Społeczeństwo
W obecnych czasach ważna jest elastyczność na rynku pracy (fot: Shutterstock.com)
W obecnych czasach ważna jest elastyczność na rynku pracy (fot: Shutterstock.com)

Ważne, żeby coś się działo

Maciek ma dopiero 27 lat i zdążył zmienić zawód już cztery razy. - Nie wiem, co chcę w życiu robić, cały czas szukam siebie - mówi. Ukończył technikum geodezyjne, w trakcie nauki, w ramach stażu, przez kilka miesięcy popracował jako geodeta. Po szkole z pracą nie było już tak kolorowo, jak mówi - pewnie dlatego, że nie miał znajomości w branży. Maciek postanowił przekwalifikować się na dietetyka. W trakcie studiów, żeby sobie dorobić, zatrudnił się w powiatowym urzędzie pracy jako archiwista. Po studiach magisterskich z dietetyki udało się Maćkowi popracować w zawodzie przez kilka miesięcy - najpierw w szpitalu dziecięcym, potem w żłobku i w końcu w jednej z inspekcji sanitarnych. Ale jego wyobrażenia o pracy dietetyka nijak się miały do rzeczywistości, więc z pracy zrezygnował. Nie czuje się na tyle kompetentny, żeby otwierać własną praktykę, dlatego na razie odłożył marzenia o tej branży na później.

Skończył geodezję, dietetykę. Ale pracuje jako statysta na planach filmowych (fot: Shutterstock.com)

Maciek znalazł inne zajęcie. Kilka miesięcy temu zobaczył ogłoszenie, że szukają statystów i epizodystów do seriali i filmów. Zgłosił się. - Od tamtej pory jeżdżę po planach i ocieram się o świat filmu. Minus jest taki, że to praca od zlecenia do zlecenia, mam jednak nadzieję, że może uda mi się znaleźć angaż w jakimś serialu i popracować przez sezon, dwa - mówi. Maciek postanowił się również dokształcać - zapisał się na prawo jazdy oraz kurs języka angielskiego dla zaawansowanych, żeby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. W jakiej branży? Tego nie wie. Ważne, żeby coś się działo. Nie byłby w stanie przepracować w jednym miejscu 30 lat.

Według badań Eurobarometru z 2011 roku statystyczny Polak pracował u jednego pracodawcy średnio niemal 12 lat. Dane Eurostatu z 2017 roku wskazywały, że co roku pracę w Polsce zmienia zaledwie dwa procent osób. To czwarty najniższy wskaźnik w Unii. Bardziej przywiązani do swojego miejsca zatrudnienia są tylko Rumuni, Grecy i Słowacy. W przypadku najwyżej opłacanych Duńczyków co roku zmienia miejsce zatrudnienia sześć procent pracowników - to najwyższy wskaźnik w Europie.

- Pandemia koronawirusa, w trakcie której wiele osób straciło pracę, ujawniła, jak ważna jest w tych czasach elastyczność - umiejętność dopasowania się do zmieniających się okoliczności, gotowość do podjęcia nowych wyzwań, pracy spoza swojej branży - mówi Patrycja Załuska, ekspertka rynku pracy, właścicielka firmy RESTART KARIERY, która pomaga dokonać zmiany w karierze zawodowej.

"Jak coś mi nie pasuje, odchodzę"

32-letni Piotr na pytanie: co chciał w życiu robić, gdy był dzieckiem, odpowiada: "Zarządzać". Co chwilę robi pauzę, żeby upewnić się, że nie zapomniał o jakimś zajęciu, które w życiu wykonywał.

- Pierwszą pracę podjąłem w wieku 15 lat - zbierałem truskawki, kosiłem trawę. Nigdy nie byłem typem dzieciaka, który prosi rodziców o kasę. Odkąd pamiętam, miałem własne pieniądze - podkreśla Piotr. W wieku 16 lat podpisał swoją pierwszą umowę o pracę z firmą zajmującą się badaniem jakości obsługi klienta, w wieku 17 i 18 lat - z dwiema kolejnymi tego typu firmami. - Pracowałem jako tajemniczy klient. Jeździłem po fast foodach, pizzeriach, salonach samochodowych, księgarniach sieciowych, a nawet salonach z biżuterią i sprawdzałem, czy zachowane są tam odpowiednie standardy. Niektóre skrypty miały po 100 stron! Jednym z najciekawszych projektów był audyt salonów z ekskluzywną biżuterią. Żeby nikt się nie zorientował, że nie jestem prawdziwym klientem, musiałem dokładnie zapoznać się z profilem kupującego, a następnie dobrze wcielić w rolę - między innymi odpowiednio się ubrać - opowiada Piotr.

Pracował jako tajemniczy klient - w restauracjach typu fast food, ale również w salonach z ekskluzywną biżuterią (fot: Shutterstock.com)

W trakcie studiów pielęgniarskich Piotr pomagał mamie w prowadzeniu firmy księgowej, jednocześnie marzył o otwarciu własnej działalności - chciał handlować owocami i warzywami. - Na samochód z chłodnią zarobiłem, pracując jako sprzedawca książek branżowych. Firmę prowadziłem, aż przestało się to opłacać - opowiada.

Na obozie harcerskim, na którym Piotr był opiekunem medycznym, nieraz musiał ugotować coś z niczego, zdał sobie sprawę, że świetnie odnalazłby się w roli kucharza. Gdy tylko zauważył ofertę na to stanowisko, aplikował. W branży gastronomicznej przepracował kilka miesięcy. Potem trafił w końcu do branży, w której został na dłużej. - Od sześciu lat działam w firmach zajmujących się outsourcingiem. Zaczynałem jako koordynator za 1800 zł na rękę, potem awansowałem na project managera, następnie menadżera oddziału i dalej regionalnego menadżera operacyjnego. W tej chwili jestem dyrektorem działu outsourcingu personalnego. Na początku miałem dwie osoby w zespole, w tej chwili zarządzam 40 osobami - wymienia Piotr.

Piotr dodatkowo zajmuje się doradztwem dla gastronomii. - Jestem taką Magdą Gessler, ale od strony biznesowej - układam menu w restauracjach, sprzedaję przepisy, dokonuję zmian w strukturze firmy, żeby mogła osiągać większe zyski - opowiada. W planach ma wybudowanie hotelu, jednocześnie marzy o tym, żeby jeszcze kiedyś popracować w zawodzie pielęgniarza. - Tęsknię za tym, ale to ogromna odpowiedzialność za żadne pieniądze - mówi. Gdy pytam go o życie prywatne, przekonuje mnie, że nie ma problemu z osiągnięciem równowagi między życiem osobistym a zawodowym. - Jestem panem swojego czasu, nikt mnie nie rozlicza z tego, ile przesiedziałem za biurkiem, ważne, żebym wykonywał swoje zadania. Bywa, że pracuję cały weekend, a potem mam trzy dni wolne - przekonuje.

Dziwi się, gdy ludzie mówią, że nie mogą znaleźć pracy, on nie miał z tym nigdy żadnego problemu. - Jeśli coś mi nie pasowało w danym miejscu - zarobki, atmosfera albo czułem, że nie czerpię już satysfakcji z tego, co robię - po prostu szukałem czegoś innego. Nie oglądałem się za siebie - mówi Piotr.

Tomasz Gordon, trener biznesu, podaje przykład pilota do telewizora. - Kiedyś mieliśmy do wyboru trzy kanały, dziś mamy ich dziesiątki, a nawet setki. Żyjemy w czasach, w których mamy o wiele więcej możliwości, dotyczy to również pracy i zawodu. Młodzi są coraz bardziej otwarci na poszukiwanie pracy, która nie tylko im się podoba, ale również zapewnia zadowalające wynagrodzenie, nie nudzi. Nie mają poczucia, że muszą być lojalni wobec pracodawcy, są lojalni wobec siebie i własnych potrzeb - podkreśla Gordon.

Nigdy nie dostałam pracy "z ogłoszenia"

44-letnia Magdalena wymienia prace, których się w życiu podjęła: - Protokolantka sądowa, asystentka, pracowniczka w wydziale nieruchomości w policji, inspektorka w dziale egzekucji w urzędzie skarbowym, agentka nieruchomości, sprzedawczyni suplementów diety w call center, konsultantka do sprzedaży telefonicznej kosmetyków, urzędniczka w starostwie powiatowym.

Pracowała w urzędzie skarbowym, w policji, w starostwie powiatowym. Nigdy nie dostała pracy z ogłoszenia (fot: Adam Kozak/ Agencja Gazeta)

W szkole podstawowej Magdalena marzyła, żeby zostać panią od polskiego. - Bo lubiłam czytać i pisać. I tak trafiłam do technikum księgarskiego, które okazało się całkowitą pomyłką, bo zamiast czytać i pisać, uczyłam się, jak prowadzić księgarnię - opowiada. Po ukończeniu technikum tata załatwił jej pracę w sądzie, w wydziale karnym. - Z tego, co pamiętam, nigdy nie szukałam pracy po ofertach, nie chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne. Zazwyczaj ktoś mnie "wyhaczał" - komuś się spodobałam i chciał mnie zatrudnić u siebie, albo jakiś znajomy załatwił mi robotę. Tak było w przypadku pracy asystentki - zaproponował mi ją adwokat, którego poznałam w sądzie. Gdy skończył mi się urlop macierzyński, znajomy polecił mnie w wydziale nieruchomości w policji. Dzięki innemu koledze policjantowi zostałam kierowniczką wydziału administracyjno-gospodarczego. Zajmowałam się wszystkim, na niczym się specjalnie nie znając - finansami, kadrami, pilnowałam, żeby na komendzie niczego nie brakowało, żeby wszystkie samochody były zatankowane - opowiada Magdalena.

Z polecenia nie trafiła tylko do urzędu skarbowego. - Wygrałam konkurs na pracę w służbie cywilnej. Nie wiem, jak to się stało, bo o podatkach nie miałam większego pojęcia. Zostałam inspektorem działu egzekucji - mówi Magdalena. Bardzo dobrze wspomina tę pracę głównie ze względu na atmosferę i zarobki. - Inspektorzy zarabiali więcej niż inni urzędnicy, bo otrzymywali dodatkowo prowizję z tego, co udało im się ściągnąć - mówi.

Najgorzej Magdalena wspomina pracę w starostwie powiatowym. - Przez całe dnie wyglądałam przez okno, bo nie było co robić. Gdy wracałam do domu, od razu kładłam się spać, tak byłam zmęczona tym nicnierobieniem - mówi. Nie lepiej było w markecie budowlanym jako asystentka prezesa. - Jak się zdenerwował, to rzucał we mnie zszywaczem. Raz mu oddałam - relacjonuje. Oraz w call center. - Rynek suplementów diety jest okrutny. Żeruje na ludzkich słabościach, na tym, że chory człowiek zrobi wszystko, żeby wyzdrowieć. Jak się okazało, mam niesamowity talent do sprzedawania. Ludzie kupowali ode mnie wszystko. Coś na bóle stawów - proszę bardzo, coś na potencję - załatwione. Dostawałam prowizję od każdego sprzedanego produktu - opowiada. Jeden telefon sprawił, że Magdalena postanowiła rzucić tę pracę. - Wybrałam z bazy numer. Ktoś nieświadomie wypełnił ankietę i zostawił do siebie namiary. Trafiły do call center. Odebrał mężczyzna chory na raka prostaty. Poszłam na całość i zaproponowałam mu trzymiesięczną kurację suplementami za 900 złotych. Powiedział, że bierze, że wyda każde pieniądze, byleby żyć. Coś we mnie pękło. Powiedziałam mu, że oddzwonię do niego, tylko skonsultuję się z przełożonym, może uda się załatwić mu jakiś rabat. Jak się rozłączyłam, wykasowałam jego numer z bazy, żeby nikt już więcej do niego nie zadzwonił - opowiada.

Ze sprzedaży suplementów Magdalena płynnie przeszła do sprzedaży kosmetyków. - Koleżanka się przeniosła i zabrała mnie ze sobą. To dobre produkty, wierzę w nie, nie czuję, żebym sprzedawała komuś kit - twierdzi Magdalena. Jak ocenia swój brak stabilności na rynku zawodowym? - Bywam narwana, zdarzyło mi się po prostu wstać, wyjść i już do pracy nie wrócić. Może nie było to najrozsądniejsze postępowanie, z drugiej strony - nigdy nie byłam bez pracy dłużej niż miesiąc. Wciąż szukam swojego miejsca. Marzy mi się założenie czegoś własnego, ale na razie nie mam pomysłu, co to mogłoby być. Nie znoszę miejsc, w których liczy się wyłącznie wyrabianie targetów. Mimo że jestem w tym dobra, długo w takiej pracy nie wytrzymam - mówi.

Pracowała w call center. Sprzedawała suplementy diety. Aż zadzwoniła do pewnego pana (fot. Andrzej Michalik/ Agencja Gazeta)

Ma dwie koleżanki, które są rekruterkami. Jedna powiedziała jej, że to świetnie, że cały czas próbuje czegoś nowego, druga - że nigdy w życiu nie zatrudniłaby tak niestabilnej osoby jak ona. Patrycja Załuska, ekspertka rynku pracy, rozumie obie opinie. Bo życie zawodowe potrzebuje jednocześnie planu i otwartości na jego zmianę. W obecnych czasach ważna jest jednak elastyczność. Bo może mieć też wpływ na zarobki.

Nieujawnione talenty

Niechęć do zmiany pracy może być jednym z powodów, dla których Polacy zarabiają średnio mniej niż w większości krajów Unii Europejskiej (według danych Eurostatu z 2019 roku za 60 minut pracy w Polsce pracodawcy płacą średnio tylko 10,7 euro, średnia europejska to 27,7 euro, w Niemczech ta kwota wynosi 35,6 euro, w Danii 44,7 euro). Polski pracodawca nie obawia się bowiem, że niezadowolony z pensji pracownik wkurzy się i odejdzie. Ale to się może zmienić. - Prognozuje się, że pokolenie, które teraz wchodzi na rynek pracy, może zmienić w swoim życiu pracę nawet kilkanaście razy - mówi Patrycja Załuska.

Wraz ze zmianą mentalności pracownika idzie również zmiana mentalności współczesnego pracodawcy. - Jeszcze kilkanaście lat temu liczyło się to, że ktoś przepracował w danej firmie kilka lat, bo to świadczyło o jego stabilności, lojalności wobec pracodawcy. Dziś dobrze widziane jest, jeśli zmienia się pracę lub stanowisko co dwa, trzy lata. Dla pracodawcy to sygnał, że ktoś chce się rozwijać, nie obawia się zmian, podjęcia nowych aktywności - przekonuje Gordon.

Czy pracodawcom nie jest żal wyszkolonego pracownika, który odchodzi? Załuska tłumaczy, że obecnie na rynku pracy poszukiwane są kompetencje niekoniecznie bezpośrednio związane ze stanowiskiem. - Potrzebujemy fachowców - to prawda - ale potrzebujemy również ludzi przedsiębiorczych, podejmujących nowe inicjatywy, nastawionych na szukanie rozwiązań, kreatywnych, myślących krytycznie, otwartych na pracę projektową. A to bierze się z doświadczenia, zarówno zawodowego, jak i życiowego - twierdzi.

Gordon w zmianie pracy postrzega wiele plusów. - Dzięki wchodzeniu w nowe sytuacje, przestrzenie zawodowe możemy odkryć w sobie wiele nieujawnionych do tej pory talentów. Pamiętam doskonale jednego uczestnika moich warsztatów - wycofanego informatyka, który do tej pory pracował na stanowisku specjalisty, nie miał zbyt dużo kontaktu z ludźmi. Chciał coś w swojej pracy zmienić. Podczas warsztatów okazało się, że co prawda bardzo kiepski jest w wystąpieniach publicznych, ale za to ma ogromny talent do prowadzenia rekrutacji ludzi z branży technologicznej. Po warsztatach poszedł do swojego pracodawcy i poprosił go o możliwość przeniesienia do działu HR. Pracodawca się zgodził - opowiada Gordon.

Przestał być specjalistą analitykiem, ale nie odszedł z branży technologicznej, którą doskonale znał (fot: Shutterstock.com)

Trener biznesu pochwala otwartość na poszukiwanie siebie, swojej drogi zawodowej, wchodzenia w nowe aktywności. Przestrzega jednak przed nadmiernym przeskakiwaniem z kanału na kanał. - Jeśli ktoś ma tendencję do nieustannego szukania nowości, może przegapić szansę na rozwój zawodowy. Bo rozwój to nie tylko sięganie po to, co nowe, ale zatrzymanie się na dłużej tam, gdzie ujawnił się któryś z naszych talentów. Można dokonać radykalnych zmian i z księgowej zostać treserką lwów, ale można również zmienić zawód w oparciu o dotychczasowe doświadczenie. Tak jak informatyk, o którym wspomniałem. Przestał być specjalistą analitykiem, ale nie odszedł z branży technologicznej, którą doskonale znał. Odpowiednie wykorzystanie swojego potencjału to również cenna umiejętność.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu.