Społeczeństwo
Widok na Gdańsk (fot. Shutterstock)
Widok na Gdańsk (fot. Shutterstock)

Kiedy Polska dołączyła do Unii Europejskiej, miałam sześć lat. W pierwszą samodzielną podróż za granicę wybrałam się jeszcze w liceum – na kilka dni do Berlina. Bo blisko, bezproblemowo, pociągi kursują z Warszawy. Potem był Paryż, bilety tanich linii lotniczych kosztowały niecałe 200 zł w obie strony. I Słowacja, Łotwa, Sztokholm. Na wyciągnięcie ręki i portfela.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Pierwszy raz w moim życiu granice zostały zamknięte w ubiegłym roku, z powodu koronawirusa. Na szczęście na niezbyt długo. Więc potem był autobus nocny do czeskiej Pragi. I lot do portugalskiej Lizbony, i duńskiego Billund. Największy problem? Dostępność pieniędzy na koncie i zaszczepienie się na tyle szybko, żeby certyfikat umożliwił podróże.

Idealizowana komuna

Osoby w moim wieku, urodzone w latach 90., bardzo często znają czasy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej tylko z opowiadań rodziny. Nawet nasza edukacja szkolna w zakresie historii kończyła się w wielu przypadkach na II wojnie światowej, bo programy są tak przeładowane, że nauczyciele nie zdążają opowiedzieć o PRL-u. Więc gdy poszłam na "Zupę nic" Kingi Dębskiej na festiwalu filmowym w Gdyni, uznałam absurdy tamtego świata za zabawne, a sam film za komedię. Starsza ode mnie o dwie dekady koleżanka z pracy wyszła z sali kinowej z uczuciem upokorzenia. Bo z tym się jej tamte czasy, i sam film, kojarzyły.

W filmie Dębskiej główni bohaterowie jadą za granicę, żeby zarobić na sprzedaży kontrabandy. Perypetii przy tej okazji jest sporo, bo rodzinie udaje się przekroczyć polską granicę dopiero za trzecim razem, dopiero samochodem, bo próby dostania się samolotem i autobusem kończą się fiaskiem. Co z perspektywy dzisiejszego 20-latka, żyjącego w strefie Schengen niemalże od urodzenia, wydaje się absurdalne. W recenzjach filmu można doczytać, że komuna przedstawiona w "Zupie nic" i tak jest idealizowana. I to już mnie przeraża.

 

Ale nie chodzi przecież tylko o swobodne wyjazdy na wakacje – to jedna z setek korzyści, jakie dały młodym i starszym otwarte granice. Inne przykłady? Liczba polskich studentów, którzy wyjechali na zagraniczny uniwersytet w ramach programu Erasmus+, wyniosła niemalże 100 tys. Sama nie skorzystałam z możliwości takiego wyjazdu, między innymi dlatego, że za dużo mnie w Polsce trzymało. Ale to była moja decyzja, którą mogłam samodzielnie podjąć. Moi rodzice nie mieli takiego wyboru. Pewnie dlatego, gdy pojawiały się możliwości wyjazdów zagranicznych organizowanych przez nauczycieli licealnych, zawsze słyszałam "jedź".

Wielu moich znajomych skorzystało z programu Erasmus+. Jednego z nich udało mi się nawet odwiedzić, gdy wyjechał na studia do Wielkiej Brytanii, jeszcze przed brexitem. Potem, też w ramach Erasmus+, przeprowadził się na rok do Teksasu, gdzie studiował na University of Austin. Dzięki jego gościnności do Stanów poleciałam i ja. Razem z nim i nowo poznanymi znajomymi zwiedziliśmy spory kawał tego kraju. A rok później jedna z amerykańskich studentek, która podwoziła nas swoim pickup truckiem do San Antonio, przyjechała w ramach programu Erasmus+ do Budapesztu. Spotkałyśmy się i tym razem to ja pokazałam jej nasze polskie Tatry.

Mimo że bezpośrednio w programie nie uczestniczyłam, odczułam wiele jego korzyści. Dostrzeżenie ogromu różnic kulturowych, poznanie wielu osób, których poglądy tak bardzo różnią się od moich, i wyjście z naszej polskiej bańki to część długiej listy. Zapytałam też znajomą, która spędziła semestr na uczelni w Hiszpanii podczas pisania licencjatu, dlaczego ponownie zdecydowała się na wyjazd, tym razem w ramach studiów magisterskich do Kopenhagi.

Widok z lotu ptaka na panoramę Barcelony i Sagrada Familia o zmierzchu (fot. Shutterstock)

– Mogłam zobaczyć i poczuć na własnej skórze, jak funkcjonuje system edukacyjny w innym kraju, w jaki sposób prowadzone są zajęcia i egzaminy. Do tego doszła możliwość podróżowania, zwiedzania całego kraju, poznawania ludzi – mówi mi Karolina. – Do dzisiaj mam kontakt z osobami, które wtedy poznałam, i wiem, że zawsze mogę je odwiedzić. Po powrocie z Hiszpanii nie miałam wątpliwości, że chcę wyjechać ponownie.

Jeśli wyjdziemy z Unii Europejskiej, kolejna grupa polskich studentów, a wśród nich pewnie mój brat, może się już na program Erasmus+ nie załapać. Nie trzeba z takich możliwości korzystać, ale zawsze powinno się mieć wybór.

A skoro już padły pierwsze liczby, przejdźmy do tego, co w dyskusji o UE budzi największe emocje. Czyli do pieniędzy.

535 mld na minusie czy 2 bln na plusie?

"Uczciwa dyskusja i uczciwe liczby" – to podkreślał Patryk Jaki, pomysłodawca "raportu" dotyczącego transferów finansowych pomiędzy Polską a Unią Europejską. Zgodnie z danymi zaprezentowanymi przez zespół pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Krysiaka ze Szkoły Głównej Handlowej (prowadzone zajęcia: wycena wartości firm, zarządzanie finansami firmy, zarządzanie ryzykiem) oraz prof. Tomasza Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego (socjologa i politologa) całkowite straty finansowe dla Polski wynoszą 535 mld złotych.

Pięknie podsumował wyliczenia promowane przez pana Jakiego Ignacy Morawski w "Pulsie Biznesu": "raport wygląda na losowy generator liczb – wyliczenia są oderwane od rzeczywistości ekonomicznej". Po więcej błędów i dowodów fundamentalnego niezrozumienia podstaw makroekonomii odsyłam do tekstu, który punktuje mniej lub bardziej celowe wprowadzenie odbiorców w błąd.

Jak wynika z obliczeń przedstawionych przez prof. Jana Czekaja (były wiceminister finansów, były członek Rady Polityki Pieniężnej) po "raporcie" Jakiego, mamy prawie 2 bln złotych nadwyżki po 17 latach członkostwa zamiast 535 mld złotych strat.

Pieniędzmi z UE zapłaciliśmy za drogi, boiska, szkoły i oczyszczalnie ścieków. Do budowy Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, którą najpierw ja, a teraz mój brat codziennie dojeżdża do szkoły, w pierwszej fazie UE dołożyła ponad 600 mln złotych. W drugiej – ponad 20 mln.

Pomorska Kolej Metropolitarna (fot. Shutterstock)

Co by było, gdyby PKMi nie było? Ostatni sensowny autobus, w który mogłam wsiąść, by dojechać do mojego gdańskiego liceum, był koło 6.30. Każdy kolejny utykał w korkach na ulicy Spacerowej lub Słowackiego – obie są o poranku w zasadzie nieprzejezdne. Dziennie spędzałam w komunikacji miejskiej nawet trzy godziny, tylko dojeżdżając do szkoły i z powrotem. Dla mojego brata, który teraz dojeżdża do liceum w Gdyni, przesiadka na PMK oznacza skrócenie podróży z półtorej godziny do 30 minut. I to z dojściem na miejsce. Rozwój transportu publicznego w Gdańsku został przez UE zasilony kilkukrotnie - m.in. kwotą ponad 75 mln złotych w latach 2004-2006 czy ponad 300 milionów w latach 2014-2020.

A budowa Europejskiego Centrum Solidarności, które na stałe wpisało się w krajobraz nowoczesnego Gdańska, obok niezwykle popularnej wśród lokalnych mieszkańców przestrzeni w Stoczni? Została dofinansowana ponad 100 mln złotych.

Tylko w Gdańsku było 2558 projektów, które skorzystały z unijnej dotacji. A wśród nich szpitale, szkoły zawodowe, terminale lotnicze, trasy dojazdowe, aktywizacja osób starszych, bezrobotnych, samotnych. Warto zobaczyć mapę dotacji UE w Polsce – liczba dofinansowanych projektów zbliża się do 300 tys. Ciekawe, z ilu z nich codziennie korzystają pan Jaki i profesorowie Krysiak i Grosse...

Dzięki obecności Polski w UE ponad dwa miliony Polaków skorzystało od momentu wstąpienia do Wspólnoty z możliwości wyjazdu za granicę za pracą  – wyjechali, bo mogli to zrobić szybko i łatwo. To tylko ułamek korzyści. Gdyby wymieniać wszystkie, można by kilka doktoratów napisać. Jeden o samej polityce rolnej, kolejny o bezpośrednich inwestycjach zagranicznych.

Wyjście z Unii Europejskiej byłoby dla Polski katastrofalne. Niedołączenie do niej 17 lat temu – z punktu widzenia dzisiejszych 20-latków – co najmniej dystopijne. O ile jacyś by w tym kraju zostali.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl, wcześniej pisała dla Wirtualnej Polski. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Interesują ją tematy związane z górami, środowiskiem i problemami współczesnego świata.