Fanom motosportu nie trzeba go przedstawiać. Za to gdy spotyka się z ludźmi, którzy z driftem (sportem samochodowym, w którym technika jazdy polega na kontrolowanym poślizgu - przyp. red.) nie mają wiele wspólnego, bywa zabawnie. - Często rozmowa schodzi jednak na samochód i ktoś mi tłumaczy to czy tamto. Nagle ktoś inny się orientuje i woła: ej, co ty mu będziesz mówić, jak jeździć! On jest tym drifterem! Wiózł Richarda Hammonda z Top Gear! Nie powiem, wtedy jest fajnie.
Ale zanim zrobi się fajnie, trzeba się przywitać. A to oznacza kołaczące się w głowie, trochę nerwowe pytanie: jak, skoro podanie ręki nie wchodzi w grę? - Na początku sam miałem z tym problem. Teraz ubiegam rozmówcę, wystawiam bark, zbijamy żółwika i jest po temacie. Myślę, że to moja rola, żeby wyjść z inicjatywą - mówi Bartek.
Zatem zbijamy żółwika - ja dłonią, Bartek barkiem - i to jest ostatni raz w ciągu najbliższych godzin, kiedy brak rąk u Bartka w ogóle dostrzegam. Potem pochłania mnie jego magnetyczna, tryskająca optymizmem osobowość. O wypadku i amputacji rozmawiamy dużo, ale nie wstydliwie, nie tak, żeby nie urazić, nie jak o tabu. Bartek stawia sprawę jasno i bezpośrednio: stało się, co się stało i jest, jak jest. A teraz ci opowiem, co z tym zrobiłem.
Jak koń z klapkami na oczach
W przedszkolu nie chciał być ani strażakiem, ani policjantem. Odkąd pamięta, chciał być jak Krzysztof Hołowczyc. Nie mógł oderwać oczu od wyścigów i całej ich otoczki: superlśniących samochodów, teamów, obsługi, hostess. Marzył, że kiedyś będzie tego częścią.
Na lekcjach w szkole siadał przy oknie i rozpoznawał po dźwięku silnika, co jedzie. Albo szkicował samochody. Uwielbiał plastykę i nawet po lekcjach zostawał z pudełkiem kredek albo farb w świetlicy.
- Mój pierwszy pojazd to była motorynka. Kupiona za swoje, kosztowała chyba 250 złotych. Oczywiście okazała się zepsuta, wtopiłem pieniądze. Zrobiłem remont i pojechałem ją sprzedać na giełdę. Przy okazji kupiłem następny motorower i tak zacząłem zarabiać. Miałem 13 lat i w pewnym momencie co niedzielę byłem na giełdzie, żeby sprzedać jakiś motocykl. Skrzykiwałem chłopaków z różnych klatek i godzinami dłubaliśmy w garażu.
Tamte lata Bartek wspomina z dużym sentymentem. I potwierdza, że to była świetna szkoła. - Wszystkie silniki miałem w małym palcu. Nie było internetu, problemy rozwiązywało się z grupą podobnych zapaleńców.
Jako 17-latek doskonale wiedziałem, co będę studiował: mechanikę i budowę maszyn. Przez chwilę rozważałem też ASP, ale bałem się, że artyście trudno będzie się utrzymać w życiu.
Prawo jazdy zrobił jako osiemnastolatek. Od razu na samochód i motocykl. Zdał za pierwszym razem. - Ale nie było tak, że zrobiłem prawko i od razu ścigacz, ogień. Szedłem tą drogą dość rozważnie, motocykle rosły razem ze mną. Zresztą, motocykl to był dla mnie zawsze środek służący do przemieszczania się. A pasja sportowa od początku szła w stronę samochodu. Oszczędzałem na spodniach, na butach, żeby tylko dokupić trochę lepszą część, wyciągnąć jeszcze ze cztery konie więcej. Tylko to się liczyło. Byłem jak taki koń z klapkami na oczach.
Wypadek. Bzdura po prostu
Tamtego dnia jechał motocyklem. Też kupionym za swoje, wychuchanym. Miał 19 lat. Wakacje po pierwszym roku mechaniki na Politechnice. Z praktyk w Krakowie wrócił do siebie, do Nowego Sącza, i spotkał się z kolegą. Mieli tylko odebrać od znajomego notatki, przejechać z punktu A do B. Kolega na swoim motocyklu jechał pierwszy, Bartek na swoim za nim.
