Można było na nim powisieć głową w dół, poganiać wokół niego, pograć przy nim w siatkówkę. Idealnie nadawał się do przyczepienia gumy do skakania, do trenowania zwisów, wymyków i innych figur gimnastycznych. Był też najlepszym miejscem do "zaklepywania" podczas zabawy w chowanego. Rano przesiadywały na nim dzieci, wieczorem młodzież. Jak ktoś wychodził ze śmieciami, to zazwyczaj spędzał tutaj dłuższą chwilę, by przy okazji poznać wszystkie osiedlowe plotki.*
Trzepak - jedno z najważniejszych miejsc dzieciństwa dla tych, którzy wychowali się na peerelowskich podwórkach. Poza godzinami trzepania dywanów (zazwyczaj 8.00-11.00 i 16.00-20.00) pełnił funkcję kawiarni, siłowni i placu zabaw. Tutaj zawierano przyjaźnie, rodziły się miłości, dochodziło do drak. Wokół stalowej ramy z poprzeczką - zazwyczaj ustawionej tuż przy śmietniku, z ławeczką obok - koncentrowało się podwórkowe życie PRL-u. To na trzepaku wolny czas spędzała Jagoda, córka inżyniera Karwowskiego z "Czterdziestolatka" i bohaterowie młodzieżowych seriali sprzed lat, m.in. "Dziewczyna i chłopak" oraz "Tajemnica starego ogrodu". Dziś, choć większość trzepaków rdzewieje na pustych podwórkach, to są jeszcze miejsca, gdzie wciąż wokół nich skupia się plenerowe centrum towarzyskie. Od lat można na nich przysiąść na przykład w trakcie katowickiego OFF Festivalu.
"Przebywanie" na trzepaku i w jego pobliżu nie było jednak jedyną formą spędzania wolnego czasu przez dzieci i młodzież po szkole. (Pomijając oczywiście "rozrywki" narzucane przez władzę - o tym więcej w rozdziale 1). Co jeszcze po lekcjach robiły te dzieciaki, które nie przesiadywały w domach kultury i nie należały do harcerstwa? Co w tym czasie robili ich rodzice, gdy już opuścili mury swoich zakładów pracy, dali dzieciom jeść i wypuścili je na podwórko?
Pan Wojtek i drużyna na warszawskiej Sadybie**
Trzepak był nie tylko miejscem towarzyskich spotkań i pogaduszek, ale też bramką. Strzelali do niej ci, którzy lubili haratać w gałę. Chyba nie było podwórka (albo ulicy), na którym nie grano w piłkę nożną.
- Goool! Patrzcie, tak strzela Deyna! - krzyczał Staszek.
- Cholera, Jurek, bronisz jak dupa wołowa! - wściekał się na swojego bramkarza Romek.
- Eeej, Romek! Za przekleństwo będzie kara - szybko włączał się trener i zaraz zarządzał: - Wiara, zbiórka, do mnie, musimy pogadać. Słuchajcie, już za tydzień zaczyna się Turniej o Złotą Piłkę, a wy gracie jak trampkarze. Musicie wziąć się w garść.
Trenerem drużyny był pan Wojtek, choć napisać tylko trenerem, to za mało. On wychowywał dzieciaki na swoim podwórku na warszawskiej Sadybie. Członkowie jego drużyny podczas treningów nie przeklinali. Był też zakaz palenia. Dla niektórych chłopaków to była dobra szkoła życia. W domu nie mieli łatwo. Brakowało pieniędzy, a jeśli już były, szybko przepijał je ojciec. Niektórzy chłopcy całe dnie spędzali więc na podwórku, a pan Wojtek organizował im czas. Zabierał na wycieczki rowerowe, czasem coś wspólnie zwiedzali - był takim osiedlowym kaowcem (popularne w okresie PRL określenie dotyczyło instruktora kulturalno-oświatowego (KO) zatrudnianego zwykle w ośrodkach wypoczynkowych czy zakładach pracy).
Drużynę złożoną z chłopaków zamieszkujących okoliczne bloki trenował na podwórku. Sami ustawili bramki, jak trener załatwił trochę cementu z pobliskiej budowy. Najważniejszym wydarzeniem dla drużyny był Turniej o Złotą Piłkę. Od połowy lat 60. rozgrywano go na błoniach Stadionu Dziesięciolecia.
Brało w nim udział nawet ponad 100 podwórkowych drużyn. Był podział na grupy wiekowe, ale jak wspomina pan Wojtek, trudno było zweryfikować wiek niektórych zawodników. Zdarzały się drużyny młodzików, w których grali faceci z wąsami.
