Przed wyjściem w teren sprawdźmy kieszenie. Lupa? Jest. Pęseta (co najmniej jedna)? Jest. Potrzebne będą jeszcze mała foliowa strunówka, taka torebeczka, w której bezpiecznie można schować każdy znaleziony drobiazg, i próbówka, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trafimy na przykład na jakiś ciekawy gatunek grzyba, który chcielibyśmy później dokładnie obejrzeć pod mikroskopem.*
Z takim zestawem można już wychodzić, by podbijać świat, a na pewno prowadzić przyrodnicze obserwacje. I właśnie bez takiego podręcznego pakietu Jarek Brodecki nie opuszcza domu.
- Gdy byłem mały, uwielbiałem chodzić do łódzkiego zoo. Kiedy ktoś z rodziny pytał, co chcę robić, zoo było zawsze pierwszą odpowiedzią - wspomina Jarek. - Dużo spacerowaliśmy też po lasach, a na majówki jeździliśmy do parków narodowych. Miałem sześć albo siedem lat, gdy zacząłem robić pierwsze zdjęcia przyrody. Fotografowałem jeże, gąsienice, motyle zawisaki. Ich larw nie zobaczyłem później już nigdy! Wtedy też wyciągałem muchy z pajęczyn i karmiłem nimi ropuchę. Przychodziła do mnie codziennie przez kilkanaście dni - chwali się.
Jarek uwielbiał te wycieczki, ale przekonał się też, że wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać, by obserwować zwierzęta i rośliny.
Miejska dżungla
- Miejska przyroda jest niesamowita, tylko trzeba otworzyć na nią oczy - przekonuje. - Pierwsze badanie naukowe przeprowadziłem właśnie w mieście, byłem wtedy w czwartej klasie podstawówki. Zaplanowałem, że będę badał, w jakich godzinach do karmnika w ogrodzie babci przylatuje najwięcej ptaków. Co dziesięć minut zaglądałem do karmnika, liczyłem i kolorowymi mazakami zapisywałem: sikorki bogatki, modraszki, sójki, sroki, dzięcioły czy mazurki. Do dziś pamiętam dwie rzeczy: najwięcej równocześnie zaobserwowałem trzydzieści dwa ptaki, za to gil przyleciał do karmnika tylko raz.
Ostatnio Jarek obserwuje zbiorniki wodne w Łodzi, gdzie mieszka. Dolina rzeki Sokołówki, która płynie niemal przez całe miasto, jest według niego fascynująca.
- Niektórzy myślą, że mamy tu las bez życia, a ja właśnie dziś słyszałem zimorodka! I na pewno w okolicy mieszka więcej niż jeden. Liczę, że wkrótce je zobaczę - Jarek ekscytuje się na samą myśl.
No dobrze, ale czy przyrodę obserwuje się tylko dla przyjemności? Jarek mówi, że im więcej człowiek o niej wie, tym bardziej się zastanawia, co może zrobić, żeby jej pomóc.
Czas na domki dla owadów
Jarek od kilku lat bada, jak zmienia się bioróżnorodność w jego okolicy, oznacza gatunki.
- W jednym miejscu wykryłem dużo krajowych płazów, między innymi żaby moczarowe, które w okresie godów są niebieskie - opowiada. - Chciałbym, żeby znalazły się pod specjalną ochroną. W tym roku ktoś wywiózł tu gruz, teren rozjeżdżany jest quadami. A gdyby stała tu tablica mówiąca, że to cenne miejsce, to i ludziom bardziej zależałoby, żeby o ten teren dbać - podkreśla.
Dzięki zaangażowaniu Jarka w dwóch łódzkich parkach staną specjalne domki dla owadów, zbudowane będą też miejsca do zimowania dla jeży. Zamiast przystrzyżonych trawników wyrosną łąki kwietne - bo na uporządkowanych trawnikach, nawet bez naturalnie opadłych liści, owady nie mają się czym żywić. Jarek najpierw taką łąkę kwietną przetestował przed własnym domem. Rosną tam ostrożenie (możecie je znać jako osty) i inne polne rośliny.
Latem słychać głośne "bzzz", bo łąka przyciąga setki kolorowych owadów. Nie tylko pszczół, ale też trzmieli czy motyli. Oczywiście żeby wprowadzić takie rozwiązania w parku, dla całego miasta, potrzeba o wiele więcej pracy, pieniędzy i przede wszystkim - pozwolenia. Dlatego Jarek zgłosił projekt kwietnych łąk do Łódzkiego Budżetu Obywatelskiego.
To rodzaj konkursu, mieszkańcy proponują w nim projekty i rozwiązania, które mogłoby zrealizować miasto. By zgłosić pomysł, nie trzeba być pełnoletnim, i Jarek z tego skorzystał. Następnie mieszkańcy głosują. Te propozycje, które zdobędą największe poparcie, zostają wprowadzone w życie. Jarek przekonał do swoich łąk ponad tysiąc osób!
- Nie zawsze się udaje - mówi szczerze chłopak. - Na przykład kiedy w szkole z kolegami próbowaliśmy zdobyć pieniądze na szklarnię, nasz pomysł przepadł. Ale nie można się łatwo poddawać.
Jarek właśnie rozpoczął nowy projekt dotyczący mikrotworzyw.
- Badam, jak dużo jest w rzekach plastiku, ile jedzą go zwierzęta i jak to wpływa na ich zdrowie - wyjaśnia. - Obserwuję też, jak zmiany klimatu wpływają na gody płazów, czyli na to, jak rozmnażają się chociażby żaby. Na przykład ostatni kwiecień był tak ciepły, że niektóre zbiorniki wodne szybko wyschły i kijanki nie zdążyły się wylęgnąć ze skrzeku. To oznacza, że w ogóle nie przybyło tam płazów, a to zmienia cały ekosystem, zaburza naturalną równowagę. Takie małe przyrodnicze katastrofy składają się na wielką katastrofę, która dotyka całą planetę - dodaje.
To nie jest głupia moda
Zdaniem Jarka, aby rozwiązać tak wielki problem, wiele osób musi działać razem. Dlatego kiedy usłyszał o tym, że młodzi ludzie na całym świecie regularnie zbierają się na ulicach miast i miasteczek, żeby zwrócić uwagę polityków na zniszczenie środowiska, wiedział, że musi się do nich przyłączyć. Wydarzenie nazwano młodzieżowym strajkiem klimatycznym.
Gdy Jarek brał w nim udział po raz pierwszy, transparenty szykował sam. Przy kolejnych strajkach robił to już z przyjaciółmi. Przed południem wyszli razem ze szkoły, by w centrum miasta spotkać się z innymi młodymi ludźmi. Niektórzy śpiewali, inni grali na bębnach. Wszyscy skandowali, między innymi że nie chcą, by dalej wydobywano węgiel, i że czas zadbać o przyrodę.
- Po ostatnim strajku czytaliśmy o sobie w internecie: "Głupki, protestują, bo to modne". Czy naprawdę tak trudno uwierzyć, że młodzi po prostu walczą o przyszłość planety, czyli naszą? - pyta.
I dodaje: - Nie możemy się zniechęcać. Jeszcze w zeszłym roku byliśmy małą śnieżką, teraz jesteśmy śniegową kulą, a w przyszłości, mam nadzieję, nasze działania spowodują lawinę zmian.
Jarek chętnie opowiada o swoich odkryciach na Facebooku. Jego zdjęcia i filmy znajdziecie na profilu Lasem Myślący.
*Fragmenty książki "Young power. 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat" Justyny Sucheckiej