Społeczeństwo
Pod wieloma względami był modelowym pacjentem (fot. Shutterstock)
Pod wieloma względami był modelowym pacjentem (fot. Shutterstock)

Patrick był fanatykiem ćwiczeń fizycznych i uwielbiał sport. Niewiele wcześniej się ożenił, robił karierę jako dziennikarz, ale jego życie legło w gruzach, kiedy spadł z roweru uderzony przez furgonetkę pędzącą z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Wysunięto przypuszczenie, że Patrick zamierzał skręcić w prawo, a kierowca ciężarówki nie zauważył jego sygnału albo zaryzykował manewr wyprzedzenia. W rezultacie Patrick przekoziołkował do tyłu przez maskę pojazdu i uderzył w szybę. Nieprzytomny został szybko przewieziony do szpitala, gdzie trafi ł na oddział intensywnej opieki medycznej. Tomografia pokazała rozległe stłuczenia mózgu, mężczyzna miał ponadto złamaną prawą rękę. Ludzie mówili, że mimo obrażeń miał szczęście, że przeżył wypadek.*

Przytomność odzyskał po mniej więcej tygodniu. Nie pamiętał wypadku. Chociaż mógł mówić i poruszać kończynami, miał osłabioną lewą stronę ciała i mieszały mu się myśli - nie pamiętał, jaki jest dzień tygodnia, gdzie się znajduje ani jak tam trafił. Po mniej więcej miesiącu zaczął uczestniczyć w zajęciach rehabilitacyjnych. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że szybko wraca do siebie.

Pod wieloma względami był modelowym pacjentem: trzydziestodwulatka charakteryzował dobry stan fizyczny, był wysportowanym, inteligentnym i, jak mówiono, naprawdę miłym facetem. Nie szukał wrażeń, nie pił alkoholu, nie zażywał narkotyków, nigdy wcześniej nie leczył się psychiatrycznie.

Wkładał dużo wysiłku w ćwiczenia i współpracował z fizjoterapeutami. Ale nie wszystko szło jak po maśle. Czasami zawodziła go pamięć i wielokrotnie pytał o to, gdzie się znajduje. Miał trudność z realizowaniem skomplikowanych poleceń (zrób to, a kiedy skończysz, zrób coś innego). Gubił się, irytował i wpadał w ponury nastrój. Po upływie kilku miesięcy niemal całkowicie odzyskał dawną sprawność fizyczną: mógł chodzić, biegać, a nawet jeździć na rowerze.

Nadal szwankowała za to jego psychika. Czasami sprawiał wrażenie skonsternowanego. Potrafił określić godzinę i datę, powiedzieć, gdzie się znajduje, podać nazwę oddziału szpitalnego, swoje imię i nazwisko oraz imiona i nazwiska terapeutów, ale od czasu do czasu spoglądał na nich ze zdumieniem i pytał: "Czy to się dzieje naprawdę? To się nie wydaje realne". Oni starali się go uspokajać. Dochodził przecież do siebie po poważnym wypadku samochodowym. O mały włos nie zginął. Z tego nie da się łatwo otrząsnąć. Na miejscu Patricka chyba każdy zadawałby sobie pytania o rzeczywistość czy nawet sens życia, prawda?

Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że szybko wraca do siebie (fot. Shutterstock)

Po jakimś czasie czuł się na tyle dobrze, że wypuszczono go do domu. Na rehabilitację przychodził dwa razy w tygodniu. Jego żona Vicky ogromnie go wspierała. Wszyscy uważali ich za wspaniałą parę. Kobieta pracowała w telewizji. Była osobą o radosnym usposobieniu i choć starała się za wszelką cenę okazywać optymizm, żyła w coraz większym napięciu. Patrick się zmienił. Był ponury, stracił motywację i zdarzało mu się niespodziewanie tracić panowanie nad sobą. Mało jadł, niewiele spał, do tego przestał o siebie dbać: mył się nieregularnie i nie interesował się ani swoim wyglądem, ani ich nowym domem. Vicky próbowała zapewnić mu swobodę, przestali sypiać razem w łóżku. Od pracowników szpitala usłyszeli, że są to normalne zachowania po tak poważnym urazie głowy. Ale kryło się za tym coś jeszcze i Vicky postanowiła rozwikłać tę zagadkę.

Pewnego dnia odszukała zdjęcia z wesela i przyniosła je do centrum rehabilitacyjnego. Chciała pokazać wszystkim, że człowiek, z którym stykają się na co dzień, nie jest prawdziwym Patrickiem. Fotografie nie mogły kłamać: Patrick był na nich przystojnym, aktywnym, atrakcyjnym mężczyzną, a sądząc po minach otaczających go osób, również dowcipnym i zajmującym. Właśnie w kimś takim się zakochała. Pracownicy szpitala oglądali zdjęcia i wyrażali głośno zachwyty - czyż państwo młodzi nie wyglądają pięknie? Wszystko będzie dobrze. Bądźcie tylko cierpliwi. Rehabilitacja wymaga czasu.

Fotografie nie poprawiły humoru Patrickowi, wydawało się wręcz, że wpędziły go w jeszcze większą rozpacz. Tamtego wieczoru wrócił do tematu. Dlaczego przyniosła te głupie zdjęcia do centrum rehabilitacyjnego? Co próbowała w ten sposób udowodnić? Potem padły szokujące słowa: "Nie jesteś przecież nawet moją prawdziwą żoną. Nie jesteś prawdziwą Victorią". Wreszcie to z siebie wyrzucił. Od czasu wypadku nie opuszczało go poczucie, że coś jest nie w porządku. Elementy otoczenia wydawały się dziwne, w trudny do wyrażenia sposób inne. On sam również się zmienił. Nie chodziło nawet o blizny, ale o coś znacznie poważniejszego.

Nie był nawet pewien, czy żyje. Kto wie, może zginął w wypadku; ostatecznie jakie szanse ma rowerzysta, żeby przeżyć, kiedy zderzenie z furgonetką pędzącą z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę wyrzuci go w powietrze?

Równie dobrze mógł się znajdować w zaświatach albo w czyśćcu. Ludzie, których znał, zostali zastąpieni oszustami wykorzystującymi ich ciała jako "skorupy". To oczywiste, że nie mógł sypiać z tą kobietą - popełniłby w ten sposób grzech cudzołóstwa. Kochał p r a w d z i w ą Vicky, która musiała istnieć gdzie indziej. Nie zamierzał jej zdradzić.

Vicky była zszokowana. Na ironię losu zakrawało, że akurat tego dnia zaniosła zdjęcia z wesela, żeby pokazać ludziom "prawdziwego Patricka". Oczywiście nie da się ująć całej osoby na fotografii - lśniącym obrazku przedstawiającym wycinek życia. Jak się okazało, z zupełnie różnych powodów oboje niepokoili się tym, co się stało z "prawdziwym Patrickiem". Jej mąż rzeczywiście się zmienił, i to poważnie.

Nie dlatego, że w wyniku wypadku odniósł fizyczne obrażenia; w s w o i m mniemaniu był kimś z gruntu innym, a dokładniej mówiąc: unicestwionym. Stał się nierealny, a wraz z nim nierealny stał się też świat.

Od czasu wypadku nie opuszczało go poczucie, że coś jest nie w porządku (fot. Shutterstock)

Kilka następnych tygodni wyglądało okropnie. Vicky próbowała przekonywać Patricka, ale nic nie wskórała, a rozmowy kończyły się kłótnią. On znajdował kolejne "dowody" potwierdzające, że wszystko, co znał i cenił, jest odmienione. Czuł się głęboko osamotniony i w końcu zdał sobie sprawę, że jego doświadczenie wykracza poza normalny bieg rzeczy. To się musiało skończyć. Pewnej nocy zabarykadował się w pokoju gościnnym. Kiedy Vicky w końcu zdołała sforsować drzwi, znalazła go spoczywającego bezwładnie w fotelu. Przelał spray na muchy do kubka i próbował go wypić. Zadzwoniła na pogotowie.

Patrick trafił do pobliskiego szpitala psychiatrycznego. Stwierdzono, że cierpi na ostrą depresję. Miał wszystkie typowe objawy, w szczególności wyjątkowo złe samopoczucie, które można było opisać jako przygnębienie, dokonał próby samobójczej, stracił wszelką motywację i apetyt, miał problemy ze snem. Podręcznikowy zestaw symptomów.

Psychiatrzy orzekli, że cierpi na "depresję psychotyczną", co oznaczało, że stwierdzili również oznaki urojeń i halucynacji.

Patrick stracił kontakt z rzeczywistością.

***

Halucynacje definiowane są po prostu jako "wrażenia zmysłowe powstające bez odpowiedniego bodźca", wrażenia, których nie można wyjaśnić snem albo stanem przejściowym między snem a jawą i które wydają się pozostawać poza kontrolą pacjenta. Urojeniami moglibyśmy nazwać fałszywe przekonania, ale wystarczy chwila namysłu - a psychiatrzy i filozofowie oddają się takiemu namysłowi od stuleci - żeby stwierdzić, że jest to niesatysfakcjonująca definicja. Po pierwsze, co jeśli takie przekonanie okaże się prawdziwe?

Podejrzewaliście partnera o romans, nie mając na to żadnych dowodów, więc było to urojenie. Później okazało się, że partner rzeczywiście miał romans. Czy z tego wynika, że nie było to urojenie? Zmodyfikujmy zatem definicję i powiedzmy, że urojenie to nieuzasadnione przekonanie. No dobrze. A jeśli uważam, że zostanę kapitanem reprezentacji Anglii na mistrzostwach świata? Moglibyśmy to nazwać marzeniem, fantazją, myśleniem życzeniowym, ale urojeniem?

Wydaje się to przesadą. Gdybyście zapytali, czy naprawdę w to wierzę, przyznam, że się to nie zdarzy - niemniej takie zdarzenie nie jest niemożliwe z logicznego punktu widzenia.

Co zatem powiedzieć o kimś, kto wierzy, że istota nadprzyrodzona stworzyła cały wszechświat? Czy taki ktoś cierpi na urojenia, skoro nie może przedstawić żadnych konkretnych dowodów przemawiających za takim twierdzeniem?

Halucynacje definiowane są po prostu jako 'wrażenia zmysłowe powstające bez odpowiedniego bodźca', wrażenia, których nie można wyjaśnić snem albo stanem przejściowym między snem a jawą i które wydają się pozostawać poza kontrolą pacjenta (fot. Shutterstock)

Lepiej wystrzegać się takiej interpretacji. Byłby to może świetny argument w polemice, ale nawet biolog ewolucyjny Richard Dawkins zdaje sobie sprawę, że w ten sposób zaklasyfikowalibyśmy masę zdrowych ludzi do kategorii osób z problemami psychicznymi.

Nie, definicja urojeń musi zawierać zastrzeżenie, że dane przekonanie, choć mocno ugruntowane, nie jest rozpowszechnione w społeczeństwie ani nie da się go wyjaśnić powszechnie uznawanymi wartościami. Co jednak począć z przekonaniami, które nie są rozpowszechnione, ale ze swej natury nie są falsyfikowalne? Jeżeli ktoś twierdzi, że świat jest skazany na zagładę, jakiego rodzaju dowody mógłby przedstawić na poparcie tej tezy? Pewne obserwacje mogłyby za nią rzeczywiście przemawiać, ale inne, równie przekonujące, by jej przeczyły albo nie pozwalały na udzielenie rozstrzygającej odpowiedzi. Niektóre przekonania są wartościującymi osądami, a co za tym idzie - są subiektywne.

Czy jeśli ktoś twierdzi, że jest złym człowiekiem, to moglibyśmy to nazwać urojeniem? W psychiatrii takie przekonanie może zostać uznane za objaw depresji, której charakterystycznym elementem jest negatywna samoocena.

Gdyby przyjęło skrajnie silną postać, można by je uznać za urojenie. W takim wypadku należałoby wziąć pod uwagę inne czynniki, które formalnie rzecz biorąc, nie mają nic wspólnego z epistemologią - prawdziwością samego stwierdzenia - ale są drugorzędnymi zjawiskami narastającymi w o k ó ł tego centralnego przekonania. Gdyby czyjeś przekonanie, że jest złym człowiekiem, było przytłaczające, niezachwiane, absorbujące, przygnębiające, prowadzące do myśli samobójczych, to z pewnością uznalibyśmy je za "anormalne" albo "patologiczne".

*Fragmenty książki "Spojrzenie w otchłań. Neuropsychiatria i tajemnice ludzkich umysłów" Anthony'ego Davida, tłumaczenie: Jacek Konieczny

Anthony David, autor książki 'Spojrzenie w otchłań. Neuropsychiatria i tajemnice ludzkich umysłów' (fot. Mark Rusher)

Profesor Anthony David. Jest obecnie dyrektorem Instytutu Zdrowia Psychicznego University College London. Przez dwadzieścia osiem lat pracował jako psychiatra w jednej z najważniejszych brytyjskich instytucji zajmujących się psychiatrą - Maudsley Hospital w Londynie. Członek Royal College of Physicians, Royal College of Psychiatrists i Academy of Medical Sciences. Opublikował ponad 600 artykułów naukowych i jest jednym z największych światowych ekspertów w dziedzinie psychiatrii klinicznej.