Społeczeństwo
Protest Black Lives Matter (Fot. Silvia Izquierdo / AP Photo)
Protest Black Lives Matter (Fot. Silvia Izquierdo / AP Photo)

Prokurator generalny wracał do Waszyngtonu. Z okien rządowego samolotu oglądał miasto w płomieniach. Pilotowi widok skojarzył się z bombardowaniem Drezna. W całym mieście wybuchło ponad 500 pożarów. Stolicę okupowały wojska federalne. Biały Dom wzmocniono workami z piaskiem, wokół Kapitolu rozstawiono stanowiska karabinów maszynowych.

Prezydent wraz z gośćmi jadł właśnie obiad, kiedy jeden z jego doradców przerwał słowami: "Panowie, chyba powinniście to zobaczyć".

Najpotężniejszy człowiek świata podszedł do okna. "Nie odezwał się ani słowem, tylko pokazał w kierunku wschodnim na potężny słup ognia, który unosił się ku niebu nad centrum Waszyngtonu. Po chwili zapach dymu wypełnił korytarze Białego Domu" - pisze Hampton Sides w książce "Ogar piekielny ściga mnie".

Prezydentem był Lyndon B. Johnson, a prokurator generalny wracał właśnie z Memphis, gdzie parę dni wcześniej zamordowano Martina Luthera Kinga.

Sides opisuje, że prezydent podszedł do zamieszek filozoficznie. "Czego się spodziewałeś?" - zapytał jednego z doradców. - "Nie wiem, dlaczego jesteśmy tacy zaskoczeni. Kiedy postawisz człowiekowi nogę na karku i trzymasz go w tej pozycji przez 300 lat, a potem pozwolisz mu wstać, to co on zrobi? Wysadzi w powietrze twój kwartał".

Żołnierz stojący na straży w Waszyngtonie po wybuchu zamieszek w 1968 roku (fot. Library of Congress Prints and Photographs Division Washington, D.C. 20540 USA)

Mandat od obywateli dla władzy

Protesty na tle rasowym mają w USA długą historię. W 1967 roku, a więc na rok przed morderstwem Kinga, doszło do największych zamieszek w czarnych gettach. Howard Zinn w monumentalnej "Ludowej Historii Stanów Zjednoczonych" przytacza kontekst tamtych rebelii. Wybuchową mieszankę tworzyły segregacja, dyskryminacja w zatrudnieniu, edukacji i mieszkalnictwie, a także rosnące ubóstwo wśród czarnoskórej ludności.

50 lat później większość tych problemów pozostała nierozwiązana, choć tło zamieszek jest już inne. Zapalnikiem protestów stała się brutalność policji.

W 1992 roku uniewinniono czterech policjantów oskarżonych o pobicie taksówkarza Rodneya Kinga. Czarne Los Angeles wyszło na ulice. Zamieszki trwały sześć dni, a bogaci mieszkańcy Hollywood ze swoich tarasów oglądali słupy dymu na horyzoncie.

W 2012 roku 17-letni Trayvon Martin zwrócił uwagę straży sąsiedzkiej w miasteczku Sanford na Florydzie. Strażnik bez wyraźnej przyczyny śmiertelnie postrzelił chłopca. Składająca się wyłącznie z białych ława przysięgłych uniewinniła zabójcę.

 W 2014 roku nowojorski policjant udusił Erica Garnera za to, że sprzedawał nielegalnie papierosy po dolara za sztukę. Garner, ojciec szóstki dzieci, 11 razy powtórzył: "Nie mogę oddychać". Policjant nie trafił do więzienia.

W tym samym roku policjant w Chicago oddał 16 strzałów do 17-letniego Laquana McDonalda. Policjant twierdził, że McDonald stanowił zagrożenie. Nagrania z kamer pokazały, że chłopak oddalał się od radiowozu, kiedy padły strzały. Mundurowy trafił do więzienia na sześć lat.

W feralnym 2014 roku w Ferguson czarny 18-latek Michael Brown został sześciokrotnie postrzelony w głowę, klatkę piersiową, ramię i rękę przez białego funkcjonariusza. Brown nie był uzbrojony. Policjant nie został skazany.

Po każdym z tych wydarzeń dochodziło do protestów, powstawały nowe ruchy - m.in. w 2013 roku Black Lives Matter. Za każdym razem opinia publiczna była wstrząśnięta, a politycy obiecywali zmiany. Śmierć uduszonego przez policjantów w Minneapolis George'a Floyda pokazuje, że nie zmieniło się zgoła nic.

Protest Black Lives Matter z 2013 roku w Waszyngtonie (fot. Shutterstock)

46-letni Floyd duszony był przez białego oficera przez osiem minut i 46 sekund. Jego śmierć została sfilmowana, można ją obejrzeć w Internecie.

Protesty wybuchły niemal od razu, rozlały się po całym kraju i nie chcą się skończyć. W Minneapolis palono sklepy oraz komisariat, doszło do starć z policją.

Skąd bierze się ta gwałtowność? Wyjaśnia mi to Daryl Davis, czarnoskóry jazzman i działacz społeczny. Daryl od 30 lat walczy z rasizmem, rozmawiając m.in. z członkami Ku Klux Klanu.

- Nie podoba mi się okradanie sklepów, ale nie mam problemu z palącymi się budynkami rządu. Ja bym tego nie zrobił, ale rozumiem ludzi, którzy tak postępują - mówi mi Daryl. - Gdybyś jechał za szybko, dostałbyś mandat. Więcej tego nie zrobisz, bo dostałeś po kieszeni. Jak zmusić rząd, żeby zachowywał się odpowiednio? Trzeba uderzyć go po kieszeni. Palenie rządowych budynków to takie wystawianie władzy mandatów przez obywateli. Zabijają nas od dekad. Czasami to jedyny sposób, by nas usłyszeli.

Większość protestów - i o tym trzeba pamiętać - ma pokojowy przebieg. Jak w Waszyngtonie, gdzie na ulicy namalowano ogromny napis "Black Lives Matter", a tysiące osób skandowało: "Nie mogę oddychać". Jak w Nowym Jorku, gdzie kolejne tysiące wołały: "Jak przeliterować rasizm?", "NYPD" (New York Police Department) i "Ręce do góry, nie strzelaj". W Minneapolis śmierć Floyda uczczono trwającą osiem minut i 46 sekund ciszą.

Odkąd pamiętam, tak wygląda nasze życie

Nie ma prostego wyjaśnienia brutalności i rasizmu policji w USA. Artur Domosławski w książce "Wykluczeni" pisze o obowiązującej do dzisiaj ideologii prawa i porządku. "Wielu białych, wystraszonych buntami czarnoskórych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, uznało, że zniesieniu segregacji musi towarzyszyć kontrola nad nowo uprawnionymi, poddanie ich społecznej dyscyplinie. Taki był niewypowiedziany sens ideologii praw i porządku ogłoszonej przez Richarda Nixona, a zapożyczonej od segregacjonistów z Południa" - pisze Domosławski. 

Marsz Praw Obywatelskich w Waszyngtonie w 1963 roku (fot. U.S. National Archives and Records Administration)

Laquenda, czarnoskóra dziewczyna, którą poznałem dwa lata temu w Chicago, pracuje w organizacjach pozarządowych zajmujących się poprawą jakości życia w czarnych dzielnicach i codziennie rozmawia z ich mieszkańcami. Także o tym, co zrobić, żeby było bezpieczniej. Jak lepiej kontrolować policję. Ludzie opowiadają jej straszne historie. - Kobieta zwierzyła się, że policjant postrzelił jej syna sześć razy. W plecy! Pobicia są na porządku dziennym. Ludzie nie ufają policji. Większość wolałaby, żeby było jej mniej. Bo policja stwarza problemy - mówi. I dodaje: - Pierwotnie policja zajmowała się pilnowaniem niewolników. Taka jest historia tego kraju. Dziś wielu oficerów po pięćdziesiątce uczy młodszych: "Widzisz czarnego, zachowuj się agresywnie, nie ufaj". To trwa od lat, idzie w dół od pokoleń.

Jest jeszcze kwestia pieniędzy. W książce "Shitshow" dziennikarz Charlie Leduff opisuje miasto Ferguson - kasa świeciła tu pustkami, władze do łatania budżetu wykorzystały policję. Choć dwie trzecie mieszkańców miasta stanowili czarni, to 90 procent policjantów było białych. 85 procent przypadków zatrzymania przez policję dotyczyło czarnych, podobnie jak 95 procent aresztowań. Ponad 95 procent mandatów za prowadzenie pojazdu w stanie rozproszenia uwagi lub mandatów za "sposób chodzenia" przypadało czarnym. Do kasy miasta w rok spłynęły dwa miliony dolarów.

W Chicago rozmawiałem też z Charlesem Estezem, czarnoskórym fryzjerem po pięćdziesiątce. Charles przyjechał do urzędu miejskiego, żeby zapłacić swoje mandaty. Dostał pięć naraz. Policjanci, którzy kazali mu zjechać na pobocze, ukarali go za brak światła (działało, póki nie uderzyli w jego samochód), za przywieszkę zapachową (bo zasłaniała widoczność), za brak dowodu rejestracyjnego (mówił, że dowód został w samochodzie, ale nie chcieli go słuchać), za brak ubezpieczenia. Nawet nie pamiętał, za co dostał piąty mandat. Mundurowi zabrali samochód Charlesa, a jego wsadzili do aresztu na parę godzin. Charles zastanawiał się, jak to jest, że w innych samochodach GPS-y powieszone na szybie nie zasłaniają widoczności, a u niego problemem jest przywieszka zapachowa.

Policjanci zatrzymali go w Morgan Park. To czarnoskóra dzielnica. Mundurowi byli biali. Wystawili mandaty na 1260 dolarów. Musiał odwoływać się w sądzie. Zdarzyło mu się to po raz czwarty w ciągu trzech lat. Takie sytuacje są codziennością w Morgan Park. - Wszyscy moi sąsiedzi przeżywają to samo. Odkąd pamiętam, tak właśnie wygląda nasze życie - mówił mi Charles.

Protestujący w Minneapolis po śmierci George'a Floyda, maj 2020 (fot. John Minchillo / AP Photo)

W tle jest też zwykły rasizm. Daryl Davis przypomina, że wielu policjantów to potajemnie członkowie Ku Klux Klanu.

A przy tym bardzo rzadko zdarza się, aby funkcjonariusz policji został oskarżony o użycie siły ze skutkiem śmiertelnym. Według "Washington Post" w ciągu 10 lat w ponad 3000 przypadków śmierci z rąk policjanta tylko 54 funkcjonariuszy zostało oskarżonych o zabicie kogoś na służbie, a tylko 11 tego typu spraw zakończyło się skazaniem.

Na końcu jest więc jeszcze bezkarność.

Tryb przetrwania

Amerykańscy policjanci pracują w ciężkich warunkach. Właściwie każda ich interwencja może zakończyć się strzelaniną. A czarne getta są zwykle wylęgarnią przemocy. Czarnoskóry nastolatek ma powody, by bać się policji. Ale ma też znacznie więcej powodów, by bać się rówieśników z sąsiedniego osiedla.

Przemoc czarnoskórych to kolejny problem, na który składa się wiele czynników - w tym zła edukacja i niedostatek, który popycha młodych mężczyzn do walki o ograniczone zasoby. A także nadpodaż recydywistów, bo częste policyjne kontrole i profilowanie rasowe sprawiają, że choć czarnoskórzy stanowią 12 procent populacji USA, to są aż jedną trzecią populacji skazanych.

Kiedy fabryki z miast na północy przeniosły się do Meksyku czy Azji, w wielu miejscach jedynym źródłem dochodu pozostał handel narkotykami. Walki o narkotykowe terytoria młodych, sfrustrowanych ludzi, mających łatwy dostęp do broni - to przepis na kłopoty.

- Owszem, w czarnych dzielnicach znajdziesz przestępców. Trudno, żeby ich nie było. Oni nie marzą o łamaniu prawa, są po prostu nastawieni na "survival mode" - tryb przetrwania. Jak żyjesz z dnia na dzień, to myślisz tylko o znalezieniu noclegu, o jedzeniu. Wiem, bo też to przeżyłam - opowiadała mi Laquenda.

Sprawna policja jest więc w czarnych dzielnicach niezbędna. Po zabójstwie Floyda radni Minneapolis postulują jej rozwiązanie w tym mieście. Charlie LeDuff uważa, że to droga donikąd. - Czarna Ameryka chce i potrzebuje policji - ale nie po to, by policja dusiła ludzi, tylko żeby naprawdę ich chroniła - mówi mi. W jego rodzinnym Detroit policja od lat nie działa, jak powinna. - Samotne czarnoskóre matki boją się wyjść z domu. Rozwiązać policję? To szaleństwo. Przypominam, że na 300 milionów mieszkańców mamy 500 milionów sztuk broni. Musimy płacić policjantom jeszcze więcej, żeby przyciągać do pracy najlepszych, a nie tylko biednych chłopaków z prowincji. Chciałbyś zarabiać grosze i ryzykować, że jakiś gość może cię w każdej chwili zastrzelić? Ja bym nie chciał.

Charlie LeDuff (fot. materiały Festiwalu Apostrof)

Deryl Davis widzi inne rozwiązanie: - Dzisiaj ludzie aplikujący do policji są sprawdzani pod kątem uzależnienia od narkotyków czy alkoholu. I słusznie. Ale dlaczego nie możemy sprawdzać, czy kandydaci mają rasistowskie skłonności? Zostając policjantem, dostajesz licencję na zabijanie. Psychologowie bez problemu wykryją rasistowskie albo homofobiczne tendencje. Jesteś rasistą? Nie dostaniesz tu pracy.

Ale w USA struktury policyjne (z wyjątkiem federalnych agencji, jak FBI) są zarządzane przez samorządy. Dlatego jedna, gruntowna reforma policji jest niemożliwa. Każde miasto musi z problemem poradzić sobie po swojemu. - Nie ma magicznej różdżki, którą machniemy i zmienimy historię, zlikwidujemy nierówności lub zabierzemy broń z domów Amerykanów. Nie ma tu drogi na skróty. Musimy zakasać rękawy i wziąć się do roboty - mówi LeDuff.

Mały rasizm powszedni

Protesty przelewające się przez kraj pokazują coś więcej niż brutalność policji. Podskórnie dotyczą tego wszystkiego, co składa się na mały rasizm powszedni.

Zaczyna się już od szkół, które w USA opłacane są z podatków od nieruchomości. Im bogatsza dzielnica, tym lepsze szkoły. Im lepsze szkoły, tym wyższa wartość nieruchomości (do czego prowadzi ten wyścig, pokazał ostatnio świetny film "Zła edukacja"). Czarne dzielnice, które były biedniejsze już 50 lat temu, do dzisiaj skazane są na gorsze szkoły.

Niedofinansowanie edukacji w Detroit zaowocowało powstaniem "pustyń edukacyjnych" ciągnących się milami. To w Detroit poznałem Dawn Wilson, która codziennie przez dwie godziny musiała rozwozić swoje dzieci do czterech różnych placówek.

Spacerując po czarnym Detroit, można przez godzinę mijać głównie zabite deskami domy, opuszczone kościoły i sklepy. I stacje benzynowe. Takich luksusów jak dentysta, przychodnia zdrowia, sklep spożywczy nie ma. Lokalne Kościoły i mieszkańcy sami zakładają ogrody, gdzie hodują świeże warzywa i owoce. Bo dla czarnoskórych mieszkańców zdrowa żywność stała się luksusem. - Koronawirus uderza znacznie mocniej w mniejszości etniczne - mówi profesor Ryszard Piasecki, ekonomista z Uniwersytetu Łódzkiego, ekspert m.in. od ekonomii rozwoju i globalizacji. - Dlaczego? Bo są to relatywnie najbiedniejsi, najbardziej dotknięci otyłością, cukrzycą mieszkańcy, nie mający ubezpieczenia i odpowiedniej opieki zdrowotnej. Czarnoskóry, ale także Latynos z objawami wirusa nie zgłosi się szybko do szpitala, bo będzie go przerażać perspektywa zapłacenia gigantycznego rachunku.

Detroit (fot. Shutterstock)

Albo mieszkalnictwo. Od 50 lat w USA obowiązuje prawny zakaz dyskryminacji ze względu na kolor skóry przy wynajmowaniu mieszkań. W praktyce jednak wielkie miasta, jak Chicago czy Detroit, wciąż są rasowo posegregowane. Laquenda opowiadała mi, jak wyglądało jej życie, zanim dostała pracę. Wszystkie osiągalne dla niej cenowo mieszkania w Chicago były na południu. A wszystkie prace - kawiarnie, sklepy spożywcze, kina - na północy. Musiała więc dojeżdżać przez całe miasto. Jej typowy dzień wyglądał tak: wstawała o 5.00 rano, zawoziła małego Jeremaja do przedszkola. Potem na studia na 9.30. Do pracy na 15.00. Powrót do domu zajmował jej dwie godziny, więc prosiła znajomą, by odbierała małego z przedszkola. Co kosztowało ją 100 dolarów miesięcznie. Jako bileterka w kinie zarabiała raptem 1000 dolarów. W domu była około 1.00 w nocy. O 5.00 znów wstawała. Zmęczenie zapijała kawą i energetykami. Odsypiała w autobusach i wagonikach metra. Dla białych mieszkańców, którzy nie muszą codziennie dojeżdżać do pracy metrem i dwoma autobusami, to są sytuacje niewyobrażalne.

Z czarnej dzielnicy trudno się wyrwać, zwłaszcza jeśli większość twoich zarobków pochłania czynsz. W USA prawie nie istnieje budownictwo komunalne. Plagą stały się eksmisje - kiedyś rzadki widok, a dziś w miastach powstają specjalne jednostki policji delegowane wyłącznie do eksmisji i zajęć komorniczych. Problem dotyczy biedniejszych, czyli zwykle czarnych, rodzin.

W końcu: zarobki. Jak pokazują badania Economic Policy Institute,  za tę samą pracę, za którą biały pracownik zarobi dolara, czarny otrzyma raptem 82,5 centa. W przypadku Afroamerykanów prawdopodobieństwo popadnięcia w biedę jest 2,5 razy większe niż u białych. Biała rodzina gromadzi średnio około 10-krotnie większy majątek niż rodzina czarna.

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku

Kryzysy społeczne na tle rasowym są u USA zjawiskiem cyklicznym. Obecne protesty przypominają te, które wybuchają w USA co jakiś czas, gdy znów zabita zostaje przez policjanta czarnoskóra osoba. Ale zarazem są wyjątkowe. Przede wszystkim dlatego, że bierze w nich udział ogromna liczba białych Amerykanów. To nowy fenomen.

- Już od czasów Kinga do protestów przyłączali się biali, ale było ich raptem kilku. Teraz mamy tysiące białych Amerykanów, którzy rozumieją problem i mówią: stop brutalności. I teraz politycy zaczynają tego tłumu słuchać. Bo wcześniej nikt nas nie słuchał - mówi Daryl Davis. - To historyczna zmiana.

Według Daryla przyczyną jest to, że ośmiominutowa śmierć Floyda została sfilmowana. I robi przerażające wrażenie. - Policjant popełnił morderstwo, dusząc człowieka. To się działo przez stulecia, ale dopiero teraz biali zobaczyli to na własne oczy. "Acha, o tym mówicie od dekad!". Teraz rozumieją - twierdzi Daryl.

Według Charliego LeDuffa powodów masowych protestów jest więcej: - COVID zamknął wszystkich na trzy miesiące w domach. Miliony ludzi straciło pracę, a bogaci żyją coraz lepiej, bo Trump zafundował im cięcia podatkowe. Amerykanie są sfrustrowani i zmęczeni, na ulicach jest gorąco, to wszystko musiało wybuchnąć. Spośród protestujących wielu jest mieszkańcami przedmieść. Nie chodzi im tylko o solidarność z czarnymi braćmi. Chodzi o to, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Nie oszczędzamy pieniędzy, żyjemy z dnia na dzień, na kartach kredytowych, od czeku do czeku.

Protestujący w Bostonie, czerwiec 2020 (fot. Steven Senne / AP Photo)

W wywiadzie dla Weekend Gazeta.Pl sprzed roku LeDuff mówił mi: "Wall Street dalej produkuje fałszywe pieniądze i puste kalorie. Ostatnio zes*aliśmy się ze strachu, kiedy system finansowy prawie padł. Za drugim razem będzie gorzej. (...) Wszystko zaczyna wrzeć". Dziś dodaje: - Przewidziałem to. To drugi kryzys w ciągu 12 lat. Masywny. Globalny. Możemy winić koronawirusa, ale gospodarka nie działała już wcześniej. Spowolnienie czekało nas tak czy siak.

- W USA od ponad 20 lat zatrzymał się proces wzrostu płac realnych - dodaje profesor Ryszard Piasecki. - To zjawisko zostało wywołane przez globalizację, liberalizację handlu, restrukturyzację gospodarki oraz sztuczną inteligencję i nowoczesne techniki informacyjne i komunikacyjne.Ta sytuacja spowodowała, że korporacje amerykańskie przeniosły znaczną część produkcji do Chin, Indonezji, Wietnamu czy Meksyku. Wiele czynności informatycznych przeniesiono m.in. do Indii. Pracownicy w "pasie rdzy" odczuli to bardzo mocno. Zarówno Czarni, Latynosi jak i Biali. Nierówności społeczne przez globalizację wyraźnie się pogłębiły. Grupy najbiedniejsze najmocniej to odczuły. Takie nierówności i poczucie marginalizacji sprzyjają frustracji i radykalizacji. Tu doszukiwałbym się korzeni brutalności protestujących w niszczeniu własności publicznej i prywatnej. Podobne zjawisko wystąpiło ostatnio m.in. w Chile.

Protestuje ponad 100 miast, nie tylko te największe, jak Atlanta, Los Angeles, Filadelfia, San Francisco, Seattle, ale też zupełnie małe, jak Norwood w Kolorado, Sandpoint w Idaho czy Harlan w Kentucky. Miejsca, gdzie spodziewalibyśmy się wiecu poparcia dla Donalda Trumpa, a nie okrzyków "Black Lives Matter". Patrząc pod odpowiednim kątem, można dostrzec, że protesty dotyczą czegoś znacznie więcej niż tylko brutalności policji. Charlie LeDuff mówi mi:

- Ameryka, jaką znamy, wali się na naszych oczach. To nie jest dobry moment w historii USA. Ale za to zaje*iście ciekawy.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". W sierpniu nakładem Czarnego ukaże się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego "Łódź. Miasto po przejściach".