Społeczeństwo
Nie ma chętnych do pracy w zawodzie pielęgniarki czy położnej (fot. Agnieszka Wocal / Agencja Wyborcza.pl)
Nie ma chętnych do pracy w zawodzie pielęgniarki czy położnej (fot. Agnieszka Wocal / Agencja Wyborcza.pl)

Decydujące mają być najbliższe dwa tygodnie. Pielęgniarki i położne zapowiadają strajk generalny i wejście w spór zbiorowy z pracodawcami, jeśli ich warunki pracy się nie polepszą, a pensje nie wzrosną.

Warunki są złe, bo personelu w szpitalach brakuje, a jednocześnie Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych, powołując się na dane GUS, informuje, że 30 tys. pielęgniarek i położnych w wieku przedemerytalnym nigdzie nie pracuje.

W dodatku według najnowszych wyliczeń Rady aż 70 proc. osób, którym nadano w tym roku prawo wykonywania zawodu, zostało zatrudnionych poza systemem ochrony zdrowia. - Jedynie niecałe 30 proc. tegorocznych absolwentów podjęło pracę w szpitalach, co oznacza, że ponad 4 tys. wykształconych medyków szuka jej poza placówkami medycznymi - alarmuje NRPIP.

Dlaczego do pracy w szpitalu w zawodzie pielęgniarki czy położnej nie ma chętnych?

Katarzyna Tymińska (fot. arch. prywatne)

Katarzyna Tymińska, pielęgniarka z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach:

- Żartuję, że urodziłam się w Dniu Pielęgniarki, więc nie mogłam wybrać innego zawodu. A poważnie to wyglądało to tak, że w mojej rodzinie zajmowaliśmy się sparaliżowaną prababcią, uczestniczyłam w pielęgnacji i karmieniu. Mój ojciec też sporo chorował. Czułam się potrzebna, z chęcią pomagałam.

Moja praca od zawsze jest związana z dziećmi, przez parę lat pracowałam też w dziecięcym hospicjum. To było ogromne obciążenie. Teraz jestem pielęgniarką na kardiochirurgii dziecięcej. Świeżo upieczeni absolwenci rzadko wybierają ten oddział, a jak już przyjdą, to szybko rezygnują. Bo mali pacjenci są szczególnie wymagający, a my oprócz dziecka mamy jeszcze rodzica: dziecko potrzebuje opieki, a dorosły wsparcia. Choć ja sobie nie wyobrażam, żeby rodzica czy babci przy chorym maluchu nie było. To dla nas ogromna pomoc.

Rodzic jest pewnego rodzaju przypominajką. Jak na dyżurze jesteśmy we dwie i coś się dzieje na sali OIOM-owej, to priorytetem jest ratowanie życia. Dobrze więc, jak rodzic przypomni, że dziecku przebywającemu na sali nieintensywnego nadzoru trzeba podać leki. A dlaczego jesteśmy we dwie? Bo chętnych do pracy brakuje. U nas w szpitalu ogłoszenie wisi od paru miesięcy. Nikt się nie zgłasza. Nic dziwnego, bo dziewczyny, które przychodzą na praktyki, widzą naszą ciężką pracę. Patrzą, jak biegamy przez cały dyżur, jak nie mamy dla nich czasu, a one na początku potrzebują, by przekazać im wiedzę. Nie mają złudzeń: jak podejmą pracę, będą musiały tak biegać jak my. Mam zegarek z krokomierzem - na średnio ciężkim dyżurze robię ponad 11 tys. kroków, czyli około siedmiu kilometrów.

Ktoś, kto zaczyna pracę, widzi, że tu nic nie trzyma się planu. Wizyta, która miała się odbyć o 9, jest o 12. Jest nerwowo, także dlatego, że i lekarzy pediatrów jest za mało. Załóżmy, że u dziecka następuje po operacji nagłe zatrzymanie akcji serca. I planowy zabieg u innego dziecka nie może się odbyć. Operować mieli ci sami lekarze, którzy reanimują, a my im pomagamy. Wszystko się przesuwa. Toalety pozostałych pacjentów czy podanie im leków. Pacjent, którego przygotowałyśmy do operacji, będzie ją miał drugiego dnia. A my musimy go przygotować na nowo.

Ogłoszenie pod Szpitalem Uniwersyteckim w Krakowie (fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)

Pielęgniarka na pełnym etacie ma miesięcznie 13-14 dyżurów. Teraz sporo osób wypada z grafika, bo choruje. W wielu miejscach są duże braki kadrowe. Trzeba więc brać dodatkowe dyżury, czasem nawet cztery w miesiącu. Złośliwi mówią, że pielęgniarki zaczynają pracę od kawy. Owszem, parzymy kawę po przyjściu do pracy, ale potem ją dopijamy, zimną, do 16-17. Robimy też dzbanek herbaty czy wody z cytryną, żeby mieć co pić przez cały dzień. Czasem uda mi się coś przegryźć na szybko, ale najadam się dopiero w domu. Nieregularne posiłki są wpisane w pracę pielęgniarki. Na pewno nie żyjemy zdrowo.

Z planowaniem prywatnych spraw też jest ciężko. W każdej chwili może zadzwonić oddziałowa i powiedzieć: "Jutro przyjdź na dyżur za koleżankę". Przez braki kadrowe oddziałowa często staje przed faktem, że nie ma osoby na dyżur nocny albo na następny dzień. Jak ktoś ma gorączkę, to wiadomo, że odpada.

Oddziałowa siada więc nad grafikiem i zaczyna się szukanie. U mnie na oddziale zawsze staramy się dogadać, ale niektóre koleżanki skarżą się, że zdesperowana oddziałowa mówi: "Masz przyjść na ten dyżur, to jest polecenie służbowe".

Czy pielęgniarki w ramach protestu mogłyby odejść od łóżek pacjentów? W naszym szpitalu nigdy to się jeszcze nie zdarzyło i nie wyobrażam sobie, żeby się zdarzyło. Brałam udział w rozmowach podczas dwóch sporów zbiorowych. Nigdy nie doszło do strajku. Zawsze po mediacjach dochodziło do porozumienia z dyrektorem szpitala.

Ja uważam, że wykształcona pielęgniarka ze specjalizacją powinna zarabiać minimum połowę tego, co lekarz, może około 6 tys. zł brutto. Oczywiście każda pielęgniarka ma inny pogląd na sprawę zarobków. Ale gdy młodej dziewczynie oferuje się na dzień dobry 3,9 tys. brutto, czyli niewiele ponad 2 tys. zł netto, to raczej nie jest to zachęcająca pensja. A pielęgniarki z dużym stażem dostają zaledwie kilkaset złotych więcej podstawy, góra tysiąc.

Zasmuca mnie brak szacunku dla pracy pielęgniarek. W szpitalu jesteśmy traktowane jak gorsze, menedżerowie dziwią się, że mamy wyższe wykształcenie i specjalizacje. Na to nakłada się stereotypowy stosunek do kobiet. To także odstrasza młodych.

Bardzo chciałabym, żeby więcej absolwentów podejmowało pracę w zawodzie. Ale nie zazdroszczę im, że muszą zaczynać teraz, i rozumiem, że nie chcą. Jeszcze parę lat temu byłoby im łatwiej. Dziś ta praca to istne wariactwo.

Dorota Ronek (fot. arch. prywatne)

Dorota Ronek, pielęgniarka w Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 4 w Lublinie:

- Zaczęłam pracę we wrześniu 1990 roku, zaraz po tym, jak skończyłam liceum medyczne. Potem uzupełniłam wykształcenie o studia magisterskie i specjalizację z pielęgniarstwa kardiologicznego. 

Do połowy października pracowałam na oddziale kardiologii. Jednak w związku z pandemią oddelegowano mnie na oddział pulmonologii. Część mojego oddziału, na którym opiekowałam się osobami po zabiegach kardiologii interwencyjnej i elektrokardiologii, zamknięto. W tym miejscu jest teraz utworzony oddział izolacyjny.

Właśnie rozmawiamy z dyrekcją szpitala o dodatkach COVID dla wszystkich pielęgniarek i położnych, które mają kontakt z zakażonymi pacjentami i podejrzanymi o zakażenie. To pieniądze z NFZ, a właściwie z budżetu państwa, więc nie rozumiem, dlaczego szpital nie wnioskuje o nie dla całego personelu pielęgniarek i położnych. 

Czuję się bardzo niedoceniana i pokrzywdzona - w sumie za połowę października i listopad powinnam dostać ok. 6,5 tys. zł dodatku netto. Ja, z wyższym wykształceniem, specjalizacją i 30-letnim stażem, zarabiam 4,9 tys. zł brutto. Dostaję też dodatki za dyżury w niedziele i święta. Wysokość wynagrodzenia to wynik tego, że w 2015 roku w ramach sporu zbiorowego w naszym szpitalu udało nam się wywalczyć podwyżki.

Miewam momenty zwątpienia. Głównie dlatego, że pracując w szpitalu klinicznym, oczekuję możliwości większego rozwoju zawodowego, a natłok pracy powoduje, że to jest niemożliwe. Nie wdrożono u nas porady pielęgniarskiej, nie ma też póki co mowy o nowoczesnych rozwiązaniach medycznych, których jako szpital kliniczny powinniśmy być prekursorem. W międzyczasie skończyłam prawo i administrację, bo poważnie rozważałam zmianę zawodu. Ale wtedy w wyniku działań OZZPIP [Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych - przyp. red.] podniesiono nam pensję, więc zostałam w szpitalu.

Pielęgniarki na rozmowach w Warszawie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Pacjenci wciąż traktują nas gorzej niż lekarzy. A przecież mamy ogromną wiedzę medyczną - lekarz zaleca lek i sposób jego podania, a my musimy być bardzo czujne: czy aby na pewno możemy temu pacjentowi podać ten lek, czy np. nie wchodzi on w niebezpieczną interakcję z innymi lekami, wiedzieć, w jakim rozcieńczeniu i jak szybko go podać, czy nie przeszkadza on w planowanym zabiegu itd. Jesteśmy w tej sytuacji ostatnim ogniwem, które może wyłapać ewentualny błąd. Dlatego tak ważne w naszej pracy są skupienie i spokój. Nigdy tak naprawdę ich nie było, a teraz sytuacja sięgnęła zenitu.

Młodzi, którzy pełni energii zaczynają pracę w zawodzie, szybko są sprowadzani na ziemię. Zderzają się ze stereotypami i zasadami niezmiennymi od 30 lat. Nawet jak chcą pracować nowocześniej, np. korzystać z elektronicznej dokumentacji, nie jest to mile widziane. W mojej grupie zawodowej trudno wprowadza się zmiany.

W szpitalu powiatowym pielęgniarka na starcie dostaje minimalną pensję ok. 3 tys. zł brutto, nie ma dodatku stażowego i często pracuje w początkowym okresie na jedną zmianę, czyli nie może dorobić sobie na dyżurach. Nic dziwnego, że wielu młodych woli zatrudnić się gdzie indziej. Ja doskonale to rozumiem. 

Młodzi nie mają też mentorów, nikt ich do zawodu nie wprowadza. Od razu rzuca się ich na głęboką wodę, wpadają w chaos służby zdrowia i on ich przeraża. Wielu ucieka, bo nie radzą sobie z nadmiarem obowiązków i wolą spokojniejszą pracę lub za lepsze pieniądze poza Polską.  

Protest pielęgniarek w Olsztynie (fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta)

Ja też nie przeszłam żadnego szkolenia, kiedy zaczęła się pandemia. Po prostu przyszłam na dyżur i od razu dostałam pod opiekę pacjentów z COVID-19. Chaos informacyjny oraz brak wytycznych GIS i innych przełożył się na chaos w szpitalu. Dyżury są 12-godzinne i zarówno ja, jak i moje koleżanki, zaczynając pracę, już jesteśmy zmęczone. Bo przerwa między dyżurami jest zbyt krótka, by się zregenerować. Czasem są to 24 godziny, a czasem zaledwie 12. Zresztą wiele lat pracy w nocy sprawiło, że ja już nie potrafię normalnie spać. Sporo pielęgniarek cierpi na bezsenność. 

