Społeczeństwo
Donald Trump (fot. AP Photo/Paul Sancya)
Donald Trump (fot. AP Photo/Paul Sancya)

Podczas gdy ludzie ubiegający się o pracę oraz dygnitarze znikali w pozłacanym wejściu przy Piątej Alei i opuszczali je na oczach kamer telewizyjnych, a widzowie oglądali to na żywo niczym w reality show - przywódcy największych agencji wywiadowczych naszego kraju przybyli do Trump Tower bez rozgłosu. Wchodziliśmy do budynku ukradkiem, żeby spotkać się z prezydentem elektem i powiedzieć, co zrobiła Rosja, by pomóc mu wygrać wybory.*

Miała to być trzecia i ostatnia odprawa z udziałem przywódców służb wywiadowczych w celu przedstawienia dokonanych przez te służby tajnych odkryć związanych z oceną rosyjskich działań podczas wyborów prezydenckich. Pod kierunkiem prezydenta Obamy analitycy z CIA, NSA i FBI - koordynowani przez wyższych rangą analityków z ODNI (Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego) - przez miesiąc scalali informacje pochodzące ze wszystkich źródeł, aby ukazać przedstawicielom obecnej administracji, a także rozpoczynającym swoją pracę urzędnikom administracji Trumpa pełny obraz rosyjskiej ingerencji w kampanię prezydencką w 2016 roku. (...)

Donald Trump (fot. Cory Morse/MLive.com/The Grand Rapids Press via AP)

W pracach tych uczestniczyły cztery agencje wywiadowcze. Wnioski, jakie z nich płynęły, były tyleż proste, co wstrząsające: rosyjski prezydent Władimir Putin wydał rozkaz intensywnych działań, które miały na celu oddziaływanie na wybory prezydenckie w 2016 roku. Polecenie to realizowano poprzez cyberataki, media społecznościowe oraz rosyjskie media państwowe, stosując różne strategie: podważanie wiary społeczeństwa w amerykański proces demokratyczny, oczernianie Hillary Clinton i zmniejszanie jej szans na zwycięstwo wyborcze oraz wspieranie Donalda Trumpa.

Nasza pierwsza odprawa poświęcona ocenie działań Rosji odbyła się dzień wcześniej, 5 stycznia 2017 roku, z udziałem urzędującego prezydenta w Gabinecie Owalnym. W obecności Obamy, wiceprezydenta Bidena oraz ich wyższych rangą doradców, Jim Clapper, dyrektor Wywiadu Narodowego, zaprezentował wyniki przeprowadzonych prac, wyciągnięte wnioski i ich podstawę. (...)

Clapper wyjaśnił też Obamie, że trzeba zwrócić uwagę Trumpa na pewną delikatną kwestię: dodatkowe materiały - które miały stać się znane powszechnie jako "dossier Steele'a" - obejmujące różne pomówienia na temat prezydenta elekta. Zebrała je osoba uważana za wiarygodną: dawny oficer sprzymierzonego wywiadu, lecz ich prawdziwość nigdy nie została w pełni zweryfikowana.

Barack Obama (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W części zawartość "dossier Steele'a" była dość bulwersująca, na przykład niepotwierdzone zarzuty, jakoby prezydent elekt podczas pobytu w Moskwie w 2013 roku angażował się w niecodzienne praktyki seksualne z rosyjskimi prostytutkami. Miały one rzekomo oddawać mocz na łóżko hotelowe w apartamencie prezydenckim w hotelu Ritz-Carlton, z którego w czasie wizyty w Rosji korzystali Obamowie. Zgodnie z inną niepotwierdzoną informacją rosyjski wywiad sfilmował te sceny, aby użyć ich w celu szantażowania prezydenta elekta. Dyrektor Clapper wyjaśnił, że w naszym przekonaniu media mogą niebawem donieść o istnieniu tych materiałów i z tego względu doszliśmy do wniosku, że służby wywiadowcze powinny ostrzec przyszłego prezydenta przed tym zagrożeniem.

Na Obamie rewelacje te nie zrobiły wrażenia - a przynajmniej nam tego nie okazał. (...)

Pierwsze spotkanie

Na początku 2017 roku, po wszystkich kontrowersjach związanych ze sprawą Clinton, stałem się względnie rozpoznawalną osobą publiczną. Nawet jeśli nie chciałem znaleźć się tak bardzo na widoku, dodatkowo przyczyniał się do tego mój wzrost. Było jasne, że pewna liczba republikanów podziela pogląd Hillary Clinton, że wpłynąłem na wynik wyborów, przechylając szalę zwycięstwa na korzyść Trumpa. O ile wśród zwolenników Clinton wzbudzałem gniew - a w niektórych przypadkach wręcz nienawiść - o tyle w świecie Trumpa stałem się kimś na kształt celebryty. Z tego powodu wchodząc do Trump Tower, czułem się naprawdę niezręcznie. Nie chciałem być postrzegany inaczej niż reszta przywódców służb wywiadowczych wykonujących swoje obowiązki.

Zebraliśmy się w niewielkiej sali konferencyjnej o banalnym wystroju, należącej do The Trump Organization. Od korytarza oddzielała ją szklana ściana, tymczasowo zasłonięta ciężką złotą kotarą sięgającą od sufitu do podłogi. Prezydent elekt zjawił się o czasie. W ślad za nim do sali wszedł wiceprezydent elekt i reszta przyszłego zespołu prezydenckich doradców.

Donald Trump (Fot. Carolyn Kaster / AP Photo)

Po raz pierwszy znalazłem się twarzą w twarz z Donaldem Trumpem. Wydał się niższy niż podczas debaty z Hillary Clinton. Poza tą jedną różnicą uderzyło mnie, że na żywo prezentuje się dokładnie tak samo jak w telewizji. Było to zaskakujące, ponieważ ludzie najczęściej wyglądają inaczej. Miał rozpiętą marynarkę i jak zwykle za długi krawat. Jego twarz była lekko pomarańczowej barwy, z bladymi półksiężycami pod oczami - zapewne efekt opalania w goglach - a całości dopełniała niezwykła fryzura.

Trump wprowadził do niewielkiej sali konferencyjnej całą ekipę doradców. Wiceprezydent Mike Pence, szef personelu Reince Priebus, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Mike Flynn i sekretarz prasowy Sean Spicer usiedli przy owalnym stole konferencyjnym. Trump i Pence zajęli miejsca na przeciwległych końcach. Wszyscy zachowywali się cicho i z powagą. Kiedy wymienialiśmy uścisk dłoni, wiceprezydent elekt przytrzymał moją kilka sekund dłużej i wypowiedział moje imię, wydłużając je. Owo "Jiiiimm" zabrzmiało w moich uszach jak dziwna kombinacja powitania i pocieszania starego przyjaciela. (...)

Miałem już wtedy doświadczenie bliskiej współpracy z dwoma prezydentami, a także z wieloma innymi przywódcami rządowymi różnych szczebli. Byłem ciekaw, jak Trump, klasyczny przykład "ryby bez wody", będzie funkcjonował w całkowicie obcej sobie roli. Prowadzenie prywatnej firmy rodzinnej różni się oczywiście od kierowania państwem - a nawet od prowadzenia dużej korporacji publicznej. Trzeba radzić sobie z wyborcami, którzy nie składają raportów przełożonym, i żyć w gąszczu przepisów i regulacji, które nie ograniczają działań typowego dyrektora generalnego przedsiębiorstwa. (...)

Donald Trump (Fot. Geert Vanden Wijngaert / AP Photo)

Dyrektor Clapper przedstawił ocenę rosyjskich działań, jakiej dokonały służby wywiadowcze, omówioną wcześniej z prezydentem Obamą i "Bandą Ośmiu". Pojawiło się kilka pytań i komentarzy - w większości pochodziły one od Toma Bosserta siedzącego w tylnym rzędzie. Trump, jak pamiętam, słuchał dyskusji o zaangażowaniu Rosji w wybory, nie przerywając nikomu, i tylko na koniec zadał jedno pytanie, które zabrzmiało bardziej jak stwierdzenie:

- Ale ustaliliście, że ich działania nie miały żadnego wpływu na wynik wyborów, prawda?

Clapper odpowiedział, że nie przeprowadziliśmy tego rodzaju analizy, bowiem nie wchodzi ona w zakres naszych obowiązków ani naszych kompetencji. Dodał, że możemy jedynie stwierdzić, iż nie znaleźliśmy dowodów na fałszowanie liczby głosów.

Za nader wymowne uznałem to, o co Trump i jego zespół nie pytali. Niebawem mieli zacząć rządzić krajem, który został zaatakowany przez zagranicznego przeciwnika, jednak żaden z nich nie zainteresował się tym, jakich przyszłych zagrożeń ze strony Rosji można się spodziewać. Żaden z nich nie zapytał też, w jaki sposób Stany Zjednoczone mogą się przygotować na to zagrożenie. Zamiast tego, chociaż nasza czwórka - w tym dwóch nominatów Obamy, kończących kadencje - nadal siedziała na swoich miejscach, prezydent elekt i jego zespół przeszli od razu do dyskusji o strategii przekazywania wiadomości na temat działań Rosji, czyli tego, jak wykorzystać na potrzeby własnej, zniekształconej wersji wydarzeń to, co właśnie usłyszeli. Mówiąc tak, jakby nas obok nie było, Priebus zaczął opisywać, jak mogłoby wyglądać oświadczenie prasowe dotyczące tego spotkania. Zespół Trumpa - kierowany przez Priebusa, do którego dorzucali swoje uwagi Pence, Spicer i Trump - zastanawiał się, w jaki sposób pozycjonować te odkrycia dla uzyskania maksymalnej korzyści politycznej. Zależało im na tym, by uwypuklić stwierdzenie, że nie odnotowano wpływu na głosowanie, co oznacza, że to nie Rosjanie wybrali Trumpa. Clapper wtrącił się, aby przypomnieć im o tym, co powiedział sześćdziesiąt sekund wcześniej: służby wywiadowcze nie analizowały amerykańskiej polityki, a my nie przedstawiliśmy żadnych opinii na ten temat.

Donald Trump (Fot. Andrew Harnik / AP Photo)

Uczestniczyłem w wielu odprawach dotyczących tematyki wywiadowczej za czasów dwóch poprzednich prezydentów. Nigdy nie byłem świadkiem sytuacji, w której Bush czy Obama omawialiby kwestie komunikacji i strategii politycznej w obecności szefów służb wywiadowczych. Zawsze istniała wyraźna granica oddzielająca te sfery. Służby wywiadowcze zajmują się faktami, Biały Dom zajmuje się polityką i "układaniem historii" - i robi to sam. Z wojny w Iraku - wojny, która wybuchła wskutek dostarczenia przez wywiad fałszywych informacji na temat irackiej broni masowego rażenia - płynęła bolesna nauka: "Nigdy nie należy mieszać ze sobą polityki i działalności wywiadowczej". Próbowałem sobie wytłumaczyć, że sytuacja ta miała zapewne miejsce dlatego, że Trump i jego zespół posiadali niewielkie doświadczenie w tych kwestiach - prezydent elekt, rzecz jasna, w ogóle nie był doświadczony w rządzeniu krajem - ale w tej jednej chwili granica między wywiadem a polityką zaczęła zanikać.

Gdy tak siedziałem, z mojej pamięci wyłaniały się przedziwne obrazy. Starałem się je odpędzać, ponieważ wydawały mi się zbyt kuriozalne i zbyt dramatyczne, ale wciąż powracały: myślałem o klubach nowojorskiej mafii z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku, z czasów, gdy byłem oskarżycielem federalnym na Manhattanie. The Ravenite. The Palma Boys. Café Giardino. Nie mogłem odegnać od siebie tych wspomnień. Gdy patrzę na to dziś, nie wydaje mi się to aż tak dziwne i dramatyczne, jak wówczas myślałem.

Włoska mafia, jak już wspominałem wcześniej, nazywała samą siebie La Cosa Nostra - co znaczy "nasza sprawa" - i zawsze wytyczała granicę między kimś, kto był "twoim przyjacielem", czyli osobą spoza rodziny, a kimś, kto był "naszym przyjacielem", czyli oficjalnym jej członkiem. Siedziałem tam, myśląc: "Cholera jasna, oni próbują przerobić każdego z nas na amico nostro - naszego przyjaciela. Chcą nas wciągnąć". Choć brzmi to szaleńczo, nagle poczułem, że prezydent elekt stara się uczynić z nas wszystkich część tej samej rodziny i że ekipa Trumpa zrobiła z niej "naszą sprawą". W ciągu całej mojej kariery uznawałem wywiad za moją sprawę, a polityczną propagandę za ich sprawę. Zespół Trumpa chciał to zmienić. (...)

James Comey (Fot. J. Scott Applewhite / AP Photo)

Reince Priebus zapytał, czy mamy im coś jeszcze do przekazania.

Pomyślałem: "Teraz albo nigdy".

Clapper odparł:

- No cóż, owszem. Jest jeszcze trochę drażliwych kwestii. Uznaliśmy, że byłoby rozsądnie, gdyby dyrektor Comey omówił je z wami w mniejszym gronie. Opuścimy spotkanie, aby mógł przedyskutować to z wami bez świadków.

- W porządku. Jak małe ma być to grono? - Prezydent elekt spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

- To zależy od pana, sir - odparłem. - Sądziłem jednak, że porozmawiamy w cztery oczy.

- A co by pan powiedział na to - wtrącił się Reince Priebus - gdybym został ja i wiceprezydent elekt?

- Nie ma problemu, sir - zwróciłem się w stronę prezydenta elekta. - To zależy od pana. Po prostu nie chciałbym udziału większej grupy.

Nie wiem, czy Trump domyślał się, o czym zamierzam z nim rozmawiać, ale gestem dłoni opędził się od Priebusa i wskazał na mnie.

- Tylko my dwaj - oświadczył. - Pozostałym dziękuję za udział w spotkaniu.

Członkowie zespołu Trumpa wymienili uściski dłoni z naszą grupą, po czym wszyscy opuścili salę. W głowie dźwięczały mi słowa Jeha Johnsona: "Jim, proszę cię, bądź ostrożny. Bądź bardzo ostrożny".

Donald Trump (Fot. Susan Walsh / AP Photo)

Czekaliśmy w milczeniu na wyjście pozostałych. Kiedy zostaliśmy sami, pierwszy odezwał się prezydent elekt, zasypując mnie komplementami.

- To dopiero miał pan rok - stwierdził, dodając, że "honorowo" podszedłem do dochodzenia w sprawie e-maili i że mam "znakomitą opinię". Było to miłe z jego strony i wydawało mi się, że w jego głosie słyszę szczerą troskę i uznanie. Skinąłem głową z wdzięcznością i posłałem mu powściągliwy uśmiech. Trump dodał, że ludzie z FBI "naprawdę mnie lubią" i wyraził nadzieję, że pozostanę na stanowisku dyrektora.

- Taki jest mój zamiar, sir - odparłem. (...)

Po tym, jak Trump zakończył swój wstępny, mniej więcej minutowy monolog, wytłumaczyłem mu naturę materiałów, które miałem z nim omawiać, a także dlaczego uznaliśmy, że jest ważne, aby o nich wiedział. Następnie przeszedłem do insynuacji zawartych w dossier: rzekomych kontaktów z prostytutkami w moskiewskim hotelu w 2013 roku i rejestracji tego epizodu przez Rosjan. Nie wspomniałem o jednym konkretnym szczególe, jakoby na jego żądanie prostytutki oddawały na siebie nawzajem mocz, aby splugawić łóżko, na którym kiedyś spał prezydent Obama i jego żona. Uznałem, że mam przekazać Trumpowi ogólną informację o materiale, więc ten szczegół mogę sobie darować. Czułem się z tym wszystkim naprawdę dziwnie. Kiedy mówiłem, miałem osobliwe doznanie, że przebywam poza ciałem - jakbym obserwował samego siebie opowiadającego nowemu prezydentowi o incydencie z prostytutkami w Rosji. Zanim skończyłem, Trump przerwał mi ostro. Lekceważącym tonem, z wyczuwalnym zniecierpliwieniem zaprzeczył prawdziwości zarzutów.

Wyjaśniłem, że nie twierdzę, iż FBI wierzy w te pomówienia. Po prostu uznaliśmy za istotne, aby wiedział o istnieniu tych materiałów i o tym, iż są szeroko kolportowane.

Dodałem, że jednym z zadań FBI jest ochrona urzędującego prezydenta przed jakimikolwiek naciskami i - bez względu na to, czy zarzuty są prawdziwe, czy nie - powinien wiedzieć, że Rosjanie mogą rozpowszechniać takie pogłoski. Podkreśliłem, iż nie chcemy utrzymywać przed nim takich informacji w tajemnicy, zwłaszcza że lada chwila mogą one trafić do prasy.

Trump raz jeszcze zdecydowanie zaprzeczył zarzutom, pytając - retorycznie, jak mniemam - czy sprawia wrażenie faceta, który musi korzystać z usług prostytutek.

Donald Trump (Fot. Susan Walsh / AP Photo)

Potem zaczął omawiać przypadki oskarżania go o napaści na tle seksualnym, choć bynajmniej nie podniosłem tego tematu. Wspomniał o wielu kobietach i najwyraźniej dobrze pamiętał ich zarzuty. Gdy jego wypowiedź zaczynała coraz bardziej przypominać mowę obrończą, a nasza rozmowa zdawała się nieuchronnie zmierzać ku katastrofie, instynktownie sięgnąłem po moją deklarację i zapewniłem go, że nie prowadzimy przeciw niemu śledztwa. To, jak się wydaje, go uciszyło. (...)

Wyciek

Cztery dni po moim spotkaniu z Trumpem, 10 stycznia, portal internetowy BuzzFeed opublikował w całości trzydziestopięciostronicowe dossier, o którym mówiłem Trumpowi. Artykuł zaczynał się następująco:

Dossier zawierające sensacyjne - aczkolwiek niezweryfikowane - zarzuty, jakoby rosyjski rząd latami "zabiegał o przyjaźń" Donalda Trumpa oraz "udzielał wsparcia i pomocy" prezydentowi elektowi, jak również gromadził kompromitujące go materiały, od tygodni krąży wśród wybranych urzędników, agentów wywiadowczych i dziennikarzy. Dossier, zasadniczo zbiór notatek pisanych przez kilka miesięcy, zawiera specyficzne, niezweryfikowane i potencjalnie nieweryfikowalne zarzuty kontaktów między doradcami Trumpa a rosyjskimi agentami, a także dość drastyczne szczegóły dotyczące aktów seksualnych z udziałem Trumpa, rzekomo zarejestrowanych przez Rosjan.

W odpowiedzi prezydent elekt napisał na Twitterze: "-FAKE NEWS - TOTALNE POLITYCZNE POLOWANIE NA CZAROWNICE!".

Następnego dnia, 11 stycznia, odbyłem kolejną rozmowę z przyszłym prezydentem.(...) Dzwonił z Nowego Jorku. Znów zaczął od pochwał, co tym razem uznałem raczej za chwyt retoryczny niż szczery wyraz aprobaty. "Mam nadzieję, że zostanie pan na stanowisku" - dodał, a ja ponownie zapewniłem go, że taki jest mój zamiar.

Następnie przeszedł do zasadniczego tematu. Powiedział, że bardzo zaniepokoił go "wyciek" rosyjskiego "dossier" i okoliczności, w jakich do tego doszło.

Potem prezydent elekt powiedział, że rozmyślał więcej o tym, co opowiadałem mu podczas spotkania w cztery oczy w Trump Tower. Rozmawiał z ludźmi, którzy towarzyszyli mu w podróży do rosyjskiej stolicy, gdzie wybrał się na konkurs Miss Universe 2013. Przypomniał sobie teraz, że nawet nie nocował w Moskwie. Twierdził, że po przylocie z Nowego Jorku pojechał do hotelu tylko po to, żeby się przebrać, i jeszcze tej samej nocy wracał do domu. Potem zaś zaskoczył mnie, przywołując jeden z zarzutów - a konkretnie ten, którego próbowałem nie poruszać w naszej poprzedniej rozmowie.

Książka 'Wyższa lojalność' ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis (fot. Wikimedia Commons, mat. prasowe)

"A oto inny dowód na to, że to wszystko nieprawda: jestem germofobem. Nie ma mowy, żebym pozwolił ludziom na siebie sikać w mojej obecności. Nie ma takiej możliwości".

Roześmiałem się w głos. Postanowiłem nie mówić Trumpowi, że domniemany incydent nie wymagał przecież ani nocowania w hotelu, ani nawet jego obecności. Przypuszczałem też, że apartament prezydencki w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton jest wystarczająco duży, aby germofob zachował bezpieczną odległość od sikających na siebie prostytutek. Choć myśli te przeszły mi przez głowę, zachowałem je dla siebie.

Patrzyłem na pomniki za oknem i zastanawiałem się, co stało się ze mną i z tym krajem, że przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych rozmawia na takie tematy z dyrektorem FBI. Ponownie przedstawiwszy alibi w sprawie, która mnie nie interesowała, Trump zakończył rozmowę. Poszedłem do Jima Rybickiego, mojego szefa personelu, aby powiedzieć mu, że świat zwariował, a ja utknąłem w samym środku tego szaleństwa.

I tak już miało pozostać.

*Fragmenty książki "Wyższa lojalność" Jamesa Comeya w Andrzeja Wojtasika (wyd. Insignis 2019)

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>