Cztery kilometry od domu Bartka pomiędzy dwa motocykle wjechał samochód. - Kierowca nie chciał ruszać z ręcznego pod górę, więc tylko zwolnił, puścił kolegę, a potem dodał gazu, bo mnie już nie zauważył. Jedyne, co zdążyłem zrobić, to nacisnąć obydwa hamulce i położyć motocykl ślizgiem na jezdni. Znałem podstawy bezpiecznego upadania, udało mi się ominąć auto swoim ciałem. I kiedy już się wydawało, że wszystko skończy się dobrze, pojawiła się ta barierka. Przydrożna, nie spełniała żadnych norm, była wyspawana przez kogoś z rurek, te rurki sterczały na sztorc. Wpadłem na nią i dalej już nic nie pamiętam.
Obudził się w szpitalu dwie godziny później. Bez rąk. - Były tak uszkodzone, że lekarze musieli je amputować bardzo wysoko, łącznie z przedramionami.
Ja nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że te ręce gdzieś są, one wrócą, byłem w takim szoku. To jest coś nieprawdopodobnego, że ręce, które się ma całe życie przed oczami, wszystko się nimi robi od wstania z łóżka, do położenia się wieczorem, nagle znikają. To jest jeden z najgorszych możliwych scenariuszy.
Setki razy analizował swój wypadek i dziś określa go krótko: po prostu bzdura. - Nawet notatka policyjna była taka, że wypadek zdarzył się przy dobrych warunkach na drodze, niskim natężeniu ruchu, dobrym doświetleniu, na suchej nawierzchni, prostej drodze. Dziś cieszę się, że wtedy ominąłem tamten samochód. Bo może teraz mógłbym ruszać tylko głową?
Coś ci poprzerabiamy
Bartek: - Zdecydowanie była taka myśl, że właśnie całe moje życie legło w gruzach. Że koniec z jazdą samochodem, z moimi planami, studiami, wszystkim. I że nagle w ogóle nie wiem, co teraz robić w życiu. Nikomu nie życzę, żeby musiał przechodzić przez to uczucie niepewności i straty.
Przez tydzień docierało do niego, że klamka zapadła. Już się nie odmieni, ręce nie wrócą. - Ja jeszcze nie byłem w stanie o tym myśleć, ale moja rodzina od początku przychodziła z pomysłami. Powiedzieli: dobra, to znajdziemy ci jakieś protezy, może indywidualny tok studiów. Coś ci przerobimy. I ja, tak powoli, resztką sił dosłownie zaczynałem się czepiać tych pozytywnych informacji.
Wypadek młodego chłopaka, który miał pasję i chciał się ścigać, wstrząsnął okolicą. Napisała o nim dziennikarka Gazety Krakowskiej. - Znała Kasię Rogowiec i chyba w siódmym dniu Kasia odwiedziła mnie w szpitalu. Paraolimpijka z sukcesami, która normalnie pracowała, miała pasję, była samodzielna, przyjechała swoim samochodem. Co prawda Kasia ma te ręce dłuższe, ale dla mnie wtedy zobaczenie jej to było więcej, niż gdybym dostał pół miliona złotych.
Jeszcze rok spędził w różnych szpitalach. Próżnia, w której tkwił po wypadku, zaczęła ustępować rzeczywistości. Po roku wrócił do swojego garażu: - Wszystko było tak, jak zostawiłem. Stał samochód, stał oparty o ścianę motocykl. Nie miałem do niego urazu. Ale nie mogłem wziąć klucza, nie mogłem nic naprawić i to mnie tak złościło...
Potem wrócił do swojego studenckiego mieszkania. Zobaczył dwie drogi: albo będzie kaleką, którym stale trzeba się zajmować, albo spróbuje powalczyć o swoją samodzielność.
- Na początku wszystko było trudne. Jak otworzyć drzwi? Ubrać się? Pościelić łóżko? Z czasem nauczyłem się obsługiwać komputer, a żeby się oderwać od myślenia, godzinami grałem stopami na PlayStation. Potem dowiedziałem się, że to była świetna rehabilitacja. Wszystkiego uczyłem się od nowa i wiesz co? To mi sprawiało wielką przyjemność.
Przekopywał internet w poszukiwaniu tego, co może jeszcze zrobić, gdzie pójść. Szukał historii podobnych do swojej. Któregoś dnia natrafił na film, na którym kierowca prowadził auto stopą. Miał samochód z automatyczną skrzynią biegów. Prawa stopa - gaz, hamulec. Lewa - na kierownicy. - Krzyknąłem do taty: Chodź to zobacz, jedziemy po automata! Na drugi dzień już coś znaleźliśmy.
Z tatą pojechał na plac manewrowy, odsunęli fotel i siadł za kółkiem. - Dało się prowadzić! Wytrzymałem chyba z 10 minut, noga mi zdrętwiała, bo pozycja była strasznie nienaturalna, ale jechałem. I wiedziałem już, które partie mięśni muszę wzmacniać.
Na początku chodziło tylko o to, żeby mógł np. sam pojechać na uczelnię albo kogoś odwiedzić. Nie było mowy o żadnych wyścigach. Rok zajęło mu oswojenie się z autem na tyle, żeby odważył się wyprzedzić kogoś, kto wlókł się na drodze. A potem już poszło: kupił samochód "do katowania" na zamkniętych odcinkach i postanowił zrobić licencję profesjonalnego kierowcy.
Zrobił ją, jako jedyny człowiek w historii, mimo że jednym z warunków było wypięcie się z pasów w maksymalnie 8 sekund. - Już myślałem, że przepadło, bo mnie zawsze w pasy zapinał mechanik. Ale wymyśliłem sobie taką linkę i wypiąłem się w 4,3 sekundy. Teraz to robię w trzy sekundy.
Na pierwsze zawody pojechał od razu na Mistrzostwa Europy w Rally Crossie. Uplasował się na 17. miejscu na 40 startujących. I stał się sensacją. - Już wiedziałem, że mogę się ścigać, chociaż nie mam rąk i przez wypadek straciłem dwa lata.
Oczywiście byli też sceptycy. - Mówili: No tak, bez rąk jeździ, jeszcze się zabije, co on w ogóle wymyślił. I wtedy wygrałem Puchar Polski. To było niesamowite, zamknęło wszystkim usta. Stali, i niedowierzali.
Bartka sponsoruje Inter Cars. Dostrzegł go właściciel firmy, Krzysztof Oleksowicz, też rajdowiec. - Wiedział, jaka to jest pasja. Powiedział, że chcą mnie wesprzeć. Wlał we mnie ogromną nadzieję - Ostałowski nie kryje wdzięczności. Mówi, że ma szczęście do ludzi. Że spotkał wielu takich, którzy dodawali mu skrzydeł. Ale też doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby wciąż nie wychodził ze swojej strefy komfortu, nikt by się o nim nie dowiedział.
Przez to, że pokazywał się, gdzie mógł, dowiedziała się o nim klinika Hanger w USA, miejsce dla ludzi po amputacjach. - Tam nauczyli mnie zupełnie innego podejścia do niepełnosprawności. Np. mówili: zgrab liście. Albo: pomóż nam poskładać te koszule. Buntowałem się: niby jak? Wymyśl coś.
Dowiedziało się o nim wydawnictwo VDMFK, skupiające artystów malujących ustami i stopami. - Zaprosili mnie na plener malarski. Dla mnie to było nie do wiary, że mikroruchy, które wykonywałem dłonią, mogę robić stopą. Ale zobaczyłem tych ludzi i nie miałem już wymówki. Dzięki nim zostałem artystą pełną gębą, do dziś częściowo się z tego utrzymuję - na dowód Bartek pokazuje mi pracownię pełną obrazów, farb, pędzli.
Okazje się pojawiały, a on każdą z nich wykorzystał. - Żeby potem nie pluć sobie w brodę, że nie spróbowałem.
Iść zupełnie nową drogą
Codzienność Bartka to ciągłe szukanie rozwiązań dla problemów, które dla innych nie istnieją. Gdy zawody rallycross w Polsce praktycznie zanikły, Inter Cars zaproponował mu przesiadkę do driftu. Od razu w to poszedł. - I okazało się, że jest dużo trudniej niż w wyścigach. Bo w drifcie jest ciągła praca sprzęgłem, biegami. Nagle pojawił się hamulec ręczny, którego nie umiałem zaciągać bez rąk.
To go nie powstrzymało. Pod Krakowem ma warsztat samochodowy. Nieduży, ale podejmujący się projektu na skalę światową, czyli ciągłych przeróbek jego własnego samochodu. - To kultowy Nissan Skyline R34GTR, zwany "Bandziorem", ten sam model, który pojawił się w filmie "Szybcy i wściekli". Ja nie mogę sobie kupić zwykłego hamulca ręcznego, bo on jest zrobiony dla ludzi, którzy mają ręce. Więc każdą część muszę skonstruować, zrobić, przetestować prototyp, skonstruować projekt właściwy. To trwa u nas dłużej i więcej kosztuje. Myślę, że idziemy jakąś zupełnie nową drogą, przecieramy szlaki.
Wraz z chłopakami z warsztatu przerobił sobie też gokarta, by mieć na czym trenować zimą, gdy "Bandzior" jest rozłożony na części. - Wymyślam sobie nowe wyzwania. To mi daje satysfakcję, ale też utrzymuje mnie w dyspozycji, by w dowolnym momencie wsiąść i jechać. Motosport to niestety drogi sport i gdyby nie kolejni partnerzy, którzy pojawili się też dzięki współpracy z Inter Cars, to pewnych rzeczy sam bym nie przeskoczył.
Modyfikacje są niezbędne, bo Bartek - mimo że nie ma rąk - startuje w stawce z pełnosprawnymi kierowcami. Bez taryfy ulgowej. - My nie mamy parazawodów. Taki mam wybór - albo jadę z nimi, albo wcale.
Grafik Bartka jest bardzo napięty. Na jego zwykły dzień składają się treningi i praca z teamem, prowadzenie warsztatu, który w wolnym czasie obsługuje też samochody innych drifterów, współpraca z wydawnictwem artystycznym, realizacja projektów dla sponsorów. Prowadzi swój kanał na Youtubie "Pasja na krawędzi", a ostatnio ma też coraz więcej wystąpień jako mówca motywacyjny.
Uwielbia spotkania z fanami, nie opuszcza prawie żadnej imprezy motoryzacyjnej. - Kiedyś podeszła do mnie na targach pewna pani i powiedziała, że dzięki mnie zrobiła prawo jazdy. Bała się, ale się przełamała i dziś może wozić dzieciaki, jest mobilna. To bardzo cieszy. Mam w tym taką swoją małą misję, żeby pomagać ludziom przełamywać ograniczenia, nieważne jakie.
Mówi, że swoje marzenia już spełnił: został profesjonalnym kierowcą. Robi to, co kocha, na równym poziomie z innymi. Cieszą go wygrane, ale też to, że po wielu latach jego teamowi udało się zmienić bus serwisowy na fajniejszy - mają teraz większe zaplecze logistyczne.
A może kiedyś będziemy mogli mieć swojego TIR-a, do którego włożymy cały warsztat, będziemy mogli tam spać i Bandzior będzie sobie jeździł na przyczepce!
- emocjonuje się Bartek. To by było dla niego spełnienie już wszystkich zachcianek.
Nie czeka, aż ktoś mu coś ułatwi. - Oczywiście są momenty, kiedy jest trudniej, bo jednak żyje się inaczej i czasami się złoszczę, że pewne czynności zajmują mi więcej czasu, a dawniej robiłem to dużo szybciej. Ale dzięki odpowiedniemu planowaniu i logistyce, której nauczyłem się właśnie w sporcie, na pewno można żyć całkiem normalnie.
Nie udaje fałszywej skromności: - Ostatnio dzwonił do mnie przyjaciel z Kanady i powiedział, że pokazywał komuś filmik ze mną i ten ktoś powiedział, że to jest niemożliwe, to jest wszystko ustawione. Haha!
I dodaje: - Gdzieś musiał nadejść ten decydujący moment, w którym to ja podjąłem decyzję, że chcę o siebie zawalczyć. Bo może nad tobą stać sztab psychologów i mówić ci, co jest dla ciebie dobre, ale ty to i tak wiesz najlepiej. Ja jestem drifterem, jestem artystą, jestem przedsiębiorcą, ale przede wszystkim jestem sobą. Jestem Bartkiem.
Chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u Bartka Ostałowskiego? Odwiedź jego stronę albo profil na Facebooku >>