Małgorzata: Kiedyś napisałam na fejsbuku obszerny tekst o tym, że chcę mieć męża. Zrobiłam to, bo rozpoznałam w sobie potrzebę, tłumioną długo na rozmaite sposoby. Przede wszystkim przez lata wmawiałam sobie, że powinnam być wyluzowaną partnerką. Byłam taka wyluzowana (not), że godziłam się na bycie z mężczyznami, którzy nie byli gotowi. Takiego zwrotu użyłam w tym poście i takiego używam w rozmowach, ponieważ to jest ta zasłona, tarcza dymna, niedojrzałych emocjonalnie osób, które zawracają głowę drugiej stronie, żeby poprawić sobie samoocenę, a kiedy okazuje się, że ta druga strona myśli o związku, to nagle komunikują: "Nie jestem gotowy(-wa)". Albo po roku wspólnego mieszkania stwierdzają: "Przecież wiesz, że ja nie szukam stałej relacji". I zaczynamy myśleć: "Ojej, w sumie może on ma rację, może ja też nie szukam stałej relacji. A w ogóle to rzeczywiście powinnam dać mu więcej przestrzeni". Więcej przestrzeni komuś, z kim spotykam się od ponad roku i widuję się raz na tydzień.*
Piszę o tym ze złością. Nie wiem, ile w tym złości na moich byłych, a ile na mnie samą, bo na to przystawałam. Kiedy byłam młodsza, łatwiej zgadzałam się na tę niegotowość i kiedy sobie teraz przypomnę siebie dwudziestokilkuletnią leżącą w łóżku z partnerem, rok po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, słyszącą, jak mówi: "Wiesz, w sumie ja cały czas, kiedy myślę >moja dziewczyna, to nie myślę o tobie, tylko o Anicie", to, ku**a, nie mogę uwierzyć, że to usłyszałam. Na szczęście byłam na tyle normalna, że poważnie mnie to zdenerwowało. Niemniej dopiero w okolicach trzydziestego trzeciego roku życia nauczyłam się sama przed sobą przyznać i powiedzieć na głos: "CHCĘ MIEĆ MĘŻA". To oczywiście pewnego rodzaju skrót myślowy. Oznacza: "Chcę mieć partnera, który stwierdza: jesteś moją ulubioną osobą na całym świecie, dobrze mi się z tobą żyje i w związku z tym podejmuję wyzwanie i chcę wziąć z tobą ślub, ponieważ dzięki temu wszyscy będą wiedzieli, że jesteś moją ulubioną osobą na świecie".
Olga: Ja męża faktycznie miałam i przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem. Było to przedsięwzięcie jednocześnie udane i nieudane, ale myślę, że do pewnego momentu obu stronom nie brakowało dobrej woli, żeby coś z siebie dać. Była to też relacja dynamiczna. Najpierw to on "chciał mieć męża" (potraktujmy to jako skrót myślowy oznaczający "bycie z kimś na serio"), a ja wzięłam to za dobrą monetę. Później sama tego chciałam, po czym on zaczął marudzić i mówić: "Nie wiem właściwie, czy chcę z kimś być". Używał właśnie tej retoryki niegotowości, co mnie zniechęciło, po czym znów nastąpiła zmiana i szpak dziobał bociana, ale koniec końców zaczęło nam, na pewien czas, zależeć podobnie, co zawiodło nas do urzędu stanu cywilnego. Dalsze dzieje to inna historia, niestety smutna, ale chcę powiedzieć, że mimo tego niepowodzenia (nie była to porażka, zaznaczam z całym zdecydowaniem, lecz doświadczenie, które się udawało, aż się przestało udawać) podtrzymuję swoje stanowisko, że warto być z kimś na serio. Jeśli jesteś z Małgosią, a nadal myślisz o Anicie, zastanów się nad swoim życiem, udaj się w odosobnienie, wyczyść pamięć podręczną z nieaktualnych danych.
M: Kiedy już dotarło do mnie, że przecież wcale nie muszę spędzać czasu z mężczyznami niegotowymi, to narysowałam obrazek - fokę mówiącą: "Jeśli nie jesteś gotowy, to nie zawracaj mi dupy". Niemniej, jak to zazwyczaj bywa, łatwiej narysować, niż zrobić. Gdy różnym osobom mówiłam, że chcę mieć męża, słyszałam zazwyczaj: "I co, myślisz, że to gwarantuje poczucie bezpieczeństwa?". No nie, jestem świadoma, że nasza, eeee, wspólna droga może się rozjechać. A rozjeżdża się zazwyczaj wtedy, gdy się okazuje, że spółdzielnia nie działa. Jedna osoba ma niespełnione potrzeby, a druga stwierdza: "Ależ przecież ci mówiłam, że jestem impulsywna. WIDZIAŁY GAŁY, CO BRAŁY". To jest moim zdaniem zamach na bycie mężem, ale może do niego dojść choćby dlatego, że cały czas się zmieniamy. To trochę jak z prowadzeniem samochodu: nawet jeśli droga jest prosta, musimy stale wykonywać mikromanewry kierownicą. Weryfikować trajektorię. W związku jest to trudne o tyle, że muszą to robić dwie osoby, i kiedy jedna nagle wciska hamulec, to - trzymając się tej wyrafinowanej przenośni - samochód staje.
O: Bo można zostać mężem, będąc niegotowym. Ale gwoli sprawiedliwości muszę się przyznać, że też mam coś na sumieniu. Też weszłam kiedyś w pewną znajomość, nie będąc zdecydowaną, tylko starając się przemówić sobie do rozumu, że przecież można kogoś polubić z czasem i się przyzwyczaić. Jest mi z tego powodu wstyd, bo można w ten sposób zrobić komuś krzywdę. Wiem, że to wynikało z braku poczucia decyzyjności, niewiary w to, że się ma wybór ("jak możesz odmówić, kiedy ktoś cię tak prosi"), ale w rezultacie po prostu niepotrzebnie zawraca się dupę foce. Muszę za to przeprosić. Różni ludzie, z którymi rozmawiałam, mieli podobne doświadczenia - paraliżowała ich myśl, że mieliby odmówić, uważali, że tak nie wypada i że nic od nich nie zależy, tylko na kogo wypadło, na tego bęc. Apeluję zatem, jako osoba, która zgrzeszyła: nie zawracajcie dupy foce!
M: Nie zawsze chciałam mieć męża. Najpierw jako nastolatka mówiłam, że na pewno i nigdy. To był taki wyraz buntu - należę do pierwszego pokolenia, które mogło nie brać ślubu. Do pokolenia, w którym było to obyczajowo dopuszczalne, a nawet dobrze widziane, bo takie ekscentryczne: prawdziwa wolność, jesteśmy ze sobą z miłości, żadnych tam urzędowych ceremonii. Kiedy pierwsza z moich bliskich koleżanek brała ślub, myślałam: eee, to nie dla mnie. Jakoś od razu widziałam ślub kościelny, suknię, kwiaty i czasopisma z welonami na okładce. I meble Vox w kolorze jesion i w ogóle mieszczaństwo w miksie z zielonoświątkowcami. Ślub to nuda, małżeństwa są dla starych ludzi. Zmieniło się to w połowie lat dwutysięcznych, a więc w początkach hipsterstwa. Poznałam pewną parę dwudziestolatków - ona rysowała komiksy, on tatuował. Byli po ślubie. Wtedy mi zaświtało: a, OK, czyli można być żoną i mężem i w dalszym ciągu być spoko. Olśniło mnie, że w życiu wszystko można robić po swojemu. Nie muszę mieć mieszkania po remoncie, z nowymi meblami, mogę sobie gromadzić stary papier, pracować w piżamie i do takich fundamentalnych rzeczy jak małżeństwo bądź wychowywanie dziecka podchodzić po swojemu. Zrozumiałam, że te wszystkie stereotypy i wyobrażenia, którymi się karmisz, nie oznaczają, że trzeba się wpasować w jakiś schemat. I kiedy wyjdę za mąż, nie muszę gotować obiadów w garsonce.
O: Podjęta świadomie decyzja, żeby zrobić coś, co uchodzi za "zachowawcze" albo zalatuje opresją - jak ślub lub skupienie się w pełni na wychowaniu dziecka - może być wywrotowa. Zwłaszcza kiedy nie ma już społecznych nacisków. Nie sądzę, żeby starsi namawiali młodych do zawierania ślubów, również w demonizowanych małych miastach (a w małym mieście mieszkałam przez wiele lat). Ja jestem trochę anarchistka (in the streets and in the sheets), bardzo lubię to graffiti z Poznania: "Wymawiamy służbę w pracy i w domu". Ale jeśli się robi coś w pełni świadomie, z własnej woli i potrzeby, to moim zdaniem jest to wolne od całego tego smrodu władzy i poddaństwa. Szanuję potrzebę specjalnych przeżyć. Bardzo lubię obchodzić urodziny, lubię wręczać prezenty, lubię dostawać kwiatki z okazji i rozumiem, że dla kogoś ślub może być najfajniejszym przeżyciem, takim, kiedy nie trzeba się ograniczać, tylko można się wystroić i mieć bal. Nie będę szkalować osób, które chcą mieć wielkie święto. Ja nie mam potrzeby wystawności, ale potrzebę zrobienia czegoś specjalnego już miewam. Nie wiem, czy mnie się będzie chciało kiedyś jeszcze raz przez to przechodzić, pewnie przemknie mi przez myśl: "Po co te ceregiele, skoro potem trzeba będzie się rozwodzić". Ale może wcale nie. Może uznam, że chciałabym mieć potwierdzenie na papierze, że to jest moja ulubiona osoba i nie chcę tego zmieniać. Ale kiedy staram się zrozumieć obawę przed ślubem albo programową niechęć (nie mylić z brakiem potrzeby!), zastanawiam się, czy nie chodzi o to, że ślub z automatu budzi określone skojarzenia. Presja rodziny, wielkie przedsięwzięcie, ogromne wydatki, hołdowanie tradycji, z którą się ma więzi luźne albo żadne, bo przecież tradycyjny ślub to ten kościelny. Nawet dzisiaj czasami można usłyszeć pytanie: "Tylko cywilny?".
*Fragmenty "Książki o miłości" Małgorzaty Halber i Olgi Drendy