Czy mam kiedy pójść do toalety? Nie potrzebuję tego, bo na dyżurze piję bardzo mało albo wcale. Moja półgodzinna przerwa co parę minut jest przerywana chociażby nagłą reanimacją czy dzwonkiem od pacjenta. Pracuję praktycznie non stop i jestem tak wyczerpana, że nawet nie mam siły, żeby zjeść większy posiłek.

Taki tryb życia powoduje, że większość pielęgniarek po kilkunastu latach pracy cierpi na przewlekłe choroby, np. cukrzycę, dolegliwości układu kostno-stawowego czy krążenia. 

Ostatnio podczas badań okresowych okazało się, że pielęgniarki ze szpitali w naszym województwie przeszły bezobjawowo COVID, mają zmiany w płucach i wysoki poziom przeciwciał. Pracodawcy nie robią badań przesiewowych w kierunku przechorowania COVID bezobjawowo, a konsekwencje tego są bardzo duże. Te z nas, które COVID przechorowały, miały objawy i były na L-4, wracają do pracy w dużo gorszej kondycji, o wiele szybciej się męczą. Już wiemy, że dochodzi do powtórnych zachorowań na COVID.

Właśnie zmarła kolejna pielęgniarka z naszego województwa. Ja też boję się zakażenia, ale nie ze względu na siebie, tylko z troski o bliskich. Mam rodziców w podeszłym wieku i teściową po operacji onkologicznej. Boję się o dzieci i męża, nie chcę przynieść wirusa do domu. To, że pielęgniarki zakażają bliskich, jest już powszechne.

Tomasz Kołodziejczyk (fot. arch. prywatne)

Tomasz Kołodziejczyk, położny na Oddziale Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka Szpitala Klinicznego SPSK 4 w Lublinie:

- Pracuję od 11 lat. Jestem magistrem położnictwa, zrobiłem też dwuletnią specjalizację z pielęgniarstwa neonatologicznego.

Boli mnie niesprawiedliwość, bo my, położni i położne, podczas dyskusji o warunkach pracy medyków jesteśmy pomijani. Tak, jakby w pandemii nie rodziły się dzieci, także chore, a kobiety nie potrzebowały pomocy. Jakby oddziały intensywnej terapii noworodka, ginekologii, patologii ciąży zostały zamknięte. Jakby nie pracowały położne środowiskowe, które odwiedzają swoje podopieczne w ich domach. A przecież my pobieramy wymazy na COVID, pracujemy z pacjentami dodatnimi - kobiety w ciąży oraz noworodki również bywają dodatnie.

W Polsce jest ok. 23 tys. położnych, w tym kilkudziesięciu mężczyzn, a jakby nas nie było. Minister Adam Niedzielski nie wspomina o nas na żadnej konferencji. Chciałbym więc zaapelować: Panie ministrze, jesteśmy i ciężko pracujemy!

Nasz oddział w czasie pandemii funkcjonuje normalnie. W pionie ginekologiczno-położniczym było ognisko koronawirusa, wtedy były okrojone obsady, a pacjentek nie ubywało - sam byłem zakażony i przez trzy tygodnie przechodziłem COVID w izolacji w domu. Zresztą moja żona i trzyletni syn też się zakazili. Kilka moich koleżanek z oddziału, które również były zakażone, już wyzdrowiało i wróciło do pracy. Ja do pracy wróciłem niespełna dwa tygodnie temu. Teraz moją wydolność oceniam na około 80 proc. A praca na oddziale noworodkowym trwa niezmiennie 24 godziny na dobę. To przyjęcie noworodka na oddział, obserwacja stanu ogólnego, monitorowanie parametrów życiowych, podawanie leków, wykonywanie zleceń lekarskich, asystowanie przy badaniach diagnostycznych, pobieranie badań laboratoryjnych, wypełnianie stosów dokumentacji, pielęgnacja maluchów i wiele innych.

Mali pacjenci na oddziale położniczym (fot. Anna Biała / Agencja Gazeta)

U nas na oddziale z obsadą nie jest źle - co nie znaczy, że nie mogłoby być lepiej - zwykle na dyżurze są cztery osoby, nie wliczając kierownictwa. Ale są szpitale, gdzie dyżuruje jedna pielęgniarka na 40 pacjentów. Zakażenia oraz kwarantanny mocno zredukowały liczbę aktywnego personelu, co przełożyło się na braki na wszystkich oddziałach. Wiele naszych koleżanek zapłaciło najwyższą cenę za pracę podczas pandemii.

Miesięcznie mam około 14-15 dyżurów, przy czym na moim oddziale praca w nocy jest równie intensywna jak w dzień. A ktoś, kto nigdy nie pracował w nocy, nie zrozumie, na czym polega ta wątpliwa przyjemność. Nawet moja żona, która jest bardzo dobrą osobą, nie potrafi sobie tego wyobrazić. Na szczęście gdy wracam z nocnego dyżuru, mogę się położyć na dwie, trzy godziny. Mamy przecież dwójkę małych dzieci, dlatego nie pozwalam sobie na dłuższe drzemki. Taki sen nie ma jednak nic wspólnego z regeneracją, nie można też tego nazwać odespaniem. Czuję się jak zombi, który na chwilę się zdrzemnął.

Nocą jest tyle samo procedur i czynności, taka sama intensywność. Dorosły pacjent pójdzie spać, a noworodka trzeba mieć stale na oku. Powiem tak: nie znam położnej, która wykorzystałaby na dyżurze ustawową półgodzinną przerwę. My nie wychodzimy na lunche - udaje nam się czasem wyrwać z dyżuru jakieś minuty, żeby np. pójść do szpitalnego sklepu po coś do jedzenia. Zazwyczaj na zakupy idzie jedna osoba, która zbiera zamówienia z całego oddziału. Zwykle podczas przerwy siadam z kanapką, którą popijam zaparzoną cztery godziny wcześniej herbatą. Jedną ręką jem, a drugą wypełniam dokumentację medyczną, której w tej pracy jest naprawdę sporo. A wczoraj, gdy o 19 kończyłem dyżur, zgadałem się z koleżanką, że przez całe 12 godzin żadne z nas ani razu nie było w toalecie. Co zdrowe nie jest, bo bardzo obciąża nerki.

Pensje położnych? Są różne, zależnie od wykształcenia i kondycji finansowej szpitala, w którym się pracuje. Miała to uporządkować ustawa, ale tak się nie stało. Zwykle osoba, która dopiero zaczyna, dostaje między 2,5 a 3,5 tys. zł netto? z dodatkami. Położne z magistrem, specjalizacją oraz kilkuletnim doświadczeniem dostają około 500 do 1000 zł więcej, wliczając dodatki.

W tym roku już parę razy zastanawiałem się, czy nie odejść z zawodu. Takie myśli napędzają we mnie ostatnie działania rządu i ministra zdrowia. Coś we mnie pęka. To mnie zasmuca, bo od studiów chciałem pracować właśnie na neonatologii. Radość pracy psuje mi jednak minister, który dzieli medyków na lepszych i gorszych. W tym momencie to naprawdę niepotrzebne.

Przychodzę jednak do pracy, patrzę na noworodki i zniechęcenie od razu mi przechodzi. Potem czytam kolejny komunikat ministra i znowu dopadają mnie wątpliwości. Taka huśtawka. Brakuje mi równowagi psychicznej i komfortu pracy.

Dlaczego tak wielu absolwentów nie podejmuje pracy w służbie zdrowia? Znam takich, którzy poszli na studia medyczne z zamiarem zatrudnienia się po nich w firmie farmaceutycznej. Tam zarabia się o wiele więcej niż w szpitalu. Niektórzy zrozumieli, że to ostatni dzwonek, żeby wyjechać na Wyspy. W Wielkiej Brytanii ratownicy medyczni z Polski nie mają kłopotów z zatrudnieniem, a w Niemczech z otwartymi ramionami przyjmują polskie pielęgniarki i położne. Jesteśmy empatyczni, wszechstronni, mamy świetne wykształcenie i dobre specjalizacje. W Polsce się tego nie docenia.

Średnia wieku polskich pielęgniarek to 50 plus. Za rok, dwa tysiące nabędą prawa emerytalne. Tych braków nie da się nadrobić.

Protest służby zdrowia w Katowicach, maj 1993 (fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta)

Angelika Swoboda . Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.