Społeczeństwo
Brugia (mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone)
Brugia (mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone)

Kosmopolityczna stolica*

Tam, gdzie leży Bruksela, Bruxelles, Brussel, Brussel, Brussels, stolica Belgii i stolica zjednoczonej Europy - organizm niemal samoistny, który zapewne byłby w stanie poradzić sobie i bez obu zwaśnionych prowincji - Flandrii i Walonii - gdyby miało dojść do rozpadu federacji. Tyle że jak to w Belgii, znów nie do końca jest tu mowa tylko o samej Brukseli.

(...) Mieszka tu sześćdziesiąt tysięcy Francuzów, czterdzieści tysięcy Marokańczyków, trzydzieści siedem tysięcy Polaków, trzydzieści trzy tysiące Rumunów, trzydzieści jeden tysięcy Włochów, dwadzieścia siedem tysięcy Hiszpanów, dwadzieścia tysięcy Niemców. Mówi się stu czterema językami. Ale ilu jest Walonów albo Flamandów - nie wiadomo. Nie wiadomo, ponieważ mieszkaniec Brukseli to nie Walon czy Flamand, to po prostu brukselczyk.

Plac Luksemburski (mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone)

Bruksela jest niezależna pod każdym względem - gospodarczym, finansowym, obyczajowym, mentalnym, kulturowym, językowym. Dochód na osobę jest tu prawie o osiemdziesiąt procent wyższy niż gdziekolwiek indziej w kraju. Ceny zresztą, jakże by inaczej, także, i to od razu trzykrotnie! Nic dziwnego, pracuje tu ponad trzydzieści tysięcy urzędników Komisji, kolejne dziesięć tysięcy urzędników Rady, trzy tysiące pracowników Parlamentu Europejskiego, dwadzieścia tysięcy świetnie opłacanych lobbystów, blisko tysiąc korespondentów (opłacanych zdecydowanie gorzej), pięć tysięcy czterystu dyplomatów (też dobrze opłacanych), pięć tysięcy urzędników NATO, tysiące urzędników czterdziestu międzynarodowych organizacji. Jest z kogo zdzierać.

Coś, co na belgijskiej prowincji wydaje się niemożliwe, tutaj jest oczywiste. Spróbujcie w Arlon na południu kraju załatwić jakąś sprawę w urzędzie, posługując się tylko językiem angielskim. Nic z tego. Ale w Brukseli to rzecz jak najbardziej naturalna. Zwrócicie się po angielsku do urzędnika na poczcie, odbierając list polecony? Nie ma sprawy, urzędnik, który nie znałby tego języka, poczułby się bardzo niekomfortowo. Ale bez obaw, wszyscy znają nie tylko angielski, często także włoski, bardzo często hiszpański i oczywiście również niemiecki. Równie łatwo porozumiecie się po angielsku, kupując bilet w kinowej kasie, z kierowcą autobusu miejskiego, policjantami, obsługą stacji benzynowej, pracownikami w urzędach komunalnych i bankach. Oczywiście każdy z nich z wdzięcznością i sympatią doceni fakt, że mówicie po niderlandzku, niemiecku lub francusku - chcecie jednak załatwić swoją sprawę w języku angielskim, nie ma problemu, nikt wam nie odburknie, że "tu jest Belgia" i angielski nie jest językiem urzędowym. Belgom, chociaż oczywiście nie każdy rodzi się tu poliglotą, przychodzi to łatwiej niż innym nacjom, ponieważ nie ma czegoś takiego jak język belgijski, a urzędowe są trzy.

Parlament Europejski (mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone)

Wątpliwość sama ciśnie się na usta. Skoro nie ma jednego wspólnego języka, to czy w Belgii żyją Belgowie? Ha! I tak, i nie. To jest kwestia czysto osobista i absolutnie umowna. Istnieje oczywiście obywatelstwo belgijskie, ale dla mieszkańców tego kraju ma ono inne znaczenie niż, na przykład, w Polsce lub Niemczech. Zwykła administracyjna konieczność - tak o tym myślą. Jakieś obywatelstwo trzeba przecież mieć. Zresztą, jak wykazują badania, sześćdziesiąt procent Belgów, gdyby mogło, chętnie urodziłoby się gdzie indziej, więc sprawa obywatelstwa jest dla nich całkowicie drugorzędna. Ci Belgowie.

Kiedy jednak podczas wakacji w Tunezji albo Grecji zapytacie kogoś, skąd jest i kim jest, a traficie na Belga, ten z ociąganiem wprawdzie, ale przyzna, że jest z Belgii, ale zaraz doda, że jest Belgiem z Flandrii albo Belgiem z Walonii, czyli w gruncie rzeczy nie do końca jedynie Belgiem jako takim. Na miejscu, w swoim kraju, nierozważne pytanie kogoś o to, czy jest Belgiem, tylko go rozśmieszy. Tu nie będzie żadnych wątpliwości. Pytany odpowie prosto i śmiało: "jestem Walonem" albo "jestem Flamandem", żadnym tak po prostu Belgiem, to nie wchodzi w rachubę. Na co dzień jest się tym, kim chce się być, obywatelstwo pojawia się dopiero podczas zagranicznego wyjazdu.

A mieszkaniec Brukseli, który z pochodzenia i języka jest Walonem albo Flamandem? Tu sprawa wydaje się jeszcze prostsza - to brukselczyk. Mieszkaniec stolicy Europy jest ponad te wszystkie prowincjonalne podziały i spory, wyróżnia się na tle pozostałych obywateli kraju, należy jakby do innej kasty. Brukselskiej właśnie. Ma swój rząd i parlament, swoją odrębną administrację i policję, swój odrębny porządek, własnych adwokatów, szkoły, media, posłów i ministrów. Żeby się urodzić, chodzić do szkoły, zdobyć dobre wykształcenie, nawiązać kontakty, wejść w dorosłe życie, założyć rodzinę, zrobić karierę, dojść do majątku i w końcu umrzeć - brukselczyk nie potrzebuje ani Flandrii, ani Walonii, ani północy, ani południa swojego kraju. Żyje według własnego fasonu, jego otoczenie nie z tego jest świata. To jeszcze wprawdzie nie Paryż, ale już i nie Zurych.

mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone

Tym, czego potrzebuje z Belgii jako takiej, jest wybrzeże, sto kilometrów na zachód od miasta. Chętnie tam wypoczywa, oddycha i nabiera sił, a zaludnia je zawsze wtedy, kiedy i tak wszyscy tam jadą.

Czy mieszkaniec flamandzkiej Ostendy interesuje się tym, co dzieje się w walońskim Liege (Luik, Luttich)? A antwerpijczyk sytuacją w Namur (Namen, Nameur, Namur)? Należy w to wątpić. Każde miasto w Belgii, podobnie jak region, w którym leży, jest, jak w średniowieczu, światem samym dla siebie. Limburgia na północnym wschodzie, oddalona od Brukseli na mapie o sto pięćdziesiąt kilometrów, dla brukselczyka leży na końcu świata, nic go z nią nie wiąże ani nie łączy, nie ma tam żadnego interesu, a ciekawość nie jest cechą wrodzoną Belga.

Mój sąsiad, pilot samolotów pasażerskich, zna Hongkong, Addis Abebę, Singapur, Abu Zabi, a także wiele miast europejskich. Ale nigdy nie był na zachodzie kraju w Ypres (Ieper), zapisanym krwią na kartach historii Wielkiej Wojny, i nie wie, gdzie leży Genk w Limburgii. Kiedy go zapytałem, czy był już w Mechelen położonym trzydzieści kilometrów na północ od Brukseli, najbardziej chyba urokliwym w tym kraju mieście, w którym jest jedna z najstarszych katedr Europy i w którym założono pierwsze biskupstwo w Belgii, odpowiedział mi pytaniem: "A po co?". (...)

Walonia kontra Flandria**

Każdy zagraniczny dziennikarz, poza problematyką unijną i sprawami NATO, powinien interesować się także wewnętrzną polityką Belgii, kulturą, sportem, gospodarką, zbierać informacje i obserwować wydarzenia w Walonii i Flandrii, bo przecież również tam coś się dzieje. Powinien. Ale to wcale nie jest takie proste. Znów bowiem napotykamy na przeszkody językowe. Belgijskie media obsługują własne regiony i własnych odbiorców językowych. Francuskojęzyczna gazeta z południa nie informuje o wydarzeniach na północy, w mówiącej po niderlandzku Flandrii. I odwrotnie. Podobnie jest z książkami. W Antwerpii nie kupimy ot, tak książki po francusku w Mons (niderl. Bergen) po niderlandzku. Chyba że w księgarni z literaturą obcojęzyczną. Zdecydowana większość książek autorów flamandzkich wydawana jest zresztą i drukowana w Amsterdamie, autorów francuskojęzycznych w Paryżu. Dopiero wtedy mają szansę stać się belgijskimi bestsellerami.

mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone

Nakłady książek są podobnie niskie jak w Polsce, tyle że w Belgii żyje prawie cztery razy mniej ludzi, a rynek francuskojęzyczny jest dwunastokrotnie mniejszy od polskiego. Wielkim bestsellerem jest tu książka, która osiągnie nakład pięciotysięczny.

Ach te języki! W krajach o jednolitej strukturze język służy do komunikacji. W Belgii też, ale oczywiście nie tylko. To przedmiot sporu i symbol odrębności, a historycznie także narzędzie ucisku i dominacji. My Polacy należymy do narodów, które słuchają opowieści o językach jak bajki o żelaznym wilku. Na całe szczęście nasz język w Krakowie brzmi tak samo jak w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu. U nas tak, ale nie w Belgii. Na jej małej przestrzeni występują dziesiątki używanych na co dzień dialektów.

Jeszcze na początku XX wieku sędziowie we Flandrii wydawali wyroki tylko w języku francuskim, bez tłumaczeń, więc większość skazanych, i wszyscy z tak zwanego prostego ludu, nie mieli pojęcia, za co i dlaczego zostali ukarani. Podczas pierwszej wojny światowej oficerowie armii belgijskiej posługiwali się jedynie francuskim i w nieludzki sposób szykanowali rekrutów flamandzkich, którzy ich nie rozumieli. To z Flandrii, nie zaś z Niemiec pochodzi trywialne i jednocześnie dramatyczne określenie Kanonnenfutter - mięso armatnie. Tym mięsem armatnim byli Flamandowie, wysyłani przez bezwzględnych francuskojęzycznych oficerów wprost pod ogień niemieckich karabinów maszynowych.

Dopiero w 1930, sto lat po odzyskaniu przez Belgię niepodległości, na prastarym uniwersytecie w Gandawie we Flandrii wprowadzono, wcześniej zabroniony, niderlandzki jako język wykładowy. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku podczas posiedzeń rady ministrów wolno było używać tylko francuskiego. Dzisiaj są one tłumaczone symultanicznie.

mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone

Flamand, który wybrał jakąkolwiek karierę w służbie państwa, musi zapomnieć, z jakiej części kraju pochodzi. O niderlandzkim nie tylko Walonowie mówili, że jest językiem aux animaux et aux domestiques , językiem "psów i służby". Całe pokolenia Flamandów wyrosły w przekonaniu, że ich język jest mniej wartościowy od francuskiego, a więc mniej warci są i oni sami. Wstydzili się mówić po niderlandzku i nie przyznawali się do tego, że niderlandzki znają. Takie też było źródło cywilizacyjnego kompleksu Jacques'a Brela i przecież nie tylko jego.

(...) Dzisiaj, po wielu reformach i kompromisach, oba języki są w Belgii oficjalnie równoprawne, występują obok siebie na szyldach, drogowskazach, w urzędach, na tablicach autobusów i w nazwach ulic, na etykietach w sklepach, w opisach produktów, na poczcie i na dworcach, na kartach menu w restauracjach, w metrze, reklamie, na opakowaniach papierosów, w muzeach i kościołach, zwłaszcza w strefach wielojęzycznych. Jest to wielki sukces belgijskiej demokracji, ponieważ kompromis został osiągnięty w toku długotrwałych i uciążliwych debat, konsultacji, dyskusji i na drodze regulacji prawnych, bez dramatycznego przelewu krwi, aktów agresji i terroru.

(...) Któregoś letniego dnia, kiedy kręciłem reportaż na jednym z placów Brukseli, obok zatrzymał się samochód i jego kierowca łamanym angielskim zapytał mnie o ulicę. Naokoło stało wiele innych aut, ale on zdecydował się podejść właśnie do mnie. Zapytałem go potem dlaczego. Dlatego, powiedział, że jest z Flandrii, a po mojej rejestracji (samochód TVP był na polskiej) zorientował się, że jestem nie brukselczykiem, lecz obcokrajowcem, kimś w podobnej jak on sytuacji. "Wiedziałem", powiedział, "że pan będzie dla mnie życzliwy, że z panem jakoś się dogadam, podczas gdy tamci by mnie wyśmiali". Ci Belgowie.

mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone

Rynek prasowy jest wprawdzie dwujęzyczny co do zasady, nie brakuje też francuskich czy flamandzkich stacji radiowych i telewizyjnych. Ale ktoś, kto w Brukseli będzie słuchał tylko stacji nadających w języku niderlandzkim, nie dowie się w ogóle, co wydarzyło się we francuskojęzycznym Namur, pięćdziesiąt kilometrów na południe od Brukseli, kto jest premierem Walonii, czy warto odwiedzić Dinant, jakie problemy mają tamtejsze szkoły i jaka jest sytuacja na autostradach. Żeby to wszystko wiedzieć, trzeba też słuchać programów francuskojęzycznych. I oczywiście odwrotnie. Walońskie stacje radiowe nie informują o korkach na autostradach wokół Antwerpii czy Gandawy we flamandzkiej części kraju, a serwisy stacji telewizyjnych nie podają, co wydarzyło się na północ i zachód od Brukseli.

Flamandzkie rodziny spędzające urlop w Ardenach to dla miejscowych "Holendrzy". A ponieważ nie do końca potrafią się ze sobą porozumieć, dzieci wracają do domów na północy Belgii z przekonaniem, że były na wakacjach we Francji.

A przy tym doświadczenie uczy, że mieszkańcy Flandrii o wiele lepiej radzą sobie z językami od Walonów. Już chociażby dlatego, że północna i zachodnia Belgia, czyli Flandria, żyje głownie z usług i wymiany, z międzynarodowego handlu i kontaktów, których fundamentem są nie tylko zdolności i wytrwałość, ale i otwartość na świat i na innych ludzi.

Flamandowie znają języki obce i chętnie się nimi posługują, także francuskim, który przez setki lat był językiem komunikacji nie tylko w ich kraju, ale i w całej Europie. Statystyki mówią, że są oni też bardziej od Walonów mobilni i bardziej od nich ciekawi swojego wielokulturowego kraju. Do dzisiaj w sklepach Antwerpii, Gandawy czy Brugii można swobodnie posługiwać się francuskim i być w tym języku także uprzejmie obsłużonym! W drugą stronę wygląda to znacznie gorzej - wielu Walonów żywi najświętsze przekonanie, że żaden inny język poza francuskim nie jest im potrzebny.

Brugia (mat. prasowe / wszystkie prawa zastrzeżone)

Wspólny rytuał

Ale istnieje coś, co bez rozgłosu i bez wielkich emocji łączy flamandzkiego Lwa z walońskim Kogutem. Coś, co nieobeznanego z belgijskimi obyczajami na pierwszy rzut oka nieco razi i szokuje, i do czego trzeba się przyzwyczaić, jeśli chce się zdobyć i zachować nieco więcej niż tylko przelotne znajomości. To pocałunek na powitanie, w każdej sytuacji, w każdym miejscu i o każdej porze, każdego z każdym, niezależnie od płci, wieku, stanu czy obecności innych. Tradycja tej ceremonii niewiele ma wspólnego z automatyzmem polskiej rewerencji wobec kobiety, którą wyrażamy mniej lub bardziej szarmanckim pocałunkiem składanym na kobiecej dłoni.

Kiedy jeszcze tylko przyjeżdżałem do Brukseli z Bonn, belgijski pocałunek na powitanie od razu rzucił mi się w oczy. Całowali się na "dzień dobry" niezależnie od tego, ile razy w ciągu doby skrzyżowały się ich drogi, mój kamerzysta z dźwiękowcem, montażystka z sekretarką, kolega dziennikarz z innym dziennikarzem, kobieta z kobietą, mężczyzna z mężczyzną, każdy z każdym. Całują się wszyscy: urzędnicy, adwokaci w sądzie, oficerowie wojska, kasjerzy w supermarketach, policjanci, gdy zaczynają lub kończą służbę na komisariacie, piloci samolotów, ochroniarze w parlamencie, stali klienci ze sprzedawcami w kioskach z gazetami.

Któregoś dnia z okna biura obserwowałem interwencję policji na ulicy. Policyjny patrol zatrzymał do kontroli samochód i po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że coś się nie zgadza. Auto miało być odholowane, a trzech pasażerów odwiezionych na komisariat. Wezwano wsparcie. Wkrótce dojechały trzy radiowozy. Policjanci, którzy z nich wysiedli, zanim zajęli się zatrzymanymi, odbyli rytualne pocałunkowe powitania z kolegami. Załoga każdego nowego wozu policyjnego całowała już obecnych, wobec czego najwięcej całusów zebrali ci pierwsi. Dla nikogo, kto choć trochę obeznany jest z tym obyczajem, nie działo się nic szczególnego.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA (fot. Albert Zawada / AG, mat. prasowe)

*Fragmenty książki "W Belgii. Czyli gdzie?" Marka Orzechowskiego. Możecie ją kupić w Publio.pl>>>

**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Marek Orzechowski - pisarz, publicysta, z zawodu dziennikarz, wieloletni korespondent radiowy i telewizyjny w Bonn i Brukseli, z kamerą asystował wejściu Polski do zachodnich struktur, NATO i Unii Europejskiej. Jest współautorem wraz z Günterem Verheugenem książki "Rozszerzenie Unii 2004" opisującej zabiegi o pełną integrację Polski. Nakładem wydawnictwa Muza ukazały się jego książki: "Belgijska melancholia", "Zdarzyło się w Berlinie", "Holandia. Presja depresji", oraz "Europolis, czyli diabeł mieszka w Brukseli" i "Chaos. Nowy porządek świata".