Społeczeństwo
Pomysł na randkowanie w konwencji telewizyjnego show szybko podchwyciły amerykańskie media i rynek (fot. Shutterstock)
Pomysł na randkowanie w konwencji telewizyjnego show szybko podchwyciły amerykańskie media i rynek (fot. Shutterstock)

Idea "szybkich randek" – spotkań, w ramach których w krótkim czasie można poznać dużą liczbę nowych osób i wytypować spośród nich takie, z którymi chciałoby się rozwinąć znajomość – przywędrowała do Polski ze Stanów Zjednoczonych kilkanaście lat temu.

W 1998 roku na pomysł takich spotkań wpadł rabin z Los Angeles, Yaacov Deyo. Chciał odwieść w ten sposób młodych Żydów od poszukiwania miłości w przypadkowych miejscach i rozpraszania diaspory. Zamiast zagadywać kobiety na dyskotece i ryzykować natrafieniem na gojkę, młodzi mężczyźni wyznania mojżeszowego mieli wybrać się do kawiarni (na pierwszy ogień poszła kawiarnia w Beverly Hills) i co kilka minut przesiadać się między stolikami, przy których rozmów z nimi wyczekiwały młode żydowskie kobiety. Po każdej "szybkiej randce" obie strony mogły uzupełniać formularze notatkami na temat poznanych osób. O zmianie w parach rabin informował drewnianą kołatką, używaną w judaizmie podczas święta Purim. Tradycyjnie takie kołatki służyły do zagłuszania imienia Hamana, znienawidzonego urzędnika, którego królowa Estera uśmierciła, wieszając na szubienicy. Kontakty do siebie organizatorzy przekazywali tylko osobom, które wzajemnie zaznaczyły się w formularzach.

Pomysł na randkowanie w konwencji telewizyjnego show, w którym wygrają tylko najlepsi, szybko podchwyciły amerykańskie media i rynek. Po drodze nieco go wypaczyły.

(…)

Na trzecie moje szybkie randki w życiu idę we wrześniu 2020 roku w czasie pandemii koronawirusa. Aby dostać się na salę, w której odbywa się wydarzenie, schodzę po schodach do ceglanej piwnicy klubu zalanego czerwono-fioletowym światłem. "Zasłoń nos i usta", "zdezynfekuj ręce", "zachowaj odstęp" – instruują obrazki na ścianach. Jest też kartka z przekreśloną wirującą parą i podpis: "Zakaz tańczenia". Na stoliku, przy którym siadam, kolejne ostrzeżenia: "Nie podawaj ręki. Zachowaj dystans".

Widzę kilkanaście stolików z ostrzeżeniami. Zgodnie z instrukcjami organizatorek podchodzę do mojego w maseczce, a gdy już przy nim siedzę, zdejmuję ją. Uzupełniam swoim imieniem i adresem email formularz, który dostałam przy wejściu wraz z plakietką z imieniem i przypisanym do mnie numerem. Do pozostałych stolików zasiadają w tym czasie inne uczestniczki spotkania.

Jest środa po godzinie osiemnastej. Klub, w którym siedzimy, znajduje się tuż obok jednej ze stacji metra w Śródmieściu, a każda z nas, żeby móc tu siedzieć i czekać na to, co dalej się wydarzy, zapłaciła trzydzieści pięć złotych. Jest nas szesnaście. Wkrótce do naszych stolików zaczną dosiadać się kolejno panowie, których tego dnia pojawi się trzynastu.

Idea 'szybkich randek' przywędrowała do Polski ze Stanów Zjednoczonych kilkanaście lat temu (fot. Shutterstock)

W Warszawie mieszkam od półtora tygodnia. Pomyślałem, że wypadałoby kogoś poznać. Wczoraj byłem pierwszy raz, dzisiaj drugi – mówi Bartek (26 lat), inżynier budowy. Przyznaje, że o wypadach na szybkie randki nie powiedział nikomu znajomemu. – Ty też pierwszy raz na czymś takim? – dopytuje. Informuję oględnie, że już trzeci raz. Tym razem nie mówię, że jestem tu, bo zbieram informacje do tekstu. Ale nie ukrywam, że jestem dziennikarką, a tym, którzy dopytują, odpowiadam, że piszę dla "Gazety Wyborczej".

Pierwszy raz na szybkich randkach jest pięciu z trzynastu moich rozmówców. Wśród nich: fizjoterapeuta, kontroler lotów, programista, pracownik obsługi klienta i przedsiębiorca. Pozostali bywali na takich spotkaniach kilka lub wiele razy.

Michał (trzydzieści pięć lat), przedsiębiorca, nie lubi owijać w bawełnę. W kilka minut referuje mi, kiedy skończył się jego ostatni związek, ile trwały jego najdłuższe związki (do dwóch i pół roku) i dlaczego nie były udane. Podkreśla też, że prowadzi firmę i zatrudnia w niej piętnaście osób.

