Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Włodzimierz, sześćdziesiąt dziewięć lat*

Znasz tę piosenkę? Na pewno znasz. "Wszyscy Polacy to jedna rodzina…". No, tak myślałem. Mnie się to tak wydaje, że my wszyscy w Polsce to jesteśmy jedna wielka alkoholowa rodzina.

A ty kim jesteś w tej rodzinie?

Synem swojego ojca, który pił, tak jak i jego ojciec. Więc synem i wnukiem pijaków. To się teraz ładnie mówi: "alkoholik", ale mi to do nich nie pasuje. "Alkoholik" to jest człowiek, który ma problem z alkoholem, a oni żadnego problemu nie mieli. To myśmy mieli problem z tym, że oni piją. A nawet nie z tym, wszyscy wtedy pili dookoła. Myśmy mieli problem z tym, co było potem.

Potem?

Po tym piciu.

Co było po nim?

Dla matki to bicie, dla nas, mnie i brata, potem też, ale nie kiedy byliśmy mali. Dla naszej rodziny to oznaczało też biedę. Ojciec przepijał dużo z tego, co zarobił, więc ciągle na wszystko brakowało. Ale wtedy wszystkim, przynajmniej dookoła mnie, brakowało, bogactwa się nie znało z autopsji, wszędzie raczej średniaki, czasy były powojenne, ty tego nie pamiętasz, ale prawdziwy głód i biedę to ludzie jeszcze w kościach czuli, dzieciom nie wypadało przy starszych narzekać, że czegoś brakuje. To dopiero potem, jak już nastolatkiem byłem, to widziałem, ile matka kombinuje, żebyśmy byli najedzeni i ubrani, uprani.

Jaki to był dom, ten, w którym się wychowałeś?

Skromniutko żyliśmy. Końskie to była taka wieś z miejskimi aspiracjami, w dawnym kieleckim. Ojciec pracował w odlewni, matka w domu, trochę dorabiała, a to szyła, a to chodziła pomagać w kuchni przy weselach. Bardzo byli młodzi, jak się poznali, dwa lata po wojnie wzięli ślub. Ojciec był w lesie, ale o tym się nigdy nie mówiło. Jak się wojna skończyła, to jeszcze się długo ukrywał, zanim wrócił do domu. A tam gospodarka czekała, bo mieli kawałek pola na obrzeżach, dziadek nie dawał rady, a on był jedynym synem. Wrócił, zaczął pole obrabiać, a w soboty do salki takiej w dawnym chyba domu kultury chodził, jak wszyscy młodzi. Tam matkę spotkał, chociaż sprzed wojny pamiętał. Nie mówili nigdy, a ja nie pytałem, jak to się stało, że się pobrali. Na zdjęciu ślubnym już wyglądają jak za karę, ona jakby ją na ścięcie prowadzili, a on poważny i niezadowolony. Nie obejmuje jej nawet, tylko stoi obok jak ten kołek. Więcej żadnych zdjęć ich samych nie ma.

Myślisz, że się kochali?

Człowiek takich rzeczy o rodzicach raczej nie myśli, nie zastanawia się. Może teraz jest inaczej, ale wtedy to się o uczuciach nie mówiło. A jak się nie mówiło, to się nie myślało. Wiadomo było: to jest ojciec, którego trzeba słuchać i być posłusznym, to jest matka – ciepła, taka miękka, bo była przy kości, do niej się biegło po obronę przed ojcem. A to, że oni są mężem i żoną, to dla dziecka nie istniało. Przynajmniej dla mnie.

Urodziłem się cztery lata po ich ślubie. Dwa lata po mnie – brat. Potem mama jeszcze raz była w ciąży, miała już duży brzuch. Ojciec wrócił z pracy pijany, skopał ją. Przyjechało pogotowie, zabrali. Wróciła bez brzucha i bez dziecka. Nie rozmawialiśmy o tym nigdy. Bo i o czym, wszystko było wiadomo. Ja już byłem dosyć duży, żeby nie musieć pytać.

Miałem jedenaście lat.

Ojciec przepijał dużo z tego, co zarobił, więc ciągle na wszystko brakowało (fot. Shutterstock)

To bardzo dużo dla jedenastolatka.

