Społeczeństwo
Wódka, zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Wódka, zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

"Chyba nigdy nic ciekawego nie zrobiłem pod wpływem alkoholu" - mówi Józef Robakowski w książce "Szyja. Awangarda i alkohol" autorstwa Łukasza Gorczycy i Łukasza Rondudy. Robakowski, jeden z najlepszych w Polsce artystów multimedialnych, autor "Manifestu energetycznego", "Z mojego okna" czy "Dotknięcia Józefa" (na Vimeo można znaleźć jego filmy z festiwalu w Jarocinie), wódkę traktował raczej jako narzędzie do integracji.

Książka jest przewodnikiem po sztuce, prowadzącym wódczanym szlakiem, skłaniającym do poszukiwań obrazów, filmów, rzeźb i instalacji. Ich twórcy pili przed tworzeniem, w trakcie i po, a potem na wernisażu. Wspomnienia czyta się tak, jakby siedziało się wieczorem z nimi za stołem, popijając wódkę, tonęło w absurdach PRL-u, od którego ograniczeń wódka była ucieczką.

Józef Robakowski (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Bohaterowie "Szyi" przypominają śmieszne pijackie anegdoty, ale przeplatają je również opisami tragicznych wydarzeń, do których doprowadził alkohol. Na osobiste wyznanie zdecydował się rzeźbiarz Krzysztof M. Bednarski. Opowiedział o samobójstwie jego ojca, który też pił. O dziadku, który pozwalał mu, wtedy pięciolatkowi, zlizywać pianę z piwa przy partyjce szachów, o tym, że w końcu zdecydował się na abstynencję. Udało się, zliczył już ponad dwa tysiące dni bez alkoholu - choć w czasie rozmowy cytuje Charlesa Bukowskiego - "Lepiej być sławnym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem". Praca Krzysztofa M. Bednarskiego "Proletariacka rodzina" złożona jest z trzech butelek: litrowej - ojca, półlitrowej - matki i małpeczki - córki.

Premiera książki "Szyja" odbyła się w warszawskiej galerii Raster. Nawiązująca do publikacji wystawa, którą można oglądać do 17 listopada, nosi tytuł "Gdybym był księżycem". Pochodzi on z wiersza Władysława Broniewskiego (dalsze słowa brzmią: rozstałbym się z piciem.), któremu podobno wódka towarzyszyła od najmłodszych lat. Matka miała go nią częstować w domu, byleby tylko "nie szlajał się" z kolegami. Alkohol zniszczył poetę, ale w chwilach rozpaczy po śmierci jego ukochanej córki Anki dawał zapomnienie. Wódka go zabiła - zmarł na raka krtani 10 lutego 1962 r.

Wystawa w galerii Raster (fot. Edyta Borkowska)

"Dzikusy ze Wschodu"

Przepytywani przez Gorczycę i Rondudę artyści opowiadają, że alkohol był świetnym środkiem do przełamywania lodów. Za granicą i wśród zagranicznych gości odwiedzających Polskę furorę robił napój złożony z soku wiśniowego i unoszącego się nad nim czystego spirytusu, podawany pod nazwą "Jeszcze Polska nie zginęła". Ryszard Waśko, członek działającego przy łódzkiej Filmówce Warsztatu Formy Filmowej, opowiadał o wyjeździe w latach 70. na festiwal filmów eksperymentalnych w Knokke-Heist w Belgii. Zabrał się razem z innymi artystami, Wojciechem Bruszewskim, Antonim Mikołajczykiem i Józefem Robakowskim, maluchem tego ostatniego. Do nabitego ponad miarę samochodu zmieścili kilka flaszek ze spirytusem. Potem wnieśli je do luksusowego kasyna. Jak opowiada Waśko, szybko "skumplowali się" ze słynną już parą Mariną Abramović i Ulayem, którzy wówczas tworzyli wspólnie i byli w związku. Na Polaków nie działała ich marihuana. Ekipa z malucha zaczęła więc częstować towarzystwo spirytusem. - Wszyscy byli pijani w ciągu dziesięciu minut. Ulay się kompletnie upił. Oni nie wiedzieli, co to takiego jest ta nasza "socjalistyczna trawa", która była w biało-czerwonym kolorze - mówił w książce Ryszard Waśko.

Na belgijskim festiwalu była Yoko Ono. Inny gość - twórca kina eksperymentalnego Paul Sitney - opowiadał potem, że podczas jej performance, kiedy wchodziła do worka, "dzikusy ze Wschodu", czyli z Warsztatu Formy Filmowej, podchodzili do niej i ją turlali. Innym razem ta sama ekipa "wskoczyła" nago do filmowego wodospadu awangardowej niemieckiej reżyserki Dory O. Ale nie oni jedni. Na wernisażach czy plenerach podpici artyści często zachowywali się jak nieokiełznane dzieciaki - bili się, dokuczali, wyśmiewali cudze prace. Bójkę w czasie koncertu w łódzkim SPATiF-ie amerykańscy goście, Richard Nonas i Fred Sandback, opisywali później w wywiadzie dla "The New York Times". Nie mogli się nadziwić takiemu zaangażowaniu w sztukę. Zaczęło się od wrzucania przez członków Łodzi Kaliskiej jabłek do tuby jednego z wykonawców. Potem naśmiewali się z gry Jana Peszka. W momentach, kiedy potrzebna była chwila ciszy, szurali krzesłami. W końcu ktoś wpadł na Jana Peszka i doszło do rękoczynów.

Edward Dwurnik, Moja głowa, 1984; Rafał Bujnowski, z serii Pijacy i pijaczki, 2018 (fot. dzięki uprzejmości galerii Raster)

"Jestem za absolutną prohibicją, ale muszę przyznać, że czasami, mimo że można by się ostatecznie bez niego obejść, alkohol załatwia mnóstwo nieporozumień, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Według mnie powinien jedynie być dozwolony, do czasu, artystom i literatom, którzy wiedzą z absolutną pewnością, że w krótkim czasie mogą się 'wyprztykać' i że bezwzględnie bez pomocy alkoholu nic by wartościowego nie stworzyli" - pisał w "Narkotykach" Stanisław Ignacy Witkiewicz. Niektórzy bohaterowie "Szyi" potwierdzają, że wódka ich inspirowała, ale są i tacy, którzy wspominają, że przez nią mniej tworzyli. Dlatego walczyli z piciem. "Jednak kiedyś musiałem namalować te pięć tysięcy obrazów. Jakbym tankował, tobym namalował trzysta i byłoby po mnie" - opowiadał w książce Edward Dwurnik. Tłumaczył, że prace robione pod wpływem alkoholu musiał potem poprawiać. "To jest do niczego, wydaje się, że pięknie się maluje, z pomysłem, kolory takie świetne. A rano jest masakra i później trzeba zamazać".

Józef Robakowski opowiadał, że w szkole filmowej za wódkę można było załatwić wszystko. "Taśmę filmową czy wyposażenie profesjonalnej kamery. Znienawidzony był Krzysztof Zanussi, ponieważ u niego na planie się nie piło. Dla normalnej ekipy filmowej taki zakaz był koszmarem. Przecież wózkarz musiał się napić, ten, co światło robił, