Społeczeństwo
Znajdź w tłumie tego, kto cię śledzi (fot. shutterstock.com)
Znajdź w tłumie tego, kto cię śledzi (fot. shutterstock.com)

Kandydat na "zwyczajnego szpiega" musiał zdobyć kilka podstawowych umiejętności. Przede wszystkim należało nauczyć się chodzić. Tak, chodzić! A w zasadzie poruszać się pod bacznym okiem służby obserwacyjnej kontrwywiadu przeciwnika.

Kanonem - obowiązującym do dziś - było wykorzystywanie tak zwanych tras sprawdzeniowych. Ba, nie tylko ich wykorzystywanie, ale i konstruowanie. Nasi nauczyciele zakładali, że w rzeczywistych warunkach musimy umieć stwierdzić, czy jesteśmy pod obserwacją, czy też nie. Od tego zaczynał się cały proces decyzji operacyjnych, zmierzających do wykonania zadania albo rezygnacji z niego. Typowe zadanie oficera wywiadu gdzieś tam w świecie jest z reguły związane z łącznikowaniem naszego źródła osobowego. I każdorazowo instrukcja otrzymana z Centrali zabraniała wykonania zadania pod obserwacją lub na nie pozwalała.

 - Ha! A co z monitoringiem i kamerami!? - zakrzyknie w tym momencie bystra i wprowadzona w arkana działań wywiadu osoba.

 - Nic! - odpowiem. - Kamery zostaną tam, gdzie były. My uczyliśmy się identyfikować obszary monitorowane, mimo że pod koniec lat 70. kamer jeszcze powszechnie nie instalowano. Bardzo rzadko - jedynie w specjalnych okolicznościach - planowaliśmy jakiekolwiek działania w ich pobliżu.

(fot. shutterstock.com)

Uczono nas wyprowadzania obserwatorów z kontrwywiadu w takie miejsca, gdzie w razie potrzeby mogliśmy zgubić "ogon", i to w taki sposób, aby oni sami winili się za rzekomą nieudolność lub nieuwagę.

Nieustającym zadaniem każdego oficera w terenie było identyfikowanie takich miejsc. Na podstawie poprawnie rozpoznanej i szczegółowo opisanej sytuacji wywiadowczej terenu, zwanej w naszym slangu skrótowo SWT, konstruowano trasy sprawdzeniowe. Najczęściej unikano wykorzystywania tras przez ich autorów. Dlaczego? Bo mogło się zdarzyć, że kontrwywiad mógł w przeszłości niepostrzeżenie odnotować ścieżki, jakimi poruszał się podejrzewany o szpiegostwo nasz człowiek. Nie trzeba wielkiej filozofii, aby przewidzieć, że kiedyś jego śladami będzie się przemieszczał ktoś inny z tej samej branży. Wiedzy tej dostarczał odnotowany wzorzec.

Ideą przewodnią każdej trasy sprawdzeniowej było prowadzenie za sobą ewentualnego "ogona" w taki sposób, aby zmusić członków zespołu obserwacyjnego do ujawnienia swojej obecności. W nauczeniu się sposobu myślenia obcych obserwatorów pomagali nam w trakcie szkolenia w Polsce nasi koledzy z Biura "B" MSW, specjalizującego się w prowadzeniu obserwacji. Nie będę się rozpisywać na ten temat. Dociekliwym, poza kilkoma anegdotami związanymi z takimi zajęciami, zostawię zadanie odnalezienia opisów pogłębionych technik wykrywania obserwacji z pewnością obecnych gdzieś w domenie publicznej.

Zdaje się, że w naszym roczniku zrezygnowano z wykorzystywania samochodów w tym szkoleniu. Nie wykluczam, że epoka "późnego Gierka" ówcześnie wymuszała już rygory oszczędnościowe. Tłumaczono nam, że bardzo często praktyka wskazywała, iż przyzwyczajona do prowadzenia obserwacji samochodowej ekipa kontrwywiadu gubiła się, gdy przyszło jej działać na piechotę. Dziś nie wydaje mi się, aby ta teza była prawdziwa. Ale wtedy z całą pewnością świadomie wykorzystywaliśmy moment, gdy obserwatorzy musieli opuścić swoje pojazdy i kontynuować zadanie pieszo. Taki ruch zdradzał ich obecność, co więcej, wymuszał pokazanie twarzy, sylwetek, ubiorów, ukrytych do tej pory za szybami samochodów. Ja z reguły polowałem na buty. Buty? Tak.

(fot. shutterstock.com)

W trakcie szkolenia uświadamiano nam, że ekipa obserwacyjna ma zwykle do dyspozycji szatnię operacyjną, najczęściej ukrytą w samochodzie dostawczym. Tam mogą się szybko przebrać i zabrać na ulicę nowe rekwizyty takie jak torba, plecak czy parasol. Czynnik czasu powoduje, że zbyt długie przebieranie się może skutkować pozostawaniem w tyle, w nadmiernej odległości od obserwowanego figuranta. A to wymusza czasem podbieganie takiego spóźnionego obserwatora. A podbieganie zwraca uwagę na człowieka, który tym samym wyróżnia się wśród innych przechodniów lub na pustej ulicy.

Wydedukowałem więc, że szybka zmiana butów jest prawdopodobna bardziej wśród pań niż panów. Zwłaszcza, gdy pan ma buty sznurowane, a nie mokasyny. Podobnie zdjęcie spodni w szatni wymaga trochę czasu. Najłatwiej jest zmienić nakrycie głowy czy marynarkę, płaszcz bądź kurtkę. Buty są więc naturalnym elementem ubioru, który najczęściej pozostaje niezmieniany. Tak jak zegarek.

Oczywiście sztuka identyfikowania obserwujących cię osób jest rzeczywiście sztuką, czyli czymś, do czego ma się predyspozycje albo nie. Niektórzy wykrywają obserwatorów, których tak naprawdę nie ma. To "łowcy duchów". Zbyt ochoczo uważają zwykłych przechodniów za członków ekipy prowadzącej obserwację.

Jeśli was to ciekawi, to zróbcie eksperyment. Siądźcie sobie na ławeczce na przystanku tramwajowym lub lepiej autobusowym. Najlepiej przy szerokim chodniku, przy wyjściu z metra lub centrum handlowego. Poświęćcie kwadrans na obserwację otoczenia. Zobaczycie, ilu podejrzanych osobników kręci się wokół was. Młoda kobieta z wózkiem, w którym chyba nie ma dzieciaka. Facet z brodą, wgapiający się w witrynę sklepu. Gość w kapeluszu czwarty raz kupujący bilet w automacie. Pani w średnim wieku, która - mimo że wieje - nagle zdjęła płaszcz, wywróciła go na lewą stronę i przewiesiła przez rękę. I mimo że odjechało już pięć autobusów, żadna z tych osób nie wsiadła i dalej tkwi tak jak i wy na tym przeklętym przystanku. Każda z tych osób może zostać zaklasyfikowana jako potencjalny członek ekipy obserwacyjnej. Tylko kogo oni obserwują? Was?

(fot. shutterstock.com)

Uporczywe ćwiczenie w realu może jednak poprawić "wykrywalność". Zwłaszcza gdy świadomie wprowadzi się ekipę obserwacyjną w sytuację zwaną przez Amerykanów dźwięcznie hard locker. To stworzenie takich okoliczności, że cokolwiek by obserwator zrobił, będzie źle. Wtedy nawet bardzo "utalentowany" w wykrywaniu "duchów" kandydat na "zwyczajnego szpiega" może zauważyć, że wokół niego poruszają się osoby, które widział w trzech miejscach miasta o bardzo różnym czasie.

Oficer wywiadu, zwłaszcza ten dobrze wyszkolony, z reguły prowadzi z ekipami obserwacyjnymi swoistą grę. Po pierwsze stara się ich nie drażnić. Jeśli już stwierdza obecność obserwacji i to bez cienia wątpliwości, to wyciąga z tego faktu logiczny wniosek - oto miejscowy kontrwywiad usiłuje dociec, czy ma do czynienia z kadrowym pracownikiem wywiadu. I zadaniem owego oficera jest utwierdzić obserwatorów w przekonaniu, że jednak nie. Że jest przedstawicielem frakcji "niewinnych" obcokrajowców, z reguły występującej w pewnej proporcji do całej rzeszy szpiegów. Taki oficer stara się zachowywać nie jak James Bond, ale jak pierdołowata ciamajda. Jak zwyczajny urzędnik administracji państwowej delegowany do pracy za granicą. Jest spokojny. Jest przewidywalny. Nie wykonuje żadnych nieoczekiwanych manewrów. Nie wbiega do bramy, aby wybiec bocznym przejściem na równoległą ulicę. Nie wskakuje w ostatniej chwili do odjeżdżającego autobusu. Jeśli pytał w recepcji hotelu, gdzie znajdzie pobliskie antykwariaty, to pojawia się w tych antykwariatach po kolei i konsekwentnie. Wiedząc, że jeśli obserwatorzy go zgubią, to obstawią wszystkie antykwariaty w okolicy i w końcu go znajdą. Bo o to właśnie chodzi.

Zespół obserwacyjny, który gubi figuranta, zostaje przez szefów opieprzony. I nie dostaje premii. A tego nikt nie lubi. Zwłaszcza nie lubi się przyczyny takich kłopotów. Nie lubi się figuranta, który podejrzanie łatwo gubi się grupie zawodowców. Po takim doświadczeniu następnym razem obiekt prowadzi się krótko i dokładnie. Nasz oficer nie jest absolutnie zainteresowany taką sytuacją.

Stare Kiejkuty (fot. Przemyslaw Skrzydło / Agencja Gazeta)

Dlatego właśnie opiekunowie drużyn w Starych Kiejkutach szczególną wagę przykładali do trenowania pracy pod obserwacją. Pierwsze zajęcia prowadzono na trasach przygotowanych przez kolegów z poprzednich roczników. Drużyny rozjeżdżały się do różnych miast wojewódzkich, gdzie lokalne jednostki obserwacyjne z Wydziałów "B" ćwiczyły razem z nami. Ekipa obserwacji dysponowała wiedzą na temat miejsca i czasu podjęcia, czyli wyjścia figuranta na trasę. Każdą trasę dzielono na kilka odcinków, mniej więcej półgodzinnych. Po każdym takim odcinku musieliśmy przejść przez tak zwany Punkt Kontroli Czasu. Punkt ten pozwalał nam sprawdzić poprawność naszych wyliczeń. Jakich? Ano potrzebnych na późniejszym etapie zaawansowania, gdy wplataliśmy w taką trasę rozmaite zadania wywiadowcze. A te wymagały od nas pojawiania się w określonym miejscu o określonym czasie.

Przykład? Powiedzmy, że po wykryciu, iż jesteśmy pod obserwacją, chcemy planowo zgubić "ogon". Można do tego wykorzystać tłum wychodzący o określonej godzinie z biurowca lub wylewający się ze stacji kolejowej. Taka fala trwa krótko i pojawienie się tam pięć minut przed falą lub pięć minut po niej spowoduje, że nasz plan spali na panewce. Trzeba umieć trafiać w punkt. Punkt Kontroli Czasu.

Taki punkt służył w czasie ćwiczeń także kolegom z ekipy obserwacyjnej. Przypadkowe zgubienie figuranta, za które obserwatorzy nie byli głaskani po główkach, w zasadzie mogło zakończyć ćwiczenie, czasem na bardzo wczesnym etapie. Znajomość kolejnego miejsca i czasu, gdzie obserwowany musiał się pojawić, pozwalała kierownikowi ćwiczenia skierować tam ekipę "betki", aby podjęła figuranta i kontynuowała zabawę.

W działaniach pod obserwacją istotne było wykorzystywanie pewnych efektów psychologicznych. Oto zakładaliśmy - jak to wspominałem wcześniej - że obie strony są pod presją. My, żeby stwierdzić, czy aby na pewno jesteśmy pilnowani, oni - żeby nas nie zgubić i co ważniejsze, żebyśmy obserwacji nie zauważyli. Obserwator siedzący w samochodzie czuje się trochę impregnowany. Pozornie bezpieczny, chroniony przed wykryciem przez iluzoryczną barierę szkła i blachy. Wyjście z samochodu zmienia nieco reguły gry.

(fot. pixabay.com)

Oto obaj zależymy od dynamicznie zmiennej sytuacji na ulicy. Moja przewaga jest przewagą każdego przestępcy, każdego terrorysty. Ja wiem, co chcę zrobić, kiedy i jak. Druga strona najczęściej nie ma wystarczających danych co do moich planów. Nie wie, kiedy wsiądę do autobusu lub taksówki. Kiedy i do jakiego sklepu wejdę. A jak wejdę, to co tam zrobię. Ktoś musi tam za mną podążyć i czuć się jak kompletnie nagi niemowlak, pozbawiony samochodowego pancerza z szyb i blachy. Przed wykryciem chroni go tylko naturalne zachowanie postronnego klienta, który również zamierza przymierzyć dżinsy z wyprzedaży. I jeśli nie odnotowałem obecności tego samego osobnika godzinę wcześniej, przeglądającego jakąś starą księgę w antykwariacie, który odwiedziłem na trasie, to nie mam podstaw do uznania w stu procentach, że jest to obserwator. Mogę jednak spróbować pewnego tricku.

Oto niektórzy zaprzyjaźnieni obserwatorzy sygnalizowali naszym opiekunom, że czują się bardzo niekomfortowo, gdy figurant w trakcie manewrowania na ulicach czy w sklepach niespodziewanie idzie na nich frontalnie, gapiąc się bezceremonialnie. Czasem obserwator reaguje na takie zachowanie nerwowo, potwierdzając tym samym, że prawdopodobnie nie jest przypadkowym przechodniem. Ale nie zawsze tak się dzieje.

Ponieważ takie gapienie się jest odczytywane z reguły jako zachowanie agresywne, może - zamiast spodziewanego zmieszania, konfuzji i podjęcia przez obserwatora próby wywinięcia się z niekomfortowej pozycji - spowodować u niego pewność, że figurant został przeszkolony. Obserwator zostaje wycofany i nie pojawia się więcej w polu widzenia obiektu, aby wywołać wrażenie, że jego podejrzenie było pochopne, że nie miał do czynienia z obserwatorem.

Dlatego ćwiczyliśmy pewien wariant zachowania frontalnego. Sami zróbcie sobie takie ćwiczenie. Stańcie na przystanku autobusowym i wybierzcie sobie spośród współpasażerów jedną osobę. Stańcie tak, aby mieć ją w polu widzenia. Nie patrzcie na tę osobę, ale tuż obok niej, omijając ją wzrokiem o kilkanaście centymetrów, studiując na przykład treść plakatu za jej plecami, informującego o mającym odbyć się za tydzień koncercie. Stwierdzicie, że gapiąc się nie na człowieka, lecz na plakat, możecie opisać w miarę dokładnie kolor włosów, kształt okularów, krój marynarki lub kurtki, rodzaj spodni i butów tej osoby.

 

Jeśli założycie, że wy też jesteście obserwowani, i to nie przez waszą "ofiarę", ale przez drugiego, nieznanego wam obserwatora, to taka technika uchroni was od upewnienia ekipy obserwacyjnej, że pilnują przeszkolonego fachowca.

Ale krok w stronę plakatu i ostentacyjne notowanie miejsca, daty i godziny koncertu może dać wam złudne poczucie, że upewniacie ludzi z "ogona", iż są bezpieczni i faktycznie "niewidzialni w tłumie". Jeśli poprzednio na trasie nie byliście jednak wystarczająco pierdołowaci, to takie pisanie może zadziałać zupełnie odwrotnie. To, że w notatce o koncercie znajdą się także zakodowane szczegóły na temat kurtki, spodni, butów oraz kształtu łysiny i bokobrodów podejrzanego pozostanie prawdopodobnie waszą tajemnicą. Ale może zirytować obserwatorów. Dlatego takiego notowania nasi opiekunowie nie rekomendowali. Ponoć nic tak nie plami jak atrament. Lepiej polegać na własnej pamięci. Jednym słowem - droga przez mękę.

Dlaczego zapamiętywanie takich szczegółów było istotne w trakcie ćwiczeń? Oto po przejściu trasy sprawdzeniowej kursant musiał zdać sprawozdanie i jednoznacznie stwierdzić, czy miał "ogon", czy nie. Opiekun drużyny znał grafik pracy ekip obserwacyjnych i wiedział, który z jego podopiecznych chodził "na pusto". Jeśli taki kandydat na "zwyczajnego szpiega" twierdził, że był obserwowany i skrupulatnie opisywał rzekomych członków śledzącej go ekipy, wpisywał się do grupy "łowców duchów" i stawał się dzieckiem specjalnej troski. Notoryczne wykrywanie "duchów" mogło dyskwalifikować kandydata w kontekście przyszłej pracy operacyjnej w terenie i skazywało go w najlepszym razie na lądowanie w pionie archiwum lub logistyki w Centrali. A przecież nie to było naszym ambitnym celem.

Książkę "Zwyczajny szpieg" można kupić TUTAJ>>>

(fot. materiały prasowe)

Filip Hagenbeck. Oficer wywiadu. Weteran długoletnich misji poza granicami kraju. Na terenach trudnych i gorących, także w warunkach wojennych. Ponoć urodził się 1 kwietnia, ale nie wyciągajcie z tego zbyt daleko idących wniosków. Do niedawna myślał, że resztę swego życia spędzi jak wszyscy szpiedzy - w cieniu. W kapciach, przy kominku, z ukochanym psem, głaszcząc siwiejącą brodę. Pomylił się.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>