Przygotowując się do Złotej Piłki, jego drużyna rozgrywała towarzyskie mecze z zespołami z innych pobliskich osiedli. Ich areną było między innymi boisko Delty Warszawa, w której w sezonie 2004/2005 występował Robert Lewandowski.
Pan Wojtek był związany z drużyną nie tylko jako trener i organizator całego zaplecza dla zawodników. Jego żona prała zawodnikom stroje, a córka znalazła wśród nich męża, bramkarza. Pan Wojtek był przede wszystkim po prostu wielkim fanem piłki nożnej. Wraz z bratem prowadził zeszyt, w którym wklejał wycinki prasowe o rozgrywkach ligowych, meczach reprezentacji Polski, ważnych wydarzeniach światowego futbolu. Jego brat dorysowywał na kartkach kredkami piłkarzy strzelających gole, bramkarzy.
O Złotą Piłkę walczyli nie tylko podopieczni pana Wojtka. Do rozgrywek przystąpili też Perełka, Mandżaro i inni kumple Paragona z książki i serialu "Do przerwy 0:1". Adam Bahdaj w swojej książce wydanej w 1957 roku i Stanisław Jędryka w serialu oraz jego kinowej wersji z końca lat 60. opowiadają o grupie chłopców z warszawskiego podwórka, która bierze udział właśnie w takim turnieju.
Piłkarskie zawody amatorów organizował magazyn "Świat Młodych". Odbywały się nawet międzynarodowe finały: dwumecze na boisku polskiego finalisty i rewanż na boisku finalisty w NRD. Dla chłopaków z podwórek w małych miasteczkach takie rozgrywki były nie tylko wydarzeniem sportowym. Dzięki awansowi do międzynarodowego finału w 1981 roku mały Kazio z kolegami z drużyny Pomorzanina Śliwice (woj. bydgoskie) mógł nie tylko powalczyć o puchar z enerdowskim snajperem Kummelem Volkmerem i jego drużyną Sangerhausen, ale też zwiedzić okoliczne zabytki.
Podwórkowe konkurencje lekkoatletyczne
Zajęcia sportowe i w ogóle zabawy na świeżym powietrzu były jedną z ulubionych form spędzania wolnego czasu w Polsce Ludowej. Szczególnie do lat 80., momentu, kiedy w domach pojawiły się pierwsze magnetowidy i komputery, a dzieci zaczęły mniej czasu spędzać na podwórkach. Wcześniej grały przed domem w ping-ponga, w zośkę, zbijaka albo dwa ognie. A na wigrach, pelikanach albo wagantach chłopcy walczyli o miano osiedlowego Szurkowskiego w podwórkowym Wyścigu Pokoju. Rowery stawały się też autobusami. Do kierownicy wystarczyło przyczepić numer linii i można było wyruszyć w kurs między blokami. Na przystankach, czytaj: klatkach i trzepakach, zabierało się pasażerów na bagażnik. Super było, jak udało się zdobyć naklejkę zagranicznej marki, na przykład producenta motocykli Simson. Wtedy przyklejało się ją na rower, zasłaniając nazwę Wigry 3.
Fani siatkówki, posyłając piłkę ponad trzepakiem, odgrywali akcje złotej drużyny Huberta Wagnera z igrzysk olimpijskich w Montrealu z 1976 roku. Popularnością cieszyły się także podwórkowe konkurencje lekkoatletyczne. Najlepiej było, jak któreś dziecko trenowało lekką atletykę i miało w domu sprzęt potrzebny do treningów. Choć czasami takie zawody kończyły się scenami mrożącymi krew w żyłach.
- Miałem w domu kulę do ćwiczenia pchnięć. Przydawała się do organizowanych przez nas zawodów w piaskownicy między naszymi kamienicami. Choć dla Jasia konkurencja pchnięcia, czy raczej w jego wykonaniu rzutu kulą, mogła się skończyć tragicznie. Jasiu zamachnął się z całej siły, ale zrobił to tak niefortunnie, że kula poleciała dwa metry do góry i spadła mu wprost na głowę. Jasiu padł jak długi. Myśleliśmy, że zabił się na miejscu, ale na szczęście skończyło się tylko na porządnym guzie - opowiedział mi Bogdan, który na przełomie lat 60. i 70. wychowywał się na jednym z podwórek na gdańskiej starówce.
Podwórko w PRL-u nie było najbezpieczniejszym miejscem. Każdy chłopak z dumą chodził z finką albo scyzorykiem, dziewczyny wynosiły noże kuchenne, żeby grać z nimi w pikuty. Każdy uczestnik po kolei wykonywał poszczególne rzuty z różnych części ciała. Z czółka, ramienia, kolana itp. Do tego dochodziły rzuty specjalne, czyli na przykład widelczyk, łyżeczka, które wykonywało się, układając dłoń w określony sposób. Wygrywał ten, który pierwszy zaliczył skutecznie cały zestaw rzutów. Nóż musiał się wbić w ziemię. Ale - co ważne w przypadku, gdy był przechylony, bo wbił się pod dużym kątem - rzut był zaliczony, jeśli można było między wbity nóż a ziemię włożyć przynajmniej dwa palce. Bardzo często na podwórku grano również w państwa. Na kawałku ubitego podłoża rysowało się koło. Każdy z graczy dostawał swoją część, czyli państwo. Gdy przychodził twój ruch, mogłeś innemu graczowi wypowiedzieć wojnę. Wtedy on schodził ze swojego pola, a ty rzucałeś w nie scyzorykiem.
Jak się nie wbił - traciłeś kolejkę, jak się wbił - dzieliłeś państwo linią w miejscu wbicia. Tym sposobem część państwa przeciwnika przyłączałeś do swojego. Można też było zawierać sojusze i walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. Dziś to podstawa wielu strategicznych gier komputerowych.
Kapiszony, proce i spluwki
Szczególnie chłopców pociągały pirotechniczne zabawy wykorzystujące saletrę, karbid albo siarkę zeskrobywaną z zapałek. Saletrą wypełniało się zakrętki po wódce i kręciło "bączki". Popularne były kapiszony, czyli malutkie porcyjki materiałów wybuchowych ukryte pod papierową osłoną. Dawały słaby odgłos wybuchu. Śruby z wkręconym pomiędzy nie kapiszonem podrzucało się i czekało, aż spadną i wybuchną, uderzając o ziemię. Popularne było także palenie wszelkich kopców i wulkanów na podwórku i strzelanie z puszek wypełnionych karbidem.
Chyba tylko cudem dzieci wychowujące się na podwórkach w PRL-u przeżyły ten czas. Czas niezwykle twórczy, bo zwyczajnie zabawek brakowało, korzystało się więc z tego, co było pod ręką. Na przykład z kawałka drewna i gumy składało się procę - prostsza wersja polegała na założeniu gumki na palce. Uderzenie skoblem, czyli zakrzywionym drucikiem, z takiej procy było bardzo bolesne. Tak jak strzał posłany ze spluwki. To specyficzne działko, zrobione ze szklanej rurki do napojów lub obudowy długopisu, wkładało się w usta i wypluwało w stronę przeciwnika kulkę z plasteliny albo ziarenka ryżu.
Na podwórkach dochodziło do wybuchów, były walki na spluwki i zabawy nożem, kwitł również hazard. Przy wmurowanym w betonowe podłoże stoliku z czterema krzesłami do późnego wieczora odbywały się pokerowe rozgrywki. Grano na to, co było pod ręką. Kapsle, guziki, kamienie. Niektórzy grali też w tysiąca albo w remika.
Przed blokami stawiano urządzenia służące do zabawy, choć te toporne konstrukcje były często bardziej niebezpieczne niż scyzoryk w ręku siedmiolatka. Trzepaki były stalowe, a zjeżdżalnie metalowe, na placu zabaw nie brakowało betonowych murków, huśtawek z opon samochodowych. Zjeżdżalnia na moim podwórku pochłonęła jeden dziecięcy palec, a kilka poważnie pokaleczyła. Bywało nieraz, że ktoś spadał też z drabinek, czyli ustawionych na podwórkach konstrukcji z metalowych rur, po których można się było wspinać.
* Fragmenty książki "Czas wolny w PRL" Wojciecha Przylipiaka ** Śródtytuły pochodzą od redakcji
KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>
Wojciech Przylipiak. Dziennikarz, kolekcjoner zabawek z PRL-u, pamiątek, komputerów i elektroniki sprzed lat. Ich historie opisuje na swoim blogu BufetPRL.com. Był redaktorem dodatku "Kultura" do "Dziennika Gazety Prawnej", dziennikarzem magazynu "Esquire", PAP. Współpracuje z czasopismami i portalami kulturalnymi pisząc o popkulturze, także tej sprzed 1989 roku.