Dla Darka (około 40 lat), chemika, to pierwsze szybkie randki w czasie pandemii i drugie w życiu. – Zawodowo zajmuję się higieną pracy i bezpieczeństwem przemysłowym. Przyznaję, że szedłem tu dzisiaj z duszą na ramieniu. Wiedziałem, że nikt nie będzie nosił maseczek, ale myślałem, że chociaż będzie pleksi – wzdycha. Wolałby, żeby uczestnicy spotkania siedzieli na zewnątrz, byłby wtedy większy przepływ powietrza.

Co sprawiło, że mimo obaw Darek zdecydował się wziąć udział w tym wydarzeniu? Mój rozmówca uśmiecha się smutno:

Przez wiele lat podróżowałem zawodowo. Mieszkałem w Japonii, w Arabii Saudyjskiej, w Holandii, w Niemczech, w Teksasie. Nagle nastąpił lockdown. I wtedy coś do mnie dotarło. Po pierwsze, że nie muszę i już nie będę musiał podróżować służbowo. Dostarczam projekty bez kosztów podróży. Po drugie, że jestem na świecie sam jak palec.

Ponieważ minęło już pięć minut, Darek żegna się uprzejmie. – Ja się nagadałem, a nie usłyszałem ani słowa o tobie, ale mam nadzieję, że to się zmieni – zaznacza.

Większość moich rozmówców, mimo zakazów, bez skrępowania wyciąga dłoń na powitanie i bardzo się dziwi, że nie chcę jej uścisnąć. Na wyrywki zapewniają mnie, że czego jak czego, ale koronawirusa to oni się nie boją. Michał w połowie sierpnia, u boku antyszczepionkowców Pawła Tanajno i Grzegorza Brauna protestował nawet na placu Zamkowym przeciwko restrykcjom. – Jestem buntownikiem – uśmiecha się. Podkreśla, że w jego firmie nikt nie nosi maseczek. – Serio, boisz się? – rechocze Radek, programista, gdy odmawiam podania mu ręki. I zapewnia: – Wirusy nie żyją sobie ot tak, na wszystkich powierzchniach. Na dłoni taki wirus przeżyje może godzinę.

Większość moich rozmówców, mimo zakazów, bez skrępowania wyciąga dłoń na powitanie i bardzo się dziwi, że nie chcę jej uścisnąć (fot. Shutterstock)

– Wirus jest niegroźny – wtóruje mu z pełnym przekonaniem Robert. Ale dodaje też, że jednak się boi. Nie wirusa jednak. – Boję się, że mnie zamkną. Boję się, że zrobią kwarantannę. Wystarczy, że jedna osoba będzie chora i wszystkich zamkną na dwa tygodnie – tłumaczy.

W czasie całej naszej rozmowy Robert ma ponurą minę, a na moje pytania odpowiada krótko i sucho. Zastanawiam się, czy szybkie randkowanie go nie zmęczyło. Kręci głową. – Można super poćwiczyć – rzuca. Gdy dopytuję, co tutaj ćwiczy, wylicza: bycie pewnym siebie, schematy rozmowy. – To się przydaje z dziewczynami. Chodzi o to, żeby ustawić się od nich wyżej – mówi Robert.

– Wyżej? Dlaczego nie na równi? – dopytuję.

– Dziewczyny chcą tylko lepszych. Jak ktoś będzie na równi, to dziewczyna nie będzie nim zainteresowana. A więc przychodzisz, jesteś pewny siebie, arogancki… – wylicza Robert. Przyznaje, że zna jeden schemat, który zawsze działa na kobiety, ale mi go nie pokaże, bo mu się nie chce. To dlatego, że wczoraj imprezował. – Jestem zmęczony i niewyspany – wyjaśnia. I dodaje, że dwa tygodnie temu dużo lepiej się bawił. Chciałby to powtórzyć, ale nie potrafi. Zresztą, wtedy był na randkach w młodszej grupie wiekowej. W młodszej grupie to co innego. Jak rozmawiać z dziewczyną na szybkiej randce?

Na pewno nie możesz mówić o tym, czym się zajmujesz, jakie jest twoje hobby – wylicza Robert. – Trzeba wzbudzić emocje w drugiej stronie. A emocje najlepiej wzbudzić, kiedy gada się o dziewczynie, bo was nic innego nie interesuje poza samą sobą.

Robert, tak jak niemal wszyscy moi rozmówcy, przez pięć minut mówi tylko o sobie. O mnie nie dowiaduje się praktycznie niczego, nie jest zresztą tym wcale zainteresowany. Dla mnie to wygodne, bo dzięki temu nie muszę tracić czasu. No, ale w końcu jestem w pracy. Gdybym przyszła na szybkie randki prywatnie, byłoby mi jednak trochę przykro.

Twoja kolej, żeby nie było potem, że chciałaś mi tyle powiedzieć, a ja ciebie nie wysłuchałem – mówi po czterech i pół minucie opowiadania o sobie Krzysiek (mniej niż 30 lat), fizjoterapeuta. Ledwo otwieram usta, by mu odpowiedzieć, on odchyla się ode mnie, wciskając plecy w oparcie, wyciąga telefon i intensywnie się w niego wpatruje. Wyraźnie go coś w tym telefonie zaciekawiło, bo wcale nie zwraca już na mnie uwagi. – Szybko czas mija, co? – zauważam z grzeczności, gdy wybrzmi dzwonek. – Trochę za szybko, ale przynajmniej jest fajnie – odpowiada Krzysiek ochoczo. – Przynajmniej jest fajnie.

Następnego dnia otrzymuję wyniki. Zaznaczyło mnie siedmiu na trzynastu rozmówców. Wiedzieli o mnie tylko tyle, że jestem dziennikarką "Gazety Wyborczej". Jeden z tych, którzy mnie zaznaczyli, zapytał wcześniej, czy to medium prorządowe czy antyrządowe.

***

Nie mówię tego klientom wprost, żeby ich nie zniechęcić. Ale szukanie tej drugiej połówki to jak szukanie igły w stogu siana – mówi Rusałka. –  Ta igła gdzieś jest, ale… – zawiesza głos. I zaraz się rozpogadza, tak jakby sama sobie wytłumaczyła, że należy myśleć pozytywnie. – Czasami ktoś na kogoś spojrzy i pięć minut wystarczy, nawet nie muszą rozmawiać.

Taka Iwonka na przykład. Męża ma starszego o dwadzieścia lat. Gdy stanął w drzwiach, poczuła, jakby uderzył w nią grom z jasnego nieba. On tak samo. Albo koleżanka Rusałki, Krysia. Pośliznął jej się but na schodach, jak wychodziła z kościoła po ślubie znajomej. Złamała obcas i wpadła na jakiegoś faceta. Ten facet odwiózł ją do domu i do dziś są razem. Albo brat Rusałki. Już trzydzieści pięć lat jest z żoną po ślubie, a jak idą ulicą, to się ciągle trzymają za ręce. Jak tańczą ze sobą, to tak iskrzy między nimi, że nikogo nie widzą na całej sali tylko siebie. Są takie pary. Ale nie wszystkim jest to dane. To jest dar, albo się go otrzyma, albo nie, i trudno. Jak się nie otrzyma, trzeba się z tym pogodzić.

Nie mówię tego klientom wprost, żeby ich nie zniechęcić. Ale szukanie tej drugiej połówki to jak szukanie igły w stogu siana (fot. Shutterstock)

Rusałka ma pięćdziesiąt sześć lat, ale wygląda na kilkanaście mniej. Drobna sylwetka, blond włosy. Nazywa się Aneta Sierowa, "Rusałką" nie nazywał jej nikt od podstawówki. Ale przez to, że w podstawówce tak o niej mówili, tak nazwała swoje biuro. Jakoś trzeba było nazwać. Biuro matrymonialne "Rusałka" w stutysięcznym Kaliszu działa od dwunastu lat. Klientów, którzy do niej trafiają, Rusałka dzieli na dwie kategorie. Tłumaczy: – Są tacy, którzy nie potrafią być sami. Muszą mieć drugą osobę, nieważne, czy będzie ładna, czy brzydka, majętna czy biedna. I są ci drudzy, którzy są sami już wiele lat, niby coś próbują w swoim życiu zmienić, ale nie są do tego tak do końca przekonani. Składają oferty, ale później albo nie mają czasu, albo wymawiają się twierdząc, że to nie ta osoba. Ci drudzy do swojej samotności się już przyzwyczaili.

Niezdecydowanym mogą pomóc wieczorki taneczne. Rusałka organizuje je od dwunastu lat, raz, dwa razy do roku. Na jednym z nich miłość znalazł czterdziestosiedmioletni kawaler. Gdyby miał poprzestać na ogłoszeniu w bazie, to by się nie udało, bo zaznaczył, że szuka wyłącznie panny. Mieszkał na wsi, marzył mu się ślub kościelny. Ale na wieczorku jak zaczął tańczyć z jedną panią, tak przetańczyli cały wieczór. Potem się okazało, że pani jest rozwiedziona, ma dwójkę dzieci, ale to już nie miało znaczenia. – Po dziesięciu miesiącach wzięli ślub i są szczęśliwą parą do dzisiaj – mówi Rusałka.

Najwytrwalsi klienci zostają w biurze nawet trzy, cztery lata. Z krótkimi przerwami. Umawiają się na randki, ale jakoś im nie wychodzi.

*Fragmenty książki Oktawii Kromer "Usługa czysto platoniczna. Jak z samotności robi się biznes". Książka do kupienia w Publio