Komitet ulotkowy: "Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak cisza wyborcza"
Wtedy 19-letni maturzysta. Robert Łuksza: - Jak przez mgłę to wszystko pamiętam. Minęło przecież 30 lat. Trudno niektóre fakty odtworzyć. Na pewno przed wyborami w 1989 roku mój najstarszy brat, student Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, dostarczył nam do roznoszenia ulotki z instrukcją głosowania i plakaty z Garym Cooperem "W samo południe" Tomasza Sarneckiego.
- Wydaje mi się, że część ulotek dostaliśmy z miejscowego Komitetu w Braniewie - dodaje Jacek. W "komitecie ulotkowym" działali we trójkę: Robert oraz dwaj bracia Radzisowie, 17-letni Jacek i 18-letni Rafał. Przyjaźnili się w szkole i po szkole. Znali się z osiedla.
Braniewo było miejscem szczególnym dla działaczy opozycyjnych. W okresie powojennym w tamtejszym więzieniu izolowano więźniów politycznych. Po wprowadzeniu stanu wojennego przetrzymywano tu ok. 50 działaczy zdelegalizowanej Solidarności.
7 kwietnia 1989 roku po rozmowach działaczy opozycyjnych ze stroną rządową Sejm uchwalił nową ordynację wyborczą. Ustalenia okrągłego stołu pozornie wydawały się niegroźne dla PZPR. 65 procent miejsc w Sejmie, czyli zdecydowana większość, miało przypadać - reprezentującym stronę rządową - koalicjantom PRON - PZPR, ZSL, SD, PZKS, "PAX", UChS, a 35 procent - bezpartyjnym, czyli de facto Solidarności. Do Senatu wybory miały być wolne.
W ludziach odżyły marzenia o wolnym państwie.
- Od 1980 roku nie było w nas tyle nadziei co przed wyborami - wspomina Robert. - W 1981 roku atramentem rysowaliśmy znaki Polski Walczącej na słupkach koło braniewskiego szpitala. A tam, gdzie 1 maja wieszano portret Lenina, na zakładach BUDIROL, rzucaliśmy wydmuszkami z farbą. Budynku nigdy nie udało się doczyścić i portret Lenina nigdy tam więcej nie zawisł.
W drugiej albo trzeciej klasie liceum Robert dostał wezwanie na milicję. Gdy poszedł, okazało się, że to nie milicja, tylko SB. - Starali się stworzyć taką miłą, przyjacielską atmosferę i wypytywali mnie o nauczycieli, czy mówią coś poza programem. Pytali zwłaszcza o dwóch: historyka Ciszkiewicza i fizyka, śp. pana Szkutnika. I oni rzeczywiście bardzo często "robili wycieczki" o wolności, o prawdziwej historii. Przed SB udawałem głupka, że nie wiem, co jest w programie.
Według Jacka w noc poprzedzającą wybory (Robert twierdzi, że to było w noc przed pochodem 1 maja) malowali na asfalcie i na bloku mieszkalnym obok kościoła napisy: "precz z PZPR". Było to na skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Bohaterów Stalingradu (obecnie Królewieckiej). Jeden malował, dwóch tworzyło obstawę. Ich rodzice oczywiście nic nie wiedzieli o akcji.
Wreszcie nadszedł 4 czerwca 1989 roku.
Lokal wyborczy, pod którym Robert Łuksza, Jacek i Rafał Radzisowie rozdawali ulotki z instrukcją głosowania, znajdował się w szkole podstawowej (dziś imienia Jana Pawła II) przy ulicy Konarskiego. Idąc od lokalu w lewo, kilkaset metrów dalej znajdował się kościół, a z drugiej strony było osiedle ze sklepami i punktami usługowymi. - W niedzielę tą trasą kursowało wiele osób. Pod tym względem dla rozdających ulotki to była idealna lokalizacja - wspomina Robert.
- Śmieszne, że człowiek wtedy zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak cisza wyborcza. Gdyby ktoś o niej wtedy powiedział, wydawałby się totalną egzotyką. Bardziej baliśmy się władzy i tego, jak zareaguje na naszą agitację. Czy spotka nas jakaś kara, czy jednak naprawdę coś się zmienia? Mieliśmy nadzieję, że tak, ale stuprocentowej pewności nie mieliśmy.
Instrukcja do głosowania prawdopodobnie pochodziła z drugoobiegowego czasopisma "Czas Solidarności". Wyborca dostawał wskazówki: "Zapamiętaj lub zapisz nazwiska kandydatów opozycji do Sejmu i Senatu. Odszukaj je na odpowiednich kartach wyborczych. Nazwiska te pozostaw nieskreślone. Pozostałe nazwiska na wszystkich kartach wyborczych skreśl kolejno. Wszystkie karty wrzuć do urny. Pamiętaj: dobry komunista to skreślony komunista".
