Społeczeństwo
Polacy na Wyspach o Brexicie. Jedni się stresują, inni nie sieją paniki (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)
Polacy na Wyspach o Brexicie. Jedni się stresują, inni nie sieją paniki (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)

Na naukę

Beata nie przestraszyła się brexitu. Wręcz przeciwnie: wyszła mu naprzeciw. Kiedy inni po referendum myśleli o wyjeździe z Wielkiej Brytanii, ona właśnie przez brexit na Wyspy poleciała. - W Polsce próbowałam prowadzić markę modową dla jednej firmy, ale okazało się, że nie do końca wiem, jak to się robi. Dlatego chciałam zrobić studia MBA w Londynie, ze specjalizacją z rynku mody. W tym świecie liczą się trzy miasta: Paryż, gdzie musisz mówić po francusku, Mediolan, gdzie ważny jest włoski, i właśnie Londyn. Przez język wybór był dla mnie oczywisty - opowiada.

Beata marzy o pracy dla firmy modowej z Londynu (fot: archiwum prywatne)

Beata znalazła biuro karier, które organizuje wyjazdy Polaków na studia do UK. - Agent powiedział mi: albo jedziesz już, natychmiast, albo nie pojedziesz wcale, bo brexit. I będziesz miała tak samo utrudniony dostęp do nauki, jak Chińczycy - opowiada. Studia w Wielkiej Brytanii są płatne, ale państwo wspiera studentów, udzielając im kredytu. Te zasady dotyczą obywateli brytyjskich oraz póki co każdego studenta z Unii. Ale po brexicie studenci z Europy prawdopodobnie stracą prawa do pożyczki.

Beata dostała się na Coventry University, oddział w Londynie. Studia zaczęła jeszcze przed rozpoczęciem procedury brexitowej. Wynajmowała mieszkanie przy Canary Wharf. W sklepie z odzieżą dżinsową naszywała aplikacje na kurtki. Myślała: przynajmniej to coś związanego z modą. Przez dwa lata uczyła się przez cztery dni w tygodniu. Szkołę skończyła kilka tygodni temu. Wróciła do Polski na chwilę. - Mam dyplom, ale nie wiem, co dalej z moją pracą w UK.

Zastanawia się też, co z pożyczką, która sfinansowała jej naukę. Normalnie jest tak: brytyjscy absolwenci, którzy osiągają określony poziom dochodów, oddają z pensji specjalny "podatek" - procent ze swoich dochodów. W ten sposób spłacają państwo, które wykładało na ich edukację. Ta zasada dotyczy też osób, które po studiach wróciły do rodzimych krajów. - Nie wiem, czy jeśli zostanę w Polsce i dojdzie do brexitu, to będę musiała zwrócić pożyczkę. A jak wrócę do Anglii - czy będzie mi potrzebna wiza pracownicza?

Protesty przeciwko Brexitowi odbywały się w całej Wielkiej Brytanii (fot. Shutterstock)

Beata marzy o pracy dla firmy modowej z Londynu. Chciałaby zostać przedstawicielem marki na Europę Wschodnią. Pilnować projektantów, by tworzyli zgodnie z linią w danym kraju, zarządzać kampaniami reklamowymi i wyprzedażami. Mieszkać tam, przyjeżdżać tutaj. Zarabiać londyńską pensję, która znacznie wyprzedza wszystko, co zarobiłaby w Polsce.

- Nawet moi wykładowcy nie wiedzieli, czy po brexicie nie będą musieli wrócić do Danii czy Francji - mówi Beata i dodaje: - Dla branży modowej brexit oznacza duże straty ze względu na umowy handlowe z UE, które na pewno będą gorsze. Ale Londyn wciąż pozostanie jedną ze światowych stolic mody. Ja na pewno wrócę do Londynu i znajdę pracę przed brexitem. Zastanawiam się nad założeniem własnej działalności. Chcę w UK czekać na rozwój wydarzeń. Jeśli trzeba będzie, to tam załatwiać wizę. Tu wrócić mogę zawsze. Im bardziej będę tam zakorzeniona zawodowo, tym większa szansa, że zostanę. Dziwię się ludziom, którzy właśnie przed brexitem wracają. W tym nie ma żadnej logiki.

Na terapię

Magda doskonale wie, co brexit robi z Polakami. Doprowadza do stresu porównywalnego z wypadkiem samochodowym. Albo żałobą.

21.12.2017 Warszawa. Premier Mateusz Morawiecki i premier Wielkiej Brytanii Theresa May podczas uroczystego podpisania umów miedzy rządami Polski i Wielkiej Brytanii (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

W Edynburgu mieszka od siedmiu lat. Prowadzi organizację charytatywną Feniks. - Wspieramy Polaków w kwestii zdrowia psychicznego, organizujemy terapię, pomagamy w integracji w UK, niedługo będziemy pomagać przy aplikacji o status osiedleńczy. To dokument, który pozwala zostać na Wyspach także po brexicie. Niewiele jest organizacji, które zajęłyby się problemami Polaków w Wielkiej Brytanii. A mają ich sporo. Wielu nie może znaleźć pomocy ze względu na barierę językową, izolację społeczną - opowiada.

Magda od dwóch lat codziennie obserwuje zamieszanie wokół brexitu. Każdego dnia się coś zmienia. - Nasza rozmowa rano wyglądałaby zupełnie inaczej niż wieczorem. Tyle jest nowych informacji - mówi. - To jest emocjonalnie wyczerpujące. Od dwóch lat żyjemy w poczuciu zagrożenia. Co trzeba zrobić, żeby zachować swój status, czy kraj wyjdzie z Unii, czy nie? Do tego wzrasta poziom dyskryminacji. Wyjechaliśmy z kraju, który był nietolerancyjny, do kraju, który miał być zupełnie inny. A okazało się, że jest bardzo podobny. Widzisz to w telewizji i internecie. Słyszysz wypowiedzi polityków, nawet Theresy May, która potrafi wypalić, że "już nikt nie będzie się wpychał do kolejki". A Brytyjczycy potrafią zapytać w autobusie: to kiedy wracacie do domu? Polacy mają poczucie, że przestali być tutaj mile widziani.

Tuż po referendum "Feniks" zrobił badania na temat brexitu. Okazało się, że sytuacja wzbudza w wielu Polakach silne reakcje, porównywalne do wypadku samochodowego czy utraty kogoś bliskiego. Sesje terapeutyczne prowadzone przez organizację zaczęły dotyczyć jednego tematu: Co się z nami teraz stanie? Co to znaczy? Czy muszę wyjechać? Czy mogę zostać? Czy nadal będziemy otrzymywać państwową pomoc?

Londyńska policja (fot: Julian Sojka/ Agencja Gazeta)

- To były pytania egzystencjalne - podsumowuje Beata. - Wiele osób może mieć problem ze zdobyciem statusu osiedleńczego. Bo jest haczyk: trzeba udokumentować, że przebywa się w UK od co najmniej pięciu lat. A sporo osób może mieć z tym problem, bo nie posiadają podstawowych dokumentów. Chodzi o bezdomnych, ludzi, którzy nigdy nie pracowali, albo ofiary przemocy domowej, izolowane od świata i kontrolowane przez partnera. W UK nie ma obowiązku rejestracji pobytu, partner może przepisać wszystkie rachunki i zasiłki na siebie, kobieta może nie dostać od niego zgody na pracę itp. W takiej sytuacji nie ma zbyt wielu dowodów, że ona przebywała w Wielkiej Brytanii. Szczęśliwie żyjemy w kraju, który jest bardzo skuteczny w walce z takimi zachowaniami i opiece nad ofiarami. Większość dokumentów potwierdzających pobyt ofiary w UK będzie pochodziła od instytucji, z którymi ona miała kontakt.

