Społeczeństwo
Nie trzeba korporacyjnych dekoracji, żeby zostać Królową Śniegu. Wystarczy mieć cokolwiek, czym da się zarządzać, świstając batem (fot. Shutterstock)
Nie trzeba korporacyjnych dekoracji, żeby zostać Królową Śniegu. Wystarczy mieć cokolwiek, czym da się zarządzać, świstając batem (fot. Shutterstock)

Siedziała naprzeciwko mnie kobieta nienaganna. Jeśli przeglądając pisma modowe, z przekąsem komentujesz idealne kobiety – "nikt tak nie wygląda!" – to powiem ci, że tamta kobieta właśnie tak wyglądała. Nie, żebym ciebie i siebie chciała torturować, ale od szpilek aż po perły, od serum po odbijający światło bronzer, od lśniących, wyprostowanych prostownicą włosów po nawilżającą szminkę Diora – była idealna. Nie wiem, ile miała lat, ale gdyby grała w filmie, w którym są retrospekcje, mogłaby spokojnie grać samą siebie młodszą o dwadzieścia lat.*

Rozmawiałyśmy o biznesie, językiem biznesu, w sprawach biznesu, którego istotą była sprzedaż, zysk, chociaż wielkość tego zysku nijak się miała do tego, czy ona będzie szczęśliwa. Ale rozmawiałyśmy właśnie o tym, o targetach, synergiach i silosach, słowa krążyły nad nami jak chmara much w tej wypolerowanej salce konferencyjnej ze ścianą z antysmogowego mchu.

I wtedy zobaczyłam, jak płacze. Nie, nie płakała naprawdę – dalej siedziała spowita w swoją perfekcję, ale mnie przed oczami Ktoś wyświetlił, prawie podprogowo, na granicy postrzegania, taki obraz: ta sama kobieta, w środku nocy, w ciemności swojego pokoju, bez makijażu, z włosami w nieładzie, jej płacz w poduszkę. "Na szczęście mamy lament, który nie pozwala nam stać się idealnymi robotami" – napisała Marion Woodman, jungistka, którą będę jeszcze nieraz cytować i której książka Addiction to perfection stała się jedną z najważniejszych książek w moim życiu.

Jeśli przeglądając pisma modowe, z przekąsem komentujesz idealne kobiety - 'nikt tak nie wygląda!' - to powiem ci, że tamta kobieta właśnie tak wyglądała (fot. Shutterstock)

Potem, tygodnie po naszej biznesowej rozmowie, naprawdę zobaczyłam tamtą kobietę, jak płacze. Siedziałyśmy po zakończonym szkoleniu w sali we dwie, a ona – przez łzy, które rozmazały makijaż – opowiedziała mi o swoim życiu. Żadna mascara nie jest aż tak wodoodporna. Schowana pod rolą, ukryta pod fluidem, gdzieś poza torem wyścigu, w którym bierze udział, mieszka ktoś nieskończenie delikatny: drżąca dziewczynka, pisklę.

Ale Królowa Śniegu, bo o niej jest ten rozdział, nie chce tego dziecka znać. Królowa Śniegu znalazła taki sposób na przetrwanie: zamrozić swoje serce i ruszyć do boju na śmierć i życie. Gnać, wygrywać, ścigać się, stawać na pudle, nie przedłużać zbędnych ceremonii gratulacyjnych, zeskakiwać z pudła i gnać dalej, nie pozwalać sobie na tak zwane "chwile słabości", fortyfikować się, opancerzać, wkładać gorsety, push-upy i zbroje.

(…)

Królowa Śniegu zdaje się nie mieć litości, chociaż to ona najbardziej zasługuje na miłosierdzie.

Komnata królowej jest dobrze ukryta; czasem trafić do niej udaje się przez przypadek. Nauczyła mnie tego kobieta, której udzielałam tak zwanego feedbacku, a dokładniej – przekazywałam jej, jak widzą ją pracownicy. Podwładni szefowej wypełnili anonimowy kwestionariusz, którego wyniki zestawiono z jej samooceną, na skalach tego samego kwestionariusza. Moim zadaniem było przekazać jej ocenę pracowników. W takich sytuacjach, gdy oceny pracowników są dobre, spotkanie przebiega bezboleśnie. Tym razem jednak było inaczej – dyrektorka jeszcze nie weszła, a już wiedziałam, że to nie będzie najprzyjemniejsze sześćdziesiąt (jak się później okazało, sto dziesięć) minut mojego życia. Patrzyłam na wysokie słupki samooceny i szorujące o dolny brzeg kartki słupki ocen pracowników.

Podwładni szefowej wypełnili anonimowy kwestionariusz, którego wyniki zestawiono z jej samooceną, na skalach tego samego kwestionariusza (fot. Shutterstock)

Weszła do pokoju spóźniona dwadzieścia minut, prawie na mnie nie patrząc. "Mam pół godziny" – rzuciła, bez "dzień dobry". Potem zaczęła się nasza praca, na której wspomnienie czuję poruszenie w sercu. Mozolne, warstwa po warstwie, dochodzenie do tego, co wydarzyło się w życiu tej kobiety, przedostawanie się przez opór, ból, wściekłość, zaprzeczenie, obwinianie. Odwijanie z bandaży ciągle żywego pod tymi wszystkimi warstwami ciała. Półtorej godziny później w wewnętrznym świecie tamtej kobiety ktoś inny przejął stery. "Jezu!" – powiedziała z absolutnym zdumieniem, jakby dojrzała coś po raz pierwszy i nie mogła uwierzyć własnym oczom. "Kim ja jestem? Kim ja się stałam? Jak do tego doszło, że jestem dokładnie taka sama jak mój szef, którego nienawidzę?"

Nie trzeba korporacyjnych dekoracji, żeby zostać Królową Śniegu. Wystarczy mieć cokolwiek, czym da się zarządzać, świstając batem. To może być twój dom, w którym nie wolno zostawić na półce pyłku kurzu. To może być twoje ciało, któremu każesz się głodzić, bo powyżej BMI 19 czujesz dla siebie pogardę. I wreszcie – ten kierunek wydaje mi się szczególnie bolesny – to może być twoje dziecko. Matki pracujące w firmach, ale też te, które "siedzą w domu" (każda z nas, która "siedziała", rozumie niezamierzoną ironię i kompletną opaczność tego sformułowania) – jedne i drugie matki mogą zrobić ze swoich dzieci projekt. I ma to być projekt, który wygra Złote Laury Matczynego Biznesu.

Od razu powiem – jestem w tej sprawie stronnicza. Mój siedemnastoletni syn nie okazał się prymusem na żadnym etapie swojej edukacji. Z każdą kolejną klasą utwierdzałam się w przekonaniu, że na Szymka nie będę mogła projektować swoich niezrealizowanych ambicji, że moja wewnętrzna Prymuska przy nim się nie naje. Moje dziecko stawiało opór akurat wobec tych dziedzin, na których szczególnie koncentruje się tak zwany system edukacji. To była dla mnie trudna lekcja. Po latach prób i błędów mogę chyba powiedzieć, że zazwyczaj udaje mi się w sobie odnaleźć prawdziwy szacunek dla Istoty, jaką jest mój syn – w całej swojej osobliwości, ze wszystkimi swoimi talentami (z „przedmiotów”, których nie ma na szkolnych świadectwach), z całą swoją wewnętrzną butą i wściekłą determinacją, żeby robić rzeczy po swojemu. Kiedy w chwili desperacji sięgnęłam po książkę Jespera Juula "Nastolatki", odnalazłam w niej ważną – dla mnie jako matki – definicję zaufania do nastoletniego dziecka. Juul napisał, że w owym zaufaniu nie chodzi o to, by twoje dziecko w przyszłości było takie, jak ty chcesz – tylko żeby stało się kiedyś takie, jak ono samo chce.

Matki pracujące w firmach, ale też te, które 'siedzą w domu' (każda z nas, która 'siedziała', rozumie niezamierzoną ironię i kompletną opaczność tego sformułowania) - jedne i drugie matki mogą zrobić ze swoich dzieci projekt (fot. Shutterstock)

Matki Królowe Śniegu idą inną trasą. Dziecko ma produkować to, czego rodzic sobie zażyczy. Od świtu do późnej nocy, żadnych pustych przebiegów, prace domowe odrabiane w samochodzie, który wiezie je z lekcji skrzypiec na balet. Często słyszę od matek tych dzieci, że dziecko "samo chce" pracować po czternaście godzin na dobę. Za każdym razem słysząc to, czuję głęboki smutek. Kobiety, których strukturą wewnętrzną rządzi Królowa Śniegu, kochają swoje dzieci. Ale one same nie kochają siebie, nie mogą więc spocząć. I nie umieją pozwolić, by spoczęły ich dzieci – w nudzie, w zabawie, w lenistwie, w nicnierobieniu.

O Królowych Śniegu wszystko opowiedziała mi Marion Woodman. Nie tylko o nich zresztą – kiedy skończyłam czytać jej Addiction to perfection, oznajmiłam mężowi: "Słuchaj, ja po przeczytaniu tej książki rozumiem WSZYSTKO. Jakbyś coś chciał wiedzieć – pytaj mnie".

Woodman, jak już wspomniałam, była jungistką. Jung, szwajcarski psychiatra, wprowadził do zachodniego kręgu kulturowego pojęcie męskiego i żeńskiego archetypu. On z kolei oparł się na starożytnej chińskiej filozofii, według której w świecie przeplatają się dwa rodzaje energii: yin (nazwana później przez Junga kobiecą) i yang (nazwana męską). Obie te energie są światu potrzebne i dla naszego wspólnego dobra powinny pozostać w równowadze; równowaga jest potrzebna zarówno światu jako całości, jak i każdej i każdemu z nas. W hinduizmie te dwie energie nazywane są Shiva i Shakti.

Mam kłopot z używaniem pojęć "męska" i "kobieca" energia, bo obawiam się, że taki przekład yin i yang umacnia nas w stereotypowym patrzeniu na to, co męskie i kobiece. Ponieważ jednak od kilkunastu lat nie jestem w stanie trwale odróżnić, która energia jest yin, a która yang (podobnie mam z June i July), pozwól, że będę jednak posługiwać się terminami jungowskimi, pozostawiając je, na znak protestu przeciwko patriarchatowi, w cudzysłowie.

"Męski" archetyp, "męska" energia to dla jungistów energia działania, akcji, celowości, parcia do przodu, osiągu, wykonu, rankingu. To też energia umysłu, analizy, rozróżniania – energia albo-albo. "Czarne czy białe?" To też energia zasad, pryncypiów, abstraktu, tego, co arbitralnie ustanowione, i – tym samym – energia hierarchiczna, dychotomiczna, dzieląca świat na dobrze i źle, prawidłowo i nieprawidłowo, zgodnie z zasadą i sprzecznie z zasadą. Woodman pisze też, że to energia ducha – w takim sensie, w jakim zasada jest czymś nadrzędnym wobec pojedynczego życia i pojedynczego ciała.

Natalia de Barbaro (fot. A. Pliszyło)

Energia "kobieca" to energia rozpoznawania, uznawania, doświadczania tego, co jest. Energia kamiennego domu wbudowanego w nadmorską skałę, a nie dziesięciopiętrowego hotelu postawionego na plaży. Energia "kobieca" to energia być, a nie działać, energia holistyczna – nie albo to, albo tamto, ale i to, i to. To energia ciała, pojedynczego życia, wcielenia ducha w ubłocone codziennością doświadczenie życia w ludzkim ciele. To energia krótkiego dystansu, braku dystansu, bliskości, wrażliwości. Energia równości: siedzenia w kręgu, w którym nikt nie rządzi.

Mężczyzna potrzebuje dojrzałej energii "męskiej" i dojrzałej energii "kobiecej". Kobieta potrzebuje dojrzałej energii "kobiecej" i dojrzałej energii "męskiej". Czy "kobieca" energia powinna grać w kobiecie pierwsze skrzypce, a "męska" – w facecie? Większość kobiet, które spotkałam, była bliżej energii kobiecej, większość mężczyzn – męskiej. Ale czy to oznacza, że tak być powinno? Tak nie uważam. Wierzę natomiast w wolność wyboru tego, z czego chcemy czerpać. I w to, że ograniczenie się do jednej z tych energii właściwie uniemożliwia nam życie pełnią życia, odczuwanie głębokiej radości. Mężczyzna odcięty od bliskości, od tu i teraz, od odczuwania własnego ciała, od energii równości będzie niepełny i okaleczony, podobnie jak kobieta, która nie ma dostępu do swojej ambicji, waleczności i analizowania.

*Fragmenty książki "Czuła przewodniczka" Natalii de Barbaro. Książka do kupienia w Kulturalnym Sklepie, ebook i audiobook w Publio