Społeczeństwo
Ania zastanawia się, ile może trwać remont? Przecież w osiem miesięcy da się zbudować dom (Fot. Shutterstock.com)
Ania zastanawia się, ile może trwać remont? Przecież w osiem miesięcy da się zbudować dom (Fot. Shutterstock.com)

Sąsiad Magdy nie pozwala wietrzyć wspólnego korytarza w bloku i wykręca klamki z okien.
Ania zastanawia się, ile może trwać remont? Przecież w osiem miesięcy da się zbudować dom.
Helena przeżyła już sąsiadów legionistów. Teraz męczy ją sąsiadka, która tańczy i śpiewa w zespole ludowym.
Dagmarę w każdy weekend o siódmej rano budzi rozkręcona na cały regulator msza święta.
Emilia ukochane mieszkanie już sprzedała. Zabawy dwuletnich bliźniaków śniły jej się po nocach.
Paulina przyznaje, że to ona jest utrapieniem dla sąsiadów. Pandemia i praca zdalna wywróciły do góry nogami życie jej psa.
Od blisko roku spędzamy więcej czasu w domu. Czy bardziej narzekamy na sąsiadów?

Policja: zgłoszeń nie przybyło

Zdaniem Sławomira Smyka, rzecznika warszawskiej straży miejskiej, każde zakłócenie porządku i spokoju przez sąsiada to poważna sprawa. Nie ma też znaczenia, czy sąsiad zakłóca spokój notorycznie, czy zdarzyło mu się raz. Konsekwencją może być pouczenie, mandat, a nawet skierowanie sprawy do sądu. - W sprawie awantur rodzinnych, głośnych imprez lub głośnych prac remontowych w lokalu najlepiej zadzwonić pod nr alarmowy 112. Operator tego numeru przekaże interwencję do odpowiedniej służby. Jeśli mieszkaniec złoży w siedzibie straży miejskiej zawiadomienie w sprawie zakłócenia spoczynku nocnego, wówczas straż podejmie działania zmierzające do wyciągnięcia konsekwencji wobec wskazanego sprawcy wykroczenia - wyjaśnia strażnik.

Remontowanie mieszkania o 4.00 rano? To też może się sąsiadowi zdarzyć (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Ani komisarz Marta Sulowska z komendy policji na warszawskiej Woli i Bemowie, ani młodsza aspirant Agnieszka Żyłka z policji w Katowicach nie potwierdzają, by w pandemii zgłoszeń na tzw. uciążliwych sąsiadów było więcej. Policja nie prowadzi zresztą osobnych statystyk dla tego typu spraw – są wrzucane do "jednego worka" razem ze zgłoszeniami na pijanych przechodniów czy śpiących na klatce bezdomnych.

Ale skargi na sąsiadów nie zawsze trafiają do służb, pojawiają się za to na sąsiedzkich grupach np. na Facebooku. Czy upublicznianie problemu to dobry pomysł? Komisarz Marta Sulowska: - Zdecydowanie nie. Takie posty mogą rodzić hejt i powodować, że ktoś poczuje się zagrożony. Osoba, która upublicznia cudze dane i zdjęcia, podlega odpowiedzialności cywilnej. Gdyby do tego doszła groźba pod adresem sąsiada, wtedy już taki post może mieć znamiona przestępstwa. Warto pamiętać, że w sieci wcale nie jesteśmy anonimowi. Na początek najlepiej z uciążliwym sąsiadem porozmawiać, będzie szybciej i sprawniej.

"Zrozumie tylko ten, kto ma dzieci"

Emilia z sąsiadką rozmawiała nie raz i nie dwa. Nie przepadały za sobą już wcześniej, ale prawdziwy konflikt wywołało pojawienie się dzieci. - Dwaj chłopcy, bliźniacy. Nie przeszkadzało mi, gdy byli mali i płakali. Ale po roku zaczęli biegać, tupać, skakać z kanapy i rzucać z niej piłką i drewnianym stołeczkiem tak, że drżały szklanki. Bawili się o drugiej w nocy i o piątej trzydzieści nad ranem. Tłumaczyłam, że nie możemy spać, ale za każdym razem słyszałam, że „rytm dobowy chłopców rozregulował się przez pandemię" i „nie zrozumiem, bo nie mam dzieci" - opowiada.

Zastanawiała się, czy nie przesadza, bo ona i jej narzeczony wychowali się w domach jednorodzinnych. - Zapraszałam znajomych, by ocenili, czy nie zwariowałam. Mówili, że to nienormalne.

Wynajęła dwie niezależne firmy zajmujące się akustyką: - Zrobili pomiary dźwięku, dochodził do 70 decybeli, do tego drgania. Usłyszała, że winna jest konstrukcja budynku.

Facet się śmiał, że w latach 60. z materiałów na ten blok trzech majstrów postawiło sobie domy.

Poradzili, że pomóc może zerwanie i położenie od nowa podłogi u sąsiadki. - To nie wchodziło w grę, więc chciałam kupić jej maty wyciszające albo grubą wykładzinę. Odmówiła – opowiada Emilia. Uważa, że sąsiadkę cieszyła jej frustracja. - Raz szłam za nimi po schodach i usłyszałam, jak mówi do synka:
"To co, Stasiu, poskaczesz teraz z kanapy czy porzucamy piłeczką?"

Badanie Morizon.pl z 2017 roku: głośne zachowanie dzieci irytuje 16 proc. Polaków (Fot. Shutterstock.com)

Śnili jej się. - Byłam u rodziców w domu i obudziła mnie myśl: O Jezu, biegają.

Radziła się prawnika i dzielnicowego. - Prawnik powiedział, że mogę założyć sprawę w sądzie o obniżenie jakości życia i wartości mieszkania.

Po roku Emilia i jej narzeczony przeprowadzili się do innego mieszkania. – Raz, jeszcze zanim sprzedaliśmy to pierwsze, napisał do mnie sąsiad z dołu, że chyba nas ktoś okrada. Popędziłam na miejsce, otwieramy drzwi, a to tylko zabawa na górze na całego. Nasze puste mieszkanie zamieniło się w pudło rezonansowe.

Dziś Emilia mieszka na ostatnim piętrze. - Tupią tylko gołębie. Kolejne lokum to będzie jednak dom.

Ile może trwać remont?

To pytanie od ponad pół roku zadaje sobie Ania. Remont u sąsiadów, których jeszcze nie poznała, trwa już ósmy miesiąc. - Nie wiem, jakim cudem. Przecież w tym czasie można zbudować dom od podstaw – zastanawia się.

Ania i jej partner mieszkają w zabytkowej kamienicy w centrum Wrocławia. Wymarzona lokalizacja, piękna i zawsze czysta klatka schodowa. Spokojem cieszyli się tylko przez dwa miesiące. - Krótko po nas mieszkanie na tym samym piętrze kupiło małżeństwo po pięćdziesiątce. Wiem, że on pracuje w dużej instytucji kultury, więc wydawałoby się, że to ludzie na poziomie. Ale pisaliśmy do nich w sprawie problemów z ekipą remontową i nawet nie odpisali. A zatruli nam życie – stwierdza Ania.

Od czerwca jej codzienność – od poniedziałku do piątku, oprócz weekendów - to rwanie podłóg i skuwanie płytek, przy akompaniamencie disco polo i soczystych przekleństw. - Teraz panowie już malują, więc jest lepiej, ale wcześniej było naprawdę głośno, a pracowali przy otwartych drzwiach. Zaczynają o siódmej, na ósmą się nie zgodzili, bo „cisza nocna jest od 22 do szóstej i poza tymi godzinami mogą robić, co chcą".

Coraz więcej deweloperów oferuje klientom mieszkania wykończone pod klucz. Zalety? Kontakty z ekipami remontowymi deweloper bierze na siebie. (Fot. Shutterstock)

Ania żyje z pisania, pracuje z domu. Jej partner również ma pracę zdalną. - Raz pisałam tekst w łazience. Gdy było najgorzej, szłam do mamy albo do parku. Mój facet potrzebuje dużego monitora i nie ma dokąd uciec – mówi.

Próbowali rozmawiać z ekipą, pisali też do administracji budynku - o tym, że na klatce jest pył, styropian, pety i puszki.

Panowie robotnicy powiedzieli, że od sprzątania na klatce jest dozorca, a oni mają taką pracę, że się syfi i trudno.

Napisali maila do właściciela mieszkania. - Nie odpisał, więc zwróciliśmy się do administracji kamienicy. Tam potwierdzono, że sprzątanie po remoncie nie leży w zakresie obowiązków dozorcy, właściciele mieszkania powinni mu za to dodatkowo zapłacić, ewentualnie zatrudnić kogoś innego. Po tej interwencji klatka została mniej więcej posprzątana - opowiada Ania.

Dla Ani najgorsza jest bezsilność. - Mój facet nie ma tendencji do przemocy, a bałam się, że rzuci się na tych robotników z pięściami.

Z przerażeniem myśli o dniu, gdy nowi sąsiedzi się wprowadzą. - Wiadomo, każdy ma prawo zrobić remont. Ale nie ma paragrafu na chamstwo.

Z sąsiadem żyć dobrze, ale na dystans

Ostatnie duże badanie na temat relacji sąsiedzkich przeprowadził w 2017 roku CBOS. Wnioski? Aż 65 proc. Polaków w relacjach z sąsiadami utrzymuje dystans. Ideałem są kontakty poprawne - tak, by nikt z sąsiadów nie miał o nic pretensji - a przy tym niezbyt bliskie.

84 proc. Polaków mówi "dzień dobry" przynajmniej niektórym sąsiadom, a 27 proc. wita się z większością. Pożyczenie cukru, podlanie kwiatków czy popilnowanie dziecka to już relacje zażyłe - 64 proc. Polaków deklarowało, że ma je z nielicznymi sąsiadami.

Co trzeci respondent zapewniał, że z jednym lub maksymalnie kilkoma sąsiadami utrzymuje kontakty towarzyskie, np. odwiedzają się w imieniny.

Tylko około 10 proc. Polaków odpytanych przez CBOS przyznało, że jest w konflikcie z sąsiadem lub kilkoma sąsiadami. Ale od poprzedniego badania w 2012 roku przybyło ich znacząco - z 6 do 10 proc. Nieco częściej niż przeciętnie w konflikt z sąsiadem wchodzą mieszkańcy miast liczących od 20 do 100 tys. mieszkańców i mieszkańcy wsi (po 12 proc.).

Badanie relacji sąsiedzkich w maju 2017 roku przeprowadził też portal z nieruchomościami Morizon.pl. W skali ogólnopolskiej tylko 3 proc. Polaków swoje relacje z sąsiadami oceniło jako złe, a 1 proc. - jako bardzo złe. 52 proc. badanych uważało, że są dobre lub bardzo dobre, a 44 proc., że neutralne. Co ciekawe, więcej Polaków (54 proc.) oddałoby sąsiadowi pod opiekę dziecko niż klucze do domu (52 proc.).

Aż 65 proc. Polaków w relacjach z sąsiadami utrzymuje dystans. Ideałem są kontakty poprawne - tak, by nikt z sąsiadów nie miał o nic pretensji - a przy tym niezbyt bliskie (Fot. Shutterstock.com)

Morizon.pl zapytał też o najbardziej denerwujące sąsiedzkie zachowania. Pierwsza trójka to głośne puszczanie muzyki (20 proc.), krzyki dochodzące z mieszkania (19 proc), palenie papierosów (18 proc.). Irytuje też głośne zachowanie dzieci (16 proc.), zaśmiecanie klatki schodowej (15 proc.), częste remonty (12 proc.), głośne zwierzę (10 proc.). Na dalszych miejscach Polacy wymieniali tupanie (8 proc.), "uciążliwość, częste zwracanie uwagi" (9 proc.), głośne rozmowy (7 proc.), przesuwanie mebli (5 proc.), wzywanie policji (5 proc.), plotkowanie, wścibstwo i zazdrość (4 proc.) oraz głośną pralkę (2 proc.). 30 proc. ankietowanych Polaków twierdziło, że nic ich nie denerwuje.

"Wyziębiamy konstrukcję budynku"

Magda mieszka w bloku, w którym "do tej pory nie było żadnych problemów ani sporów". Zmieniła to pandemia – od grudnia wraz z mężem nie mogą dojść do porozumienia z sąsiadem z piętra. - Nie pozwala wietrzyć wspólnego korytarza na klatce. Najpierw urwał jedną, a potem dwie klamki w oknach, twierdząc, że ma na to zgodę spółdzielni. Uważa, że przez nasze ciągłe wietrzenie płaci wyższe rachunki za ogrzewanie, chciał nas nawet obciążyć kosztami. Kiedy indziej powiedział, że zgłosi nas do sanepidu, bo "wyziębiamy konstrukcję budynku" - opowiada. Poważnie traktuje ryzyko zakażenia się koronawirusem. - Bardzo rzadko wychodzimy z domu. A wtedy, zgodnie z zaleceniami sanepidu i zdrowym rozsądkiem, staramy się wietrzyć korytarz. Tym bardziej że niejednokrotnie widzieliśmy na nim ludzi bez masek czy palących papierosy.

Ale nie jest tak, że wietrzy "ciągle". Tylko przy okazji wizyty kuriera albo wyrzucania śmieci raz na tydzień. Sytuacja na piętrze przypomina jej zabawę w kotka i myszkę. - Proponowaliśmy, że będziemy pilnować czasu wietrzenia, np. 10 minut, ale "nie, bo nie". W pewnym momencie doszło do tego, że mąż otwierał okno śrubokrętem, wychodząc ze śmieciami, a gdy po kilku minutach wracał, okno było już zamknięte - tak jakby ktoś nasłuchiwał, czy przypadkiem nie zostało otwarte.

Kaloryfer (CEZARY ASZKIEŁOWICZ)

Napisali pismo do administracji. - Nie dostaliśmy odpowiedzi. Rozmawiałam z ludźmi ze spółdzielni przez telefon i sprawiali wrażenie, jakby w COVID nie wierzyli. Absurdalność sporu zdaniem Magdy potęguje fakt, że na innych piętrach okna są otwierane. - Jeśli na sześciu piętrach się wietrzy, a na jednym nie, to jaki to może mieć wpływ na rachunki? - zastanawia się.

Przez zachowanie sąsiada Magda czuje się bardziej zagrożona. I sfrustrowana. - Jeśli przez ostatnie pół roku przed śmiercią dziadka widzisz się z nim tylko przez ekran komputera, na pogrzebie nie wchodzisz do kościoła, a potem musisz w takich sprawach się użerać, to serio coś pęka.

Nocne hołubce

Helena do niedawna mieszkała w 15-piętrowym bloku. Piętro niżej zawsze coś się działo. Szczególnie dobrze pamięta kibiców Legii. - Teoretycznie mieszkał jeden, ale chłopów w lokalu było zawsze 15. Parę razy w tygodniu robili balkonówki, czyli balangi na balkonie. Strach było z nimi rozmawiać, więc najpierw chodziła ochrona, potem policja. Trafił się skuteczny dzielnicowy i trochę się uspokoili. A gdy jedna sąsiadka zażądała od spółdzielni obniżenia czynszu z powodu tych hałasów, właściciel wypowiedział najem legioniście.

Na miejsce kibiców parę lat temu wprowadziła się dziewczyna, która śpiewa w zespole ludowym. - Najpierw parapetówki, imieninki. W tygodniu o czwartej dopiero się rozkręcali. Z początku zapraszała pojedynczo, a potem całe chmary. W nocy wycinali hołubce, śpiewali. W samotności sąsiadka też śpiewa.

Ćwiczy pełną moc głosu, jak w serialu "Alternatywy 4". Niby śmieszne, ale nie jest mi do śmiechu.

Zdaniem Heleny niereagowanie na uciążliwe zachowanie sąsiada powoduje eskalację, dlatego ona zawsze dzwoni na policję. Zwarła szyki z częścią sąsiadów. Stara się nie utrudniać innym życia i oczekuje tego samego. Żeby odpocząć od swojego bloku, wyprowadziła się nad morze.

"Jacy dzisiaj dobrzy ludzie"

- Nie mam szczęścia do sąsiadów. Przerobiłam heavymetalowców, odgłosy seksu, którymi żyła cała kamienica, teraz trwa siódmy w pandemii remont. Ale najbardziej katują mnie starsi państwo z dołu - opowiada Dagmara. - Codziennie o 15 muszę wysłuchać "Dla jego bolesnej męki". W każdy weekend o siódmej rano budzi mnie msza, a śpię w stoperach. Raz w święto wściekła zbiegłam do nich w piżamie. Po 11 minutach walenia w drzwi otworzyła para staruszków: ona 97 lat i dwa aparaty słuchowe, on 94 i alzheimer. Wydali mi się rozczulający. Ona mi podziękowała, że zgłosiłam ten kłopot, bo mąż tak nastawia telewizor, że nawet dla niej jest za głośno.

Na początku Dagmara myślała, że ma do czynienia z ujmującymi staruszkami. - Z czasem zobaczyłam pełną pogardy i nienawiści osobę (Fot. Shutterstock.com)

Rozmawiali na klatce 40 minut. - Zostawiłam im numer telefonu. Pani uściskała mnie, mówiąc, że zesłał mnie Pan Jezus i "jacy dzisiaj dobrzy ludzie". Skończyło się na tym, że obiecałam codziennie dostarczać im "Gazetę Polską". Choć moim poglądom do tego daleko. Jest mi ich żal, ale czuję też złość.

Bo o ile na początku Dagmara myślała, że ma do czynienia z ujmującymi staruszkami, z czasem zaczęła wysłuchiwać uwag o "tych małpach na ulicach" i wzbudzającej obrzydzenie kolorowej fladze.

- W sekundę zobaczyłam pełną pogardy i nienawiści osobę. Czy mam się nad nimi litować tylko dlatego, że są starzy? Ludzie stoją nad grobem, już ich nie zmienię. Ale może w końcu się przyznam, że też jestem "małpą z ulicy". A co z mszami i modlitwami? Nic się nie zmieniło – mówi.

"Każdy kij ma dwa końce"

- Ja jestem uciążliwą sąsiadką - zaczyna swoją opowieść Paulina. - Przez pandemię i pracę zdalną wywrócił się świat Nangi, mojego psa. Walczymy z ogromnym lękiem separacyjnym. Jak wychodzę z domu, sąsiedzi mają psią arię.

Nanga wraz z trzema siostrami została znaleziona przez Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Zwierząt Nasielsk. Szczeniaki były porzucone w rowie przy bardzo ruchliwej drodze. - Suczka naprzemiennie szczeka, wyje i wydaje dźwięki jak małe dzikie zwierzątko wzywające matkę. Gdy zostaje sama, centrum jej świata staje się przedpokój. Potrafiła zdemolować mieszkanie tak, że nie dało się do niego wejść. Sytuacja uległa małej poprawie, kiedy udało się wprowadzić klatkę kennelową.

Gdy zaczęła się pandemia i Paulina przeszła na pracę z domu, dla Nangi stała się całym światem. Maksymalnie może wyjść na trzy godziny, i robi to tylko raz w tygodniu. - Ale wtedy wracam sprintem i płaczę razem z psem. Bez psa wychodzę jedynie na szybkie zakupy do sklepiku osiedlowego, nie ma mnie dosłownie 15-20 minut. Mam cały czas włączoną kamerkę i widzę w telefonie, że po 15 minutach od mojego wyjścia zaczyna się histeria – mówi.

W poprzednim mieszkaniu sąsiedzi byli bardziej wyrozumiali, oferowali pomoc, znali historię Nangi od początku, dlatego łatwiej było im zrozumieć, skąd te problemy mogą się brać. Teraz Paulina mieszka w nowym bloku, większość sąsiadów jeszcze się nie wprowadziła. Na razie pies przeszkadza jednej osobie. - Przychodzi już o ósmej rano. Poucza mnie, że jej rodzice z trudnym psem sobie poradzili. Nie rozumie, że zrobiliśmy już wszystko: Nanga jest na silnych lekach antydepresyjnych i olejku CBD, ma klatkę kennelową, ja zapisuję się na kolejne kursy, pracujemy z nią i psim behawiorystą.

Paulina: - Wiem, że ludzie myślą, że pies szczeka w mieszkaniu, bo nikt się nim nie zajmuje. Nie zawsze tak jest (Fot. Shutterstock)

Dla Pauliny sytuacja z Nangą to potworny stres, czuje się źle z tym, że powoduje czyjś dyskomfort. Nigdy nie sądziła, że to ona będzie złym sąsiadem. Gdy wraca do bloku, na klatce słyszy Nangę, ale też krzyczące i biegające dzieci, grę na pianinie i inne codzienne hałasy. - To jest życie w bloku. Wiem, że ludzie myślą, że pies szczeka, bo nikt się nim nie zajmuje. Albo podśmiechują się z "psa z problemami", a przecież wystarczyłoby pokazać psu, że nad nim dominujemy. Nie zawsze tak jest. Każdy kij ma dwa końce – mówi.

Niektóre imiona zostały zmienione na prośbę bohaterów

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.

Uciążliwy sąsiad - co na to prawo?

Jeśli sąsiad zakłóca nasz spokój i komfort w nocy, można odwołać się do regulaminu wspólnoty lub spółdzielni, a także art. 51 Kodeksu wykroczeń. Mówi on, że karze podlega osoba, która "krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny lub wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym". W dzień nasze prawo do komfortu gwarantuje art. 144 Kodeksu cywilnego. Zgodnie z nim zabronione jest użytkowanie swojego lokalu w sposób, który "zakłóca korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę". Oznacza to np. głośne słuchanie muzyki, zaśmiecanie klatki lub uciążliwe zapachy. O uciążliwych sąsiadach warto też powiadomić dzielnicowego - jego opinia może być pomocna w przypadku sądowej sprawy cywilnej.