Robert: - Późnym popołudniem przyjechał radiowóz, nyska milicyjna. Postali obok nas trochę, poobserwowali, a potem odjechali. Chwilę później skończyły nam się ulotki i mogliśmy zejść z placu boju.
Gdy poznał wyniki wyborów, wpadł w euforię. - To był wspaniały czas. Nie mogliśmy uwierzyć, że się udało i że już mamy wpływ na to, co się dzieje. Coś się zaczynało zmieniać. To było nieprawdopodobne, że PZPR dopuściła Solidarność do startowania w wyborach. Szczególnie dla ludzi, którzy widzieli i przeżyli lata 80.
Jacek podchodzi do tamtych wydarzeń z większym dystansem: - Byliśmy młodzi i wszystko wydawało nam się takie świeżutkie, dziś wiele z autorytetów straciło na swoim znaczeniu.
Robert po 1989 już nie angażował się w politykę. - Gdybym chciał iść dalej, poszedłbym dla kariery, a nie dla walki o wolność. Wolni już byliśmy - mówi.
Założycielska trójka: "Na wywiady chodziłem z magnetofonem Grundig pod pachą"
- Mam 15-letniego syna i patrząc na niego, lepiej rozumiem mojego tatę, który zabraniał nam chodzić na tamte solidarnościowe zebrania - mówi Cezary Pytlos z Białobrzegów pod Radomiem.
- Dlaczego? Nie chciał zmiany? - dziwię się. Ojciec Cezarego był działaczem w zakładowym związku zawodowym. Mama należała do Solidarności.
- Nie chciał położyć głowy tak jak my, odciąć się zupełnie od starego systemu. A ja nie wyobrażałem sobie wtedy innego wyjścia. Bardzo przesiąkłem opozycyjnymi rozmowami na pielgrzymkach do Częstochowy. Do późnych godzin nocnych dyskutowaliśmy o tym, co dzieje się w Polsce. Z zapartym tchem słuchałem też wujka, który w stanie wojennym był internowany.
Cezary, jego brat Robert i kolega Tomek razem chodzili do liceum w Białobrzegach, całą trójką gardłowali też na zebraniach miejscowego Komitetu Obywatelskiego "Solidarności": precz z komuną, koniec z PZPR, trzeba zniszczyć dawną władzę i wprowadzić system demokratyczny w Polsce. - Myśleliśmy o zmianach trochę intuicyjnie, opierając się na tym, co słyszeliśmy w szkołach, filtrując przez to, co słyszeliśmy w domach. A że byliśmy z domów robotniczych, to nie była to jakaś wielka filozofia, tylko proste myślenie: czerwony jest zły, a Wałęsa dobry. I że trzeba coś zmienić - mówi Cezary.
W Komitecie pojawiła się frakcja zaostrzenia kursu wobec działaczy PZPR. Dojechać, rozliczyć, zlustrować. Do tego doszły osobiste animozje. Kiedy przyszli na jedno z zebrań, okazało się, że część działaczy, we własnym gronie, wybrała nazwiska kandydujących w czerwcowych wyborach. - Zrobili sobie kółko wzajemnej adoracji - mówi Cezary. - Nikomu to się nie podobało, ale nikt nie chciał zaprotestować. Miało być demokratycznie, a jest tak jak było? To w PZPR-ze szedł rozkaz z góry, w Solidarności chcieliśmy działać inaczej. Mój brat i Tomek zaprotestowali. Stworzyliśmy niezależny komitet, który ostatecznie zyskał aprobatę Solidarności. Podobne sytuacje miały miejsce w Łodzi i w Bydgoszczy.
- Pierwszy komitet założył "Gazetę Białobrzeską", a my wymyśliliśmy "Kuryjera" - wspomina Cezary. - Wyglądało to bardziej jak dziecięca zabawa niż robienie gazety. Na wywiady chodziłem z magnetofonem Grundig pod pachą. Teksty pisaliśmy na maszynie do pisania przyniesionej przez moją mamę z pracy, z FSO. Do środka ręcznie wklejaliśmy zdjęcia. Cały numer odbijaliśmy na kserokopiarce. Wychodziło może 100 egzemplarzy, rozdawanych znajomym.
Nikt ich nie uczył, jak mają wydawać gazetę. Robili, jak umieli. Publikowali wywiady z działaczami, z organizatorami Komitetu. Mieli też rubrykę sportową. Jeden z ich kolegów gwiazdkami oceniał wyróżniających się zawodników białobrzeskiej drużyny piłki nożnej. Po odbiciu na ksero z gwiazdek robiły się nieczytelne kleksy. Trzy gwiazdki (najlepsza nota) wyglądały jak duży minus.
W jednym z numerów napisali odezwę w sprawie usunięcia napisu na miejscowym sklepie GS-u (Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska"): "Serca i czyny Polsce Ludowej". Chcieli zniszczenia pomników - reliktów historii.
- To były rzeczy, które strasznie nas irytowały. Flagi na 22 lipca, obchody pierwszomajowe, symbole komunistyczne. Nigdy wprost nie mówiłem, jakie mam poglądy, ale okazywałem je działaniem. Już w trzeciej lub czwartej klasie podstawówki dostałem w twarz od dyrektora szkoły za to, że nie uczestniczyłem w demonstracji z okazji Święta Pracy. W ósmej klasie podstawówki wyrecytowałem wiersz Miłosza, poznany w gazetach drugiego obiegu przyniesionych przez mamę. System komunistyczny uważałem za chory.
- W nocy przed wyborami rozwieszaliśmy plakaty na mieście. Ostrzegano nas przed ubekiem, który kręcił się po mieście, czegoś szukał, coś sprawdzał. Baliśmy się, że nas złapie, skopie, doniesie na nas. Tylko raz się na niego natknęliśmy i od razu ruszyliśmy w przeciwną stronę - śmieje się Cezary.
We wtorek po wyborach z wypiekami na twarzy pobiegł po "Gazetę Wyborczą", żeby zobaczyć wyniki. - Z jednej strony wielka radość, bo Solidarność zdobyła niemal wszystkie możliwe mandaty do Sejmu, a z drugiej rozczarowanie, bo nasz okręg jako jedyny w Polsce wprowadził do Senatu niesolidarnościowego kandydata - biznesmena Henryka Stokłosę. Ale on rozdawał wyborcom wódkę i kiełbasę.
"Kuryjer" upadł po trzech numerach (przetrwała "Gazeta Białobrzeska"). - Mieliśmy inne zadania i sprawy. W drugiej klasie zostałem wiceprzewodniczącym szkoły. Zajęliśmy się zabawą i muzyką. Pojawiły się pierwsze kasety VHS, otworzyły się dla nas nowe możliwości. Zaczęło się zwyczajne życie.
W komisji wyborczej: "Całą noc lokalu pilnowali milicjanci. Siedzieli w sekretariacie, obchodzili budynek"
- W latach 80. przed wyborami Warszawa była strasznie smutna. Pustki na ulicach, szaroburo, smutni ludzie. Stan wojenny był tragicznym momentem. Wydawało się, że to miasto nie istnieje, oprócz pojedynczych lokali, które się odwiedzało - mówi Marek Sawicki. Z wyborami 1989 roku przychodziła nadzieja. Na słońce na ulicach, na uśmiechy na twarzach, na kolory wolności.
Marek w 1989 roku miał 31 lat, pracował z młodzieżą niedostosowaną społecznie w młodzieżowym ośrodku wychowawczym przy ulicy Strażackiej w Warszawie. Nie zajmował się polityką. - Trochę się interesowałem się, jak każdy. Dla mnie zawsze ważniejsza była rodzina, niż jakieś spektakularne politykowanie. Mimo że na świecie pojawili się już moi synowie, sytuacja w roku 1989 wymagała jednak zaangażowania - podkreśla.
- O pracę w komisji wyborczej poprosiła mnie pani, która działała w Komitecie Obywatelskim "Solidarności". Znaliśmy się z nią pobieżnie, z ulicy, ja również byłem zapisany do "Solidarności", tak jak ona. Mówiła, że musimy przypilnować głosowania, żeby odbywało się uczciwie. Zgodziłem się pomóc. Nie wyobrażam sobie odmowy w czasie, gdy pojawiła się szansa na walkę o wolność naszego kraju. Zresztą miałem wartości wyniesione z domu. Rodzice działali w "Solidarności", dziadek był odznaczony za udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku - wspomina.
- Sąsiadowaliśmy z Akademią Sztabu Generalnego im. gen. broni Karola Świerczewskiego, dzisiejszą Akademią Sztuki Wojennej - mówi Halina Sawicka, żona Marka. - Nasze osiedle dzieliło się na czerwonych pułkowników i zwykłych ludzi, takich jak my. Te wybory stanowiły świetną okazję utarcia nosa tym, którzy uważali się za lepszych.
