Społeczeństwo
Mieszkańcy wielu miast chińskich spędzają większość czasu w domu, do pracy wrócą dopiero za kilkanaście dni (fot: Shutterstock.com)
Mieszkańcy wielu miast chińskich spędzają większość czasu w domu, do pracy wrócą dopiero za kilkanaście dni (fot: Shutterstock.com)

"Jakoś to będzie"

Piotr mieszka z żoną w Chongqing, jednym z miast graniczących z prowincją Hubei, gdzie mieści się miasto Wuhan - ognisko koronawirusa. Od połowy stycznia każdy dzień rozpoczyna sprawdzaniem komunikatów dotyczących epidemii w specjalnej aplikacji lub w najpopularniejszym w Chinach komunikatorze - WeChacie.

- Dane są bardzo szczegółowe, można śledzić aktualną liczbę osób zakażonych, wyleczonych, potencjalnie zakażonych oraz zmarłych. Da się nawet sprawdzić, ile osób zakażonych przebywa w dzielnicy, w której mieszkamy. Jesteśmy dokładnie informowani o wszystkich procedurach - jak zabezpieczać się przed wirusem, pod jaki szpital kto podlega. Po wpisaniu numeru lotu można sprawdzić, czy ktoś z rodziny lub znajomych podróżował z osobą zakażoną wirusem, pod warunkiem że zgłosiła się ona do szpitala - opowiada Piotr. Twierdzi, że Chińczycy wyciągnęli naukę z epidemii SARS i tym razem informują na bieżąco o sytuacji w kraju [miejscowa biurokracja ukryła epidemię, mediom zakazano o niej pisać, celem było uratowanie renomy prowincji Guangdong - eksportowej bazy Chin, gdzie wybuchła epidemia - przyp. red.].

Pod koniec grudnia w mieście Wuhan wybuchła epidemia koronawirusa (fot: Shutterstock.com)

Żona Piotra jest Chinką. Gdy tylko zaczęło się mówić o epidemii, kupiła w aptece 200 maseczek. Dziś to produkt trudno dostępny, w wielu miastach Chin ludzie ustawiają się w długich kolejkach po maseczki i środki odkażające. Nie ma pewności, że jednych i drugich starczy dla wszystkich. Niekiedy dochodzi nawet do przepychanek i awantur.

Piotra to jednak nie dotyczy. - Jesteśmy przygotowani. Mamy też zapas jedzenia w domu. Jakby czegoś zabrakło, zawsze możemy zamówić z marketu dostawę do domu. Chiny są o tyle fajne, że jakby się bardzo chciało, nie trzeba by w ogóle wychodzić z domu - opowiada.

Piotr i jego żona dni spędzają leniwie, bo do pracy nie chodzą. Ona na co dzień zajmuje się domem, on jest nauczycielem - planowo ma wrócić do obowiązków 17 lutego. Do tego czasu z domu będzie się ruszać wyłącznie na spacer z psami. Obowiązkowo w maseczce chirurgicznej. - Ludzi unikamy, zwłaszcza tych bez masek, ze znajomymi też się na razie nie widujemy. Dla wspólnego dobra. Po spacerze myjemy dokładnie ręce, odkażamy psy. Mamy podejście: "jakoś to będzie, jak będziemy ostrożni". Zapewne liczba osób zakażonych jeszcze wzrośnie, ale wierzymy, że w końcu wszystko wróci do normy. Nie lekceważymy komunikatów, ale też nie szalejemy ze zmartwienia. Jak wrócę do pracy, na pewno będę unikał transportu publicznego, trochę więcej niż zwykle wydam na paliwo - planuje.

Przez myśl by mu nie przeszło, żeby na czas epidemii przenieść się do Polski. - Żona musiałaby mieć wizę, a w tej sytuacji mogłaby jej nie dostać. Bez żony oczywiście nigdzie nie pojadę. Poza tym atmosfera w Polsce jest taka, że bardziej bałbym się o nią tam niż tutaj. Jakby ktoś zobaczył Chinkę, to od razu pomyślałby, że zakażona - mówi Piotr.

Podchodzi do obecnej sytuacji tak jak Chińczycy - akceptuje to, co się dzieje i stosuje się do zaleceń. Podobnie jak miliony innych mieszkańców Chin wziął udział w zbiórce pieniędzy dla lekarzy walczących z epidemią oraz dla ofiar koronawirusa. - Zebraliśmy już ponad 400 milionów yuanów, czyli ponad 250 milionów złotych. To taki nasz chiński WOŚP - śmieje się. Ma jednak znajomych, przede wszystkim są to obcokrajowcy mieszkający w Chinach, którym epidemia wirusa pokrzyżowała plany. - Koleżanka z Rosji do zeszłego piątku nalegała, żebyśmy spotkali się w klubie na jej urodziny. Inni narzekają, że wirus zepsuł im wakacje.

Teściowa nie śpi po nocach

Kasia, która mieszka w 1,5-milionowym Zhoushan, na południu od Szanghaju, podobnie jak Piotr, dzień zaczyna od wyprowadzenia psa na spacer i sprawdzenia komunikatów w związku z epidemią koronawirusa. Zajęcia w szkole jej córki zostały zawieszone, rozpoczną się dopiero 17 lutego. Ale Kasia nie stresuje się zanadto. Serce zaczyna jej bić szybciej, gdy wchodzi na polskie strony internetowe i zaczyna czytać dramatyczne relacje z tego, jak wygląda obecnie życie ludzi w Chinach. - Czytam, że nie mamy co jeść, bo półki sklepowe są puste, że jesteśmy więzieni, musimy siedzieć zamknięci w domach. To sianie paniki na ogromną skalę. Moja rodzina i znajomi wydzwaniają do mnie dniami i nocami i pytają, gdzie mnie zamknęli i czy nie umieram z głodu. Teściowa nie śpi po nocach, bo martwi się o mnie i wnuczkę. Zaczyna podejrzewać, że ją okłamuję, bo jestem podejrzanie spokojna - opowiada Kasia.

Sklep spożywczy w mieście Zhoushan, w prowincji Zhejiang. W sklepach nie brakuje produktów. Zdjęcie wykonane 1 lutego 2019 roku (fot: KaSia Le/ Facebook.com)

Przyznaje, że w aptekach brakuje maseczek i środków dezynfekujących, ale produkty są na bieżąco dowożone. - Długie kolejki i walki o maseczki to sytuacje wyjątkowe - tłumaczy. W sklepach brakuje produktów żywnościowych, ale jej zdaniem to ze względu na święta - w Chinach w zeszłym tygodniu trwały obchody Nowego Roku. - To, co dla Polaków brzmi dramatycznie, dla nas w tym momencie jest zrozumiałe. Decyzja o ograniczaniu przemieszczania się jest bardzo dobra, bo tylko w ten sposób da się opanować epidemię. Tu się nic nadzwyczajnego nie dzieje, wszystko jest robione dla dobra ludzi. Nikt nikogo nie więzi, możemy normalnie chodzić po mieście - tłumaczy Kasia. - Część restauracji jest otwarta, można zamawiać jedzenie do domu. Odbiór zamówienia odbywa się jednak nie w mieszkaniu, a przy bramie wjazdowej na osiedle. Ale tak się dzieje również jak nie ma epidemii, bo wiele osiedli w Chinach jest strzeżonych i nie wpuszcza się obcych na ich teren - wyjaśnia.

Otwarty sklep w mieście Zhoushan, w prowincji Zhejiang. Zdjęcie wykonane 1 lutego 2019 r. (fot: KaSia Le/ Facebook.com)

Maseczki na telefon

Denis Gierczak, który od czterech lat mieszka w 20-milionowym Szanghaju, kilka dni po wybuchu epidemii zaczął kręcić minireportaże wideo, pokazujące, jak wygląda sytuacja w jego mieście. - Zrobiłem to ze względu na babcię i siostrę, które są w Polsce i bardzo panikują. Chciałem im pokazać, że co prawda wdrożone zostały pewne środki ostrożności i mamy jakieś ograniczenia, ale nie jest tak źle, jak się wielu wydaje - mówi. Denisowi udało się nakręcić ogromne kolejki do aptek po maseczki i środki dezynfekujące. - W niektórych aptekach maseczki są, w wielu nie ma ich wcale, w innych jest zaledwie kilkadziesiąt sztuk. Tam, gdzie mieszka rodzina mojej dziewczyny - w Zhuhai na granicy z Macau oraz XuanCheng w prowincji Anhui - był duży problem z dostępnością maseczek, więc wysyłaliśmy im kilka z Szanghaju - opowiada.

Kolejka do apteki, Szanghaj (fot: Denis Gierczak)

Aby ograniczyć sytuacje, w których mnóstwo ludzi stoi w kolejkach do aptek - co zwiększa ryzyko zakażenia - w niektórych miastach chińskich wprowadzono specjalny system zdalnego zakupu maseczek. - Od soboty w Anhui zamawia się je za pomocą aplikacji ELeMa, która przypomina aplikację UberEats służącą do zamawiania jedzenia do domu. Wprowadzono również limit - raz na dwa dni można kupić maksymalnie pięć maseczek. W Szanghaju od niedzieli na maseczki zapisujemy się w administracji osiedla. Administracja informuje telefonicznie, kiedy maski się pojawią, i kierują cię do odpowiedniej apteki. Obowiązuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. I również można maksymalnie zamówić pięć sztuk - tłumaczy Denis.

Nowe obowiązki wprowadzono dla osób powracających z podróży. - Zanim wejdą na osiedle, muszą zarejestrować się w administracji, poinformować, skąd przyjechali, jakim środkiem transportu podróżowali. Jest im mierzona temperatura i zalecana dwutygodniowa kwarantanna - opowiada.

 

W większości sklepów, centrów handlowych, stacji benzynowych czy przystanków autobusowych mierzy się ludziom temperaturę. Na jednym ze swoich filmów Denis pokazał, jak wygląda sytuacja w supermarketach. Niektórych produktów rzeczywiście brakuje, część półek jest zupełnie pusta. Jego zdaniem sklepy pustoszeją, bo Chińczycy robią spore zapasy "na wszelki wypadek".

Kolejki do aptek w Szanghaju (fot: Denis Gierczak)

W maseczce, czapce z daszkiem i w kapturze

Jagoda, która w listopadzie przyjechała do Chin odwiedzić swojego chłopaka, nie jest tak spokojna jak Piotr, Kasia i Denis. Mieszka obecnie w Guangzhou, gdzie jej zdaniem jest ogromna panika. - Od ponad tygodnia siedzę w domu odizolowana od wszystkich i wychodzę tylko wtedy, kiedy skończy już mi się jedzenie w lodówce. Zakładam maskę, rękawiczki i czapkę z daszkiem, a na czapkę jeszcze kaptur, bo słyszałam, że wirusem można się zakazić również przez uszy - opowiada Jagoda. Po powrocie do domu dezynfekuje wszystkie produkty z supermarketu, telefon, klamki. Ubrania, które miała na sobie, pierze, a następnie bierze prysznic.

Jagoda opisuje sytuację w Guangzhou: - Otwarte są tylko największe supermarkety i apteki, niektóre kawiarnie. Części produktów brakuje - mięsa, warzyw, nabiału. Większość ludzi czas spędza w domach i gotuje, więc podejrzewam, że to może być powód, po prostu wykupują żywność. Nie sądzę, żeby półki były puste z powodu świąt. W ubiegłych latach również odwiedzałam Chiny w Nowy Rok i nigdy się z czymś takim nie spotkałam - mówi. Opowiada, że w aptekach nie ma maseczek, środków dezynfekujących. Przed wejściem do autobusu czy do sklepu ludziom sprawdza się temperaturę termometrem bezdotykowym. - Kilka dni temu podczas takiego mierzenia okazało się, że mam stan podgorączkowy. Zbiegło się wokół mnie kilku pracowników sklepu i zastanawiali się, czy nie zabrać mnie do szpitala. Sprawdzili temperaturę jeszcze kilka razy i okazało się, że jest trochę niższa niż wcześniej - pewnie się zgrzałam - opowiada.

Jagoda zdradza, że chorowała przez trzy tygodnie, zanim jeszcze o koronawirusie zrobiło się głośno. - Miałam kaszel, ból gardła i mięśni, ból w klatce piersiowej. Dzwoniłam do szpitala, powiedzieli, że skoro nie mam gorączki, powinnam się leczyć w domu - opowiada. Powrót do Polski? Nie miała wyznaczonej daty i nie planuje wracać ze względu na koronawirusa.

O powrocie do Polski myślała z kolei Magda, która w Harbinie, na północy Chin, mieszka z mężem i 1,5-miesięcznym dzieckiem. Postanowiła zostać. - Musielibyśmy się przesiadać na lotnisku w Pekinie. A to miejsce mnie obecnie przeraża - ryzyko zakażenia byłoby tam o wiele większe niż na naszej prowincji. Więc na razie siedzimy w domu, wyjścia z dzieckiem ograniczam do minimum - stwierdza.

"Jedyna choroba, jaka mi grozi, to depresja"

Na ulicach wielu chińskich miast jest pusto. Ludzie większość czasu spędzają w domach. Do pracy nie pójdą jeszcze przez co najmniej tydzień, dwa, a może i dłużej, jeśli epidemia nie zostanie opanowana. Dla Denisa to kłopot - nie może usiedzieć w domu, choć jego dziewczyna prosi go, aby ograniczył wyjścia do minimum. - Mam wrażenie, że jedyna choroba, jaka mi teraz grozi, to depresja - mówi ironicznie. Opowiada, że Chińczycy z nudów zaczęli oglądać transmisję online z budowy nowych szpitali w Wuhan. - W pewnym momencie śledziło ją 8,5 miliona ludzi - mówi. Jego dziewczyna z kolei w końcu znalazła czas na czytanie książek, które od miesięcy kurzyły się na półkach. Ćwiczy jogę, medytuje, piecze chleb, gotuje.

Zamknięty wjazd i wyjazd z jednej z podmiejskich wiosek w okolicach miasta Ganzhou (fot: materiały archiwalne)

Karola, która ostatnie tygodnie spędziła z mężem w Qingdao, dostrzega w obecnej sytuacji wiele plusów. - W końcu mamy więcej czasu dla siebie. Oglądamy filmy, gramy w gry, wychodzimy na spacer, przyrządzamy herbatę w tradycyjnie chiński sposób. Mąż gra też na gitarze, więc czasami daje mi mały koncert - opowiada. Mąż Karoli jest Meksykaninem. Małżeństwo do Chin przeprowadziło się zaledwie pół roku temu. - Mamy ciekawy początek nowego rozdziału w życiu - dwa tygodnie po naszym przyjeździe do Chin był tajfun, teraz szaleje wirus. Ciekawe, co będzie następne.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.