Społeczeństwo
Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 poziom oficjalnego bezrobocia w szczytowym okresie zimowym się podwoił (fot. Shutterstock)
Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 poziom oficjalnego bezrobocia w szczytowym okresie zimowym się podwoił (fot. Shutterstock)

Znaczna część pracy dostępnej w Blackpool była sezonowa. Ostatnia recesja najwyraźniej negatywnie wpłynęła na poziom zapotrzebowania na pracowników, zarówno ten szczytowy latem, jak i ten zniżkujący porą zimową. Widok malowniczych wzgórz na wykresie należy już do przeszłości, obecnie zmieniły się one w łagodne pagórki i spadziste wąwozy.*

Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 poziom oficjalnego bezrobocia w szczytowym okresie zimowym się podwoił. Według miejscowego fryzjera Alana Wade'a wiele osób, które zdołały znaleźć pracę, odkąd stan krajowej gospodarki zaczął się poprawiać, jest "w śmiertelnym strachu" przed swoim pracodawcą.

- Historie, jakie mi tu ludzie opowiadają, są niewiarygodne - mówił o klientach odwiedzających jego niewielki salon fryzjerski przy Ansdell Road. - Miałem tu wczoraj klienta, który prawie mi się rozpłakał. Pracował na budowie przez trzy miesiące i był pewny, że wszystko jest w porządku. Zaczynał o szóstej - przypuszczam, że miał zmianę od szóstej do drugiej - i za dziesięć druga mu powiedzieli: "No dobra, to już nie jesteś potrzebny". Zapytał: "Jak długo, do poniedziałku?". A oni na to: "Nie, w ogóle już cię nie potrzebujemy. Kropka. Nie przychodź tu więcej". Czyli w zasadzie powiedzieli: musimy cię zwolnić. To on spytał: "Ale za co? Co takiego zrobiłem?". A oni mówią: "Nie, nic złego, naprawdę". Nie podali żadnego powodu, wyobrażasz sobie? Miał dwadzieścia parę lat, prawie się rozpłakał.

Nie było trudno znaleźć więcej podobnych przykładów. Wzdłuż Złotej Mili - odcinka promenady ciągnącego się od północnego do południowego miejskiego molo - często widywało się bezrobotnych mężczyzn szwendających się tam i z powrotem i próbujących sprzedawać nieduży magazyn. Sprzedaż publikacji noszącej tytuł "Gag Mag", w cenie 3 funtów, przebiegała na podobnych zasadach jak znacznie bardziej znanego pisma "The Big Issue", czyli jakiś określony procent ceny każdego sprzedanego egzemplarza trafiał do kieszeni sprzedającego. Gaz, sprzedawca, od którego kupiłem jeden egzemplarz niedaleko słynnego parku rozrywki Pleasure Beach, powiedział mi, że Blackpool to "zupełnie inne miasto w zimie i w lecie".

Blackpool (fot. Shutterstock)

- Ludzie naprawdę mają tu ciężko. Zimy są długie, chłopie, wiesz, o co chodzi. Ludzie przyjeżdżają sobie na jeden dzień i myślą: "O, jakie fajne miejsce; wszyscy muszą tu mieć niezłą radochę", a tu wszystko, co jest, to umowy zero godzin.

Gaz był facetem z gadką, jak o sobie mówił, brał cokolwiek, z czego mógł mieć jakąś kasę. Martwił się o mamę, która, jak mówił, "szukała pracy na pełny etat, ale nie mogła niczego znaleźć".

- Udało jej się znaleźć tylko niepełny etat. Nie dają umów na cały. Strasznie, strasznie trudno jest znaleźć taką pracę. Każdy teraz jest numerem. To już nie jest dawna siła robocza czy rodzina. To znaczy, jak pracowała kiedyś w Marks and Spencer, to robili im tam włosy i wszystko, no wiesz, bardzo dbali o personel. Ale w innych firmach jesteś teraz tylko numerem. Te umowy dają tylko po to, żeby kryć własny tyłek, no nie tak? A jak skończysz, co miałeś zrobić, to cię wywalają i biorą następnych. To, co robią, jest podłe. To są sukinsyny.

(...)