Magda mówi, że Polacy na facebookowych grupach wymieniają się coraz to nowymi informacjami na temat brexitu. I pytają: W jakim kraju przyjdzie nam żyć?

Na podatki

Piotr wychodzi z prostego założenia - skoro płacę podatki, to co mi zrobią? Brexitu się nie boi. W Anglii właśnie kupił mieszkanie.

Do UK przyleciał dwa lata temu prosto z Zagłębia. Chciał zarobić. W fabryce Hondy w Oxfordzie sprawdzał szczelność tłumików. - Będę się przeprowadzał do Leeds - planuje. - Moja dziewczyna pracuje tam w szpitalu, jest sanitariuszką, wozi ludzi na wózkach - dodaje. Wprawdzie w Leeds Paweł nie ma jeszcze pracy, ale liczy, że szybko ją znajdzie. - W Polsce kończyłem kurs na obrabiarki CNC, mam dobre referencje, więc się nie martwię - mówi. - Kupiliśmy mieszkanie za 90 tysięcy funtów. Leeds jest bardzo tanim miastem. Za flat, czyli mieszkanie, w Oxfordzie zapłaciłbym 250 tysięcy. Wolimy mieć własne, bo po co płacić komuś za wynajem? Rata kredytu i opłaty wyniosą miesięcznie 650 funtów. Tyle samo co wynajem "flata".

Paweł brexitem za bardzo się nie przejmuje. Śledzi newsy, ale nie słyszał o statusie osiedleńczym. - Raczej wątpię, że ktoś przyjdzie i mnie wyrzuci z kraju. Przecież dwa i pół roku płacę tu podatki. Wyrzucą tych, co tylko benefity biorą i nigdy w życiu nie pracowali. Benefity, czyli pomoc socjalną - tłumaczy.

Niektórzy mówią mu: Po co mieszkanie kupiłeś, jak może nie być pracy? Obawiają się, że po brexicie wzrośnie bezrobocie. - A ja tłumaczę: Firmy będą istniały, przecież nie wyparują. Praca na pewno się znajdzie.

W fabryce Hondy zatrudnionych jest mnóstwo Polaków. Spawają, obsługują roboty. O brexicie nikt za bardzo nie myśli. Choć fakt, są zmiany. Jak Paweł zaczynał, pracowało ze 140 ludzi. Teraz może z 60. Ale on się nie martwi. - Moja dziewczyna dostała taki papier w robocie, że na pewno jej nie zwolnią, bo potrzebują ludzi - mówi.

Na totalny spokój

Michał ma na ten cały brexit, prawdę mówiąc, "wywalone".

Na Wyspach jest od siedmiu lat. Pracuje jako magazynier. Mieszka w Edynburgu. I cieszy się życiem. - Nie ulegam panice tłumu, tylko czekam, co się stanie - stwierdza. - Jestem jedynym Polakiem u mnie w pracy, wokół sami Szkoci. Oni zresztą też mają wywalone. Nikt nic nie wie, więc nie ma co ścierać się z tematem. Moi polscy znajomi wkręcają się w politykę, są na bieżąco z newsami, śledzą ten cyrk. Ja się nie wkręcam, przez całe życie mam luz w głowie. Jedyne, co mnie zaboli, to droższe bilety lotnicze, droższy chleb. Ale ja nadal za bardzo nie wierzę, że do tego brexitu w ogóle dojdzie.

Lotnisko London Stansted (fot: Julian Sojka/ Agencja Gazeta)

Według Michała jest jedna grupa, która ma powody do obaw. - Pijaczkowie, patolka, ćpalnia. Brytole chcą wyrzucać pasożytów. A jak jesteś normalnym Polakiem, ciebie to nie dotyka. Ja tu mieszkam od siedmiu lat, bezrobotny byłem może ze trzy miesiące, więc za co mnie mają wyrzucać? Ile by to było ludzi do wyrzucenia! A oni już tu pokupowali domy, mają swoje prace, przecież wszystko nie pójdzie na marne. Zresztą ja to nie biorę pod uwagę tego, co się zdarzy za pół roku. Po prostu sobie żyję.

Na sztukę

Żaneta walczy z brexitem w swojej głowie przy pomocy aparatu fotograficznego.

Wyjechała z Polski 11 lat temu. Studiuje fotografię  w Edynburgu. Studia łączy z pracą w sklepie ze zdrową żywnością. Nie rozważa powrotu do domu.

- Mamy robić projekt na zaliczenie. Pomyślałam, że zrobię o brexicie. Będę jeździła do miejsc, gdzie ludzie bardzo poparli brexit, albo do takich, w których w większości głosowano za pozostaniem w Unii. W ten sposób poukładam brexit w sobie. Bo to jest stresujące, wyzwala silne emocje - mówi. - Pamiętam moment, jak dowiedziałam się o brexicie. Podróżowałam po Tajlandii. Byłam w wiosce z samymi Tajami. Praktycznie bez dostępu do mediów - na całą wieś jeden telewizor. Nad ranem trafiła tam dziewczyna z Anglii. Powiedziała mi o wyniku głosowania. Byłyśmy tak bezsilnie wściekłe i wkurzone, w absurdalnej sytuacji, w której nic nie możemy zrobić.

W Edynburgu z brexitem też za wiele zrobić się nie da. Żaneta poszła na spotkanie organizowane w urzędzie. Panowie pod krawatami mówili, jakie są procedury, żeby zostać w UK. Rozdawali ulotki. A tam informacje: takie masz prawa dziś, jeśli chodzi o pracę, służbę zdrowia, udział w wyborach, przywileje socjalne. A takie będziesz miał po brexicie - na tyle, na ile już coś wiadomo.

Tower Bridge w Londynie (Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)

Wielu znajomych Żanety rozważa powrót do Polski, chociaż brexit nie jest ich główną motywacją. Raczej tęsknota za domem. - Moja rodzina mieszka na Wyspach, więc nie mam do czego wracać. Przyzwyczaiłam się do życia w wielokulturowej, otwartej społeczności. Nie widzę siebie w Polsce. Dlatego też boję się tego brexitu. Kiedyś nie interesowałam się polityką. Teraz sprawdzam wiadomości na bieżąco - mówi.

Żaneta nie ma brytyjskiego obywatelstwa. - Trochę żałuję, że przez lata go nie zrobiłam, ale zawsze rozbijało się o koszty. Tysiąc pięćset funtów to kupa pieniędzy - mówi. Szefowa i koleżanki próbowały ją pocieszać po referendum. - Teraz Szkoci nie mają na to głowy. Z prostego powodu: sami nie wiedzą, co z nimi będzie, co się stanie z ich krajem. Brexit dotyka wszystkich - stwierdza Żaneta.

Na wielki biznes

Stanisław mieszka w Londynie pięć lat. Status osiedleńczy ma w kieszeni. - Ale, prawdę mówiąc, w Polsce też bym nie głodował - zaznacza.

Londyńskie City (fot: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)

Pracuje w banku inwestycyjnym w londyńskim City. Kierownicze stanowisko. Wynajmuje mieszkanie w centrum. - Z mojej perspektywy brexit nic nie zmieni. Oczywiście, jest napięcie - jak wpłynie na ceny obligacji? Wszystkie duże banki otwierają nowe oddziały w Paryżu, Warszawie, Frankfurcie. Ale branża finansowa sobie poradzi. Zawsze sobie radzi. Brytyjskie banki nie padną - mówi Stanisław. - U mnie w firmie ludzie debatują o tym, kto na wakacje leci do Patagonii i czy kurs funta sprawi, że podróż będzie trochę droższa. Tak to wygląda. Nie ma paniki. Ostatecznie mogę też pracować w Paryżu czy Warszawie. Może mniej ekscytujące niż Londyn, ale też piękne miasta.

Bartosz Józefiak . Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER