szkole pedagogicznej. Na piątym roku zostałem zatrudniony jako nauczyciel w technikum – opowiada.

Reformy oświaty zniechęcają nauczycieli do pozostania w szkole (Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta)

Pracował tam kilka lat, potem przeniósł się do liceum ogólnokształcącego, gdzie uczył historii. A w 2001 roku wygrał konkurs na dyrektora jednego z liceów w Krakowie. – Nie mogłem sobie wyobrazić gorszego początku pracy. Nikogo tam nie znałem, okazało się, ze nauczyciele byli w silnym konflikcie z rodzicami, to było ogromne wyzwanie, żeby wszystko tam poukładać. Ale się udało. Nie była to szkoła uczniów wybitnych, raczej pogubionych, postawiłem sobie za cel, że wyprowadzę tę młodzież na prostą. Wierzę, że każdy człowiek może zdać maturę i zdobyć wykształcenie, niektórzy potrzebują tylko trochę więcej pomocy – opowiada.

Do 2005 roku pracowało mu się w szkole bardzo dobrze, choć roboty było mnóstwo, między innymi odpowiedzialny był za wdrożenie 3-letniego liceum, nowej matury. – Mimo że na początku byłem przeciwny gimnazjom, to z czasem zmieniłem zdanie. Niestety, pojawiały się co chwilę jakieś nowości, czy to na poziomie krajowym, czy lokalnym. Dotkliwe przeżyłem reorganizację sieci szkół w Krakowie w latach 2011-2013. Z budynku szkoły, który dopiero co wyremontowałem, musieliśmy przenieść się w inne, nieodnowione miejsce. Przestałem rozumieć decyzje, które nadchodziły z góry. Na nic nie miałem wpływu. Ta niepewność o przyszłość swoją, ale także pracowników szkoły, niepokój, co nowego znów wymyślą, były nie do zniesienia – opowiada.

Piotr ostatnie lata pracy przypłacił zdrowiem. – Byłem wypalony. W dodatku zacząłem chorować onkologicznie. Wziąłem urlop roczny na poratowanie zdrowia, potem okazało się, że wymagane jest dalsze leczenie. Kiedy dowiedziałem się, że władza będzie niszczyć gimnazja, wiedziałem, że do szkoły już nie wrócę. Zobaczyłem, że istnieje świat poza jej murami, że są inne tematy do rozmów niż szkoła. Całkiem odżyłem – mówi.

Piotr przeszedł na świadczenia kompensacyjne [możliwość wcześniejszego zakończenia aktywności zawodowej przez niektórych nauczycieli  gwarantująca im przez okres do uzyskania emerytury świadczenie kompensujące dochód z pracy – przyp. red.], dorabia jako komentator w social mediach, udziela też korepetycji.

Jego zdaniem do pewnego momentu szkolnictwo szło w dobrą stronę, od kilku lat jest tylko gorzej. – Od nauczycieli wymaga się niemożliwego, podobnie jak od uczniów. Jak przeczytałem projekt nowej matury, to się załamałem. Przeciętny uczeń nie będzie w stanie spełnić tych wymogów. Poloniści protestują, ale nikt ich nie słucha. Moja żona wciąż pracuje w szkolnictwie i widzę, jak się miota. W domu jest zakaz rozmawiania o szkole.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.