W dniu, w którym poznałem Alana, udało mi się wynająć maleńki pokoik w bliźniaku parę ulic od jego salonu fryzjerskiego. Czynsz wynosił 60 funtów tygodniowo łącznie z rachunkami, co wydawało się całkiem rozsądne. Moim współlokatorem był młody Anglik o imieniu Steven, który przez większość życia mieszkał w Blackpool. Steven był szczupły, miał krótko przystrzyżone, ciemnobrązowe włosy, ostre rysy twarzy, ziemistą cerę i często nosił luźne T-shirty z długimi rękawami, które uwydatniały jego wystające łopatki.

Był mniej więcej w moim wieku, ale jego dotychczasowe peregrynacje po świecie, które żarliwie starałem się poznać, czyniły z niego prawdziwego weterana. Miał już na koncie zajęcia wszelkiego rodzaju - od pracy w sklepie i w fabryce po cięższe roboty na miejscowych budowach i farmach. Kilka lat wcześniej, kiedy był bez pracy, dostał posadę w miejscowym magazynie sieci B&M Bargains jako picker kompletujący zamówienia klientów.

Sieć marketów dyskontowych B&M, która zatrudniała ostatnio 22,5 tysiąca pracowników, powstała w Blackpool, a obecnie posiada cztery ogromne centra dystrybucji i ponad pięćset marketów na terenie całej Wielkiej Brytanii. Na frontowej ścianie każdego marketu widnieje charakterystyczny pomarańczowo-niebieski szyld z promieniami słońca. Sieć, założoną w 1978 roku jako Billington & Mayman, nabyło w 2004 roku dwóch brytyjskich przedsiębiorców, Simon i Bobby Arorowie, którzy wspólnie z trzecim bratem, Robinem, przekształcili przynoszącą straty firmę w dochodowe przedsiębiorstwo. Dzisiaj majątek netto braci Arorów wynosi 2,2 miliarda funtów.

Rodzina, która odmieniła oblicze handlu, planuje podbić Wielką Brytanię - głosił w 2012 roku nadskakujący artykuł w "Daily Expess". Bracia Arorowie znaleźli się na czwartym miejscu listy najbogatszych ludzi pochodzenia azjatyckiego w 2015 roku, a ich majątek zwiększył się o kolejne 170 milionów funtów w ciągu dwunastu miesięcy poprzedzających ukazanie się w 2016 roku listy najbogatszych ludzi publikowanej przez tygodnik "The Sunday Times".

Sieć marketów dyskontowych B&M, która zatrudniała ostatnio 22,5 tysiąca pracowników, powstała w Blackpool, a obecnie posiada cztery ogromne centra dystrybucji i ponad pięćset marketów na terenie całej Wielkiej Brytanii (fot. Shutterstock)

(...)

Przy kuflu piwa w pubie tuż obok tego miejsca Steven opowiedział mi o swojej pracy w B&M. Pracował w ich magazynie w Blackpool przez trzy lata, dawniej też imał się podobnych zajęć.

W pubie nie puszczano muzyki, za to cała otwarta przestrzeń salonu obwieszona była chyba pięcioma ekranami telewizyjnymi. Na każdym z nich leciał kanał Sky Sports News, z zapałem relacjonujący wielomilionowe transfery poprzedzające rozpoczęcie zbliżającego się sezonu piłkarskiego.

Wzięliśmy nasze drinki i przeszliśmy do wybetonowanego ogródka, gdzie siedliśmy przy drewnianym stole z ławkami. Sierpniowa pogoda to zazwyczaj loteria, ale tamtego dnia było przyjemnie ciepło, nawet o siódmej wieczorem.

- Nie idzie się do pracy dla przyjemności - no wiesz, jesteś tam dziewięć, dziesięć godzin dziennie - ale i nie powinno się pracować w ciągłym strachu. Nie powinno być tak, że zaczynasz swoją zmianę o szóstej rano i tylko myślisz, czy piętnaście po szóstej nie odeślą cię do domu. Wiesz, o co chodzi - czy nie pomylę się przy jednym z dwóch tysięcy pudełek i nie wywalą mnie za to z pracy.

Kiedy Steven zaczynał pracę w B&M, właśnie przeniósł się z powrotem w te rejony po nieudanym związku i szukał czegoś, co pozwoli mu przetrwać. Usłyszał o wolnych posadach i postanowił spróbować. - Zacząłem od agencji - były dwie duże agencje, które potem połączyły się w jedną, a potem ni z tego, ni z owego B&M pozbyło się agencji i nikt nam nie powiedział, co się właściwie dzieje. Dosłownie trzeba było chodzić do nich do biura i błagać o pracę, więc i ja musiałem tak zrobić.

Na początku Steven chodził po magazynie z listą zamówionych towarów, które miały być wysłane do Manchesteru, Lincoln czy gdziekolwiek indziej, gdzie któryś ze sklepów zgłosił zapotrzebowanie. Zdejmował pudełka, nalepiał z przodu etykietę i układał na palecie do wysyłki.

Podobnie jak w Amazonie, wszystko to trzeba było robić w ogromnym, zimnym magazynie, który w przypadku B&M był tak duży, że jego teren obejmował dwa różne kody pocztowe.

- To dawne hangary lotnicze, jakieś pięć do dziesięciu minut piechotą stąd. W czasie drugiej wojny światowej produkowali tam bombowce Wellington. To naprawdę potężny magazyn.

Ostatecznie Steven wypracował sobie ścieżkę kariery aż do upragnionego stanowiska menedżera. W ten sposób mógł, jak mówił, "zobaczyć obie strony medalu", bo w końcu został członkiem zespołu kierowniczego.

Na początku Steven chodził po magazynie z listą zamówionych towarów, które miały być wysłane do Manchesteru, Lincoln czy gdziekolwiek indziej, gdzie któryś ze sklepów zgłosił zapotrzebowanie (fot. Shutterstock)

Hierarchia zatrudnienia w B&M przypominała tę w Amazonie: żółte kamizelki dla najniższego szczebla, na którym zajmowano się kompletowaniem towarów i przeciąganiem wózków paletowych, pomarańczowe - dla kadry kierowniczej.

- To była mentalność typu my i oni. Nawet jak sam zostałem menedżerem, cały czas bałem się o pracę i o to, czy firma nie będzie chciała przenieść mnie na przykład do Liverpoolu. W dziale kadr, w skrzynce z przychodzącą korespondencją, miałem cały stos podań o pracę, a oni mówili: "No dobra, to jedziemy z tą zbieraniną". Nieraz słyszałem w biurze takie teksty: "Weź tam następnych dwudziestu". I to mówili sami szefowie. Po prostu na okrągło brali nowych pracowników, na okrągło.

Odległości do przejścia podczas przeciętnej zmiany były porównywalne z tymi, które pokonywałem w Amazonie.

- Któregoś dnia rozmawialiśmy o tym, ile kilometrów dziennie możemy przechodzić. Był z nami pewien żołnierz, co mówił, że robili w wojsku różne ekstremalne treningi i że to było coś podobnego jak tutaj. Wszyscy pracownicy to potwierdzają. Kończyłeś pracę o drugiej i przed trzecią po południu byłeś w domu, siadałeś na kanapie i z miejsca zasypiałeś na dwie godziny, tak byłeś wykończony.

Według tego, co mówił Steven, w 2010 roku, sześć lat po wstąpieniu do Unii Europejskiej dziesięciu nowych państw członkowskich, co miało miejsce 1 maja 2004 roku, do Blackpool, w poszukiwaniu pracy, przyjechało wielu Polaków, Łotyszy i Litwinów.

- Przychodzę do B&M, a tam nagle od groma imigrantów. Oczywiście tak było w całym kraju. To był potężny szok kulturowy, to ich wejście i praca z tymi ludźmi.

Steven mówił, że powstało bardzo duże napięcie pomiędzy imigrantami a pracownikami z Anglii, którzy stanowili większość siły roboczej.

- Polacy i Anglicy pogardzali sobą nawzajem. Siadali zawsze przy osobnych stołach. Przypuszczam, że gdybyśmy wyjechali do Polski, to pewnie robilibyśmy tak samo: każdy trzymałby się swoich. Było paru gości z Polski, z którymi próbowałem rozmawiać; pytam ich: "Słuchajcie, skąd ta wrogość między Anglikami i Polakami?". Jedyne, co zawsze od nich słyszałem, to historia o tym, że Anglia nie uznała zasług Polski w czasie drugiej wojny światowej w bitwie o Anglię. I to był jedyny powód, jaki kiedykolwiek podawali. To znaczy, naprawdę chłopaki, dalibyście już sobie spokój. Ci z Europy Wschodniej naprawdę nas nienawidzili. I zawsze grali na barierze językowej: "Nie, nic nie rozumiem".

*Fragmenty książki "Zatyrani" Jamesa Bloodwortha, tłumaczenie: Piotr Maurycy Załuski Ebook - do 19.01 w promocyjnej cenie - jest dostępny TUTAJ>>>

James Bloodworth, autor książki 'Zatyrani' (fot. Materiały prasowe)