Dużo, niedużo. Mnie się to tak wydaje, że my dzisiaj się z dziećmi cackamy za bardzo. Wtedy nikt nic dziecku nie tłumaczył, ale jak było bystre, to patrzyło i wyciągało wnioski. Na przykład, że jak jest trzecia trzydzieści, a ojca nie ma – to źle. Jak minęła piąta – to bardzo źle. A jak go nie ma o ósmej wieczorem, to najlepiej iść pod kołdrę do łóżka i udawać, że się już śpi, nawet latem. Ojciec kończył pracę o drugiej, bo zawsze chodził na pierwszą zmianę, do domu nie miał daleko, jeździł na rowerze. To znaczy zanim tym rowerem nie wjechał po pijaku w samochód, to jeździł. Ale i bez roweru – godzina najwyżej i powinien być w domu. Nauczył mnie znać się na zegarku. I ja Markowi, mojemu bratu, szybko kazałem się nauczyć, żeby wiedział. To była podstawa.

Co jeszcze?

Porządek. To bez dwóch zdań, miało być czysto. Matka to podłogi szorowała, zapachu pasty nie mogę do dziś, od razu mnie cofa. Ale musiało być wypastowane. Obiad ugotowany, chociaż często nie jadł, nie był w stanie. Ale obiad miał czekać. Jak nie było – awantura. I bicie.

Pamiętasz pierwszy raz?

To się zatarło, jedno na drugie nachodzi. Jak byliśmy mali, to nas nie lał, w ogóle się nami nie interesował. Nie brał mnie na kolana, nie bawił się z nami. Jak z Markiem w wózku wychodził na spacer, to tak wyglądał, jakby do śmietnika kubeł szedł wyrzucać.

Nigdy mi nie powiedział, że mnie kocha. Matka mówiła, przytulała nas, bawiła się, ale jak to matka z chłopakami – nie wiedziała za bardzo jak. Sama miała siostry, więc nas z bratem sadzała na kocu i bawiliśmy się w dom. Albo "w przyjęcie". Trochę mnie to nudziło, ale nie chciałem robić mamie przykrości. A ten pierwszy raz to musiał być wtedy – bawiliśmy się z mamą, ja nakładałem tort – z piasku – na talerzyk, a tu ojciec wrócił z roboty. I jak mnie nie złapie za rękę, podnosi całego z podłogi. Że mu piachu nanoszę do domu, że kołchoz z domu robię, że nie po to on w zakładzie pracuje, żebyśmy niszczyli to, co w domu jest. Chyba mu o tę zastawę poszło. Że się potłucze i nie do zabawy, a to zwykły fajans był. Dostałem w twarz. Zwyzywał mnie też. To było gorsze niż bicie, to jego mówienie, że "po co mu te dzieci były?", że "bachory utopić trzeba było jak koty". Matce też wymawiał, od k...w, od du....jek, od p..d.

Płakałem wtedy i prosiłem, że ja się poprawię, że przepraszam. Żeby tylko nie krzyczał i nie bił. A on wtedy jeszcze bardziej się darł, że co ze mnie za panienka, że chłop nie płacze. Prowokował mnie. "A co, pokaż ojcu, jaki jesteś silny!". A ja go nigdy nie chciałem uderzyć, uwierzysz? Mnie się to tak wydaje, że nie chciałem być taki jak on. Chciałem być dokładnie przeciwny.

Nie brał mnie na kolana, nie bawił się z nami. Jak z Markiem w wózku wychodził na spacer, to tak wyglądał, jakby do śmietnika kubeł szedł wyrzucać (fot. Shutterstock)

To znaczy?

Bałem się pić. Ojciec jak nie pił – matka mówiła: jak był niewypity – to był spokojny. Apatyczny wręcz. Przychodził do domu, jadł obiad, szedł spać. Czasem poczytał gazetę, kolegę odwiedził, potem, jak już mieliśmy, to radia posłuchał. Nie pamiętam, żeby coś mówił, ani nawet jaki miał głos. Ale jak się napił, to zupełnie inna osoba. Darł się – nie krzyczał – bardzo był wulgarny. Wymyślał jakieś historie o matce albo o nas, że się szlajamy, że to z tym, to z tamtym matka się puszcza. I bił za to. Im bardziej był pijany, tym bardziej nie trafiał w nas, tylko w meble. Często potem było pobojowisko w domu.

Taką scenę pamiętam: w kuchni kredens, taki stary, dębowy chyba, przewrócony, szkło potłuczone, a na tym wszystkim śpi ojciec i chrapie. A jak chrapie, jak się powietrzem zaciągnie i je wypuszcza, to szkiełka mu na plecach, z tych półek powypadane, pulsują.

Dziwne rzeczy człowiek zapamiętuje. Chciałoby się mieć z ojcem ładniejsze wspomnienie, ale co zrobić, że mam takie. Podobno to lepiej niż nic nie pamiętać.

Co jeszcze zapamiętałeś?

Najgorzej, że nigdy nie było wiadomo, jak będzie. Na co się przygotować. Czy będzie awantura, czy się będzie czepiał, a jak tak, to kogo? Mój brat był bardziej, no, jak to powiedzieć…

Bardziej kruchy?

Tak. On się denerwował aż do bólu żołądka. Jak się zbliżała godzina przyjścia ojca z pracy, to go często ściskało w środku.

(…)

Jak się odnalazłeś na terapii?

Byłem najstarszy w grupie. Głównie to słuchałem. Ale potem dziewczyny – bo poza mną w grupie był tylko jeden facet – się zbuntowały, że to nie może tak być, że one się otwierają, a ja nie. Że to nie fair, że ich oszukuję. Nie rozumiałem tego: jak to oszukuję? Przecież nie komentuję, nie udaję nikogo innego. Mnie to słuchanie dużo dawało, bo sobie kiwałem w myślach głową i mówiłem: no tak, no tak, znam to… I od samego słuchania było mi lepiej. A potem taka jedna z tych, które kiedyś na mnie naskoczyły, powiedzmy, że Ania jej było, powiedziała takie jedno zdanie: "Nad sobą samym nikt za ciebie nie zapłacze". A ja jej na to: "Ale nad kim tu płakać, przecież ze mną już wszystko dobrze, to, że tu przyszedłem, przecież o tym świadczy". I już miałem wychodzić, wstałem z krzesła, zły na nią i na grupę, że mnie nie poparła, ale jakoś nie mogłem. Jakby mi sił zabrakło. Usiadłem i zacząłem szlochać. Nagle. Nie wiadomo skąd, ale to, co ta Anka powiedziała, zaszło mi pod skórę jak drzazga i dawaj, nie chciało wyjść do końca sesji.

No i w końcu zacząłem mówić. Niektórych rzeczy to nawet Joasia wcześniej nie słyszała. Różne sceny się przypominały, czasem nie wiadomo skąd przychodziły obrazy, jakby to się komuś innemu przydarzyło: wyświetlały mi się przed oczami jak film. Nie pamiętałem, że to było moje. A jak już zacząłem mówić, to bez przerwy: na terapii, w domu, w taksówce tylko się ograniczałem, bo nie każdy klient lubi słuchać.

Magdalena Kicińska i Agnieszka Jucewicz (fot. Łukasz Sokół / Imagine Photos)

Długo to trwało?

Prawie pół roku. A potem nagle zamilkłem. Już nie miałem nic do powiedzenia. Tylko siedziałem z tymi moimi historiami jak słup soli. Joasia się o mnie bała. Mówiła, że chodziłem po domu nieobecny, coś mówiłem przez sen, miałem jakieś nerwowe tiki.

Czułem wtedy, jakbym tych wszystkich chłopców z przypomnianych scen miał ciągle ze sobą, ale nie mogłem ich dosięgnąć, chociaż bardzo chciałem. Uciekali mi ciągle.

Chciałeś ich dotknąć?

Chciałem ich przytulić. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale poczułem, że oni tego potrzebują. W końcu mi się to udało. Na grupie. Oj, ale był szloch… Zresztą pamiętasz, "Anka", prawda? Bo chyba mogę powiedzieć, że się znamy z grupy? Mój jak dotąd ostatni w życiu. To nie tak, że się od nich uwolniłem na zawsze, czasem gdzieś tam wychodzi. Najczęściej w okolicy moich urodzin. Bo wtedy nachodzą mnie te moje myśli, że kolejny rok, a ja czegoś nie zrobiłem. Albo zrobiłem, ale nie tak, jak sobie zamierzyłem. Wyrzuty sumienia, że synowi się nie układa, bo jestem złym ojcem, mógł trafić na lepszego.

Co z nimi robisz?

Nic. Przeczekać trzeba. Mam świadomość, że robię tyle, ile mogę. Na terapii się tego nauczyłem. Chodziłem prawie dwa lata. Wiem, że niektóre rzeczy w życiu mogłem zrobić inaczej, ale niektóre – nie, bo brakuje mi odwagi, pewności siebie. Nikt mnie za nic nie pochwalił, kiedy byłem mały, to skąd miałem ją wziąć? Jak się o sobie słyszy tylko złe rzeczy, to człowiek w końcu sobie to bierze do głowy. Czym skorupka za młodu… prawda? No to ja też nasiąkłem. Tę skorupkę trudno z siebie zrzucić. Ona tam po coś jest zresztą.

*Fragmenty książki "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików" Agnieszki Jucewicz i Magdaleny Kicińskiej. Książka do kupienia w formie ebooka w Publio bądź w formie papierowej w Kulturalnym Sklepie