Pierwsze zebranie komisji - w zakładach w Marysinie Wawerskim, typowo organizacyjne, mieszanka ludzi z różnych stron. Przewodniczącym był potężny, świetnie zorganizowany mężczyzna, tak go pan Marek pamięta. Ustalali, kto czym będzie się zajmował. Umówili się, że będą pracować rotacyjnie. Czekał ich cały dzień pracy, a potem jeszcze liczenie głosów.
Do końca nie wiedzieli, jak dzień wyborów może wyglądać. Rządowe media dyskredytowały stronę solidarnościową. PZPR był pewny zwycięstwa. - My też wierzyliśmy, że wygramy. My, czyli ludzie stojący sercem za opozycją. Jednocześnie czuliśmy napiętą atmosferę. Noc przed wyborami jako wychowawca miałem dyżur w ośrodku. Całą noc lokalu pilnowali milicjanci. Siedzieli w sekretariacie, obchodzili budynek - mówi Marek.
Lokal wyborczy miał się mieścić w jego miejscu pracy, w siedzibie ośrodka wychowawczego. Komisja zaczynała pracę o godzinie 6 rano. Słynnego goździka pierwszemu głosującemu, jak to było w zwyczaju wcześniej i w innych lokalach - nie dawali. Pomalowane po skosie na biało-czerwono drewniane urny stały w jadalni ośrodka, oczywiście w tym samym miejscu siedziała kilkuosobowa komisja wyborcza. W sekretariacie czekał telefon, z którego mogliby skorzystać w razie nieprawidłowości.
- Baliśmy się różnych machlojek. W komisji zasiadali zwolennicy obydwu opcji. Nie walczyliśmy ze sobą, ale patrzyliśmy sobie na ręce. Liczba kart wydanych z liczbą kart w urnie musiała się zgadzać. To było dla nas najważniejsze. Potem przekazywaliśmy wyniki do obwodowej komisji.
Milicja kręciła się wokół lokalu również w dniu głosowania.
Nie wiadomo było czego szuka, czy jest się czego bać, czy pilnuje jedynie bezpieczeństwa. Mało wyborców, spokojna atmosfera, żadnych incydentów, haseł wykrzykiwanych przez głosujących, raczej powaga i skupienie. W ciągu dnia Marek pojechał zagłosować w swoim okręgu wyborczym, bo na Strażackiej nie mógł. Wyborca był zobowiązany głosować w miejscu zameldowania.
- Niektórzy poszli do wyborów po raz pierwszy od wielu lat. We wcześniejszych wyborach rząd zawsze podawał oficjalną frekwencję 99,9 lub 99,8 procent. W telewizji pokazywano babcie wożone do lokali wyborczych. Tym razem ludzie szli z własnej woli, bo chcieli coś pokazać - mówi Halina Sawicka. Tak wysoka frekwencja - 62 procent - nigdy w wolnej Polsce nie została powtórzona. 4 czerwca 1989 roku każdy wyborca dostawał po kilka kart do głosowania. Na nich do skreślenia nazwiska kandydatów do Sejmu i Senatu.
Po godzinie 20 komisja na Strażackiej wyrzuciła kartki z urny. - Tych kartek było mnóstwo. Rozkładaliśmy je na małe stosy na stolikach w stołówce, grupowaliśmy w różnych konfiguracjach - pamięta. Komisja zakończyła pracę jeszcze w nocy 4 czerwca (niektóre pracowały do rana). Do domu wracał na rowerze, przez las, tak jak zawsze do pracy.
Najciekawszy moment według Marka? Wyniki wyborów wywieszone na drzwiach lokalu wyborczego. Czarno na białym ludzie widzieli, kto wygrał (nasi), kto przegrał (oni).
Opozycja w pierwszej turze zdobyła 160 ze 161 miejsc przeznaczonych dla kandydatów bezpartyjnych (ostatni mandat obsadziła w drugiej turze, która odbyła się 18 czerwca). Ze 100 miejsc w Senacie - w dwóch turach - kandydaci "Solidarności" uzyskali 99 mandatów.
Marek: - Do tej pory jestem dumny, że w 1989 roku byłem malutkim trybikiem, który pilnował prawidłowego przebiegu głosowania. Jest mi przykro, gdy ktoś mówi, że tamte kontraktowe wybory to było sprzedawanie Polski. Irytuje mnie też, gdy się mówi, że 30 lat wolności to lata stracone. To tak jakby przekreślić nasze życie. A chyba było coś warte?
Agnieszka Żądło. Dziennikarka i redaktorka, współpracuje m.in. z "Dużym Formatem" i "Polityką". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ( "Światła małego miasta", "Ni zaciszna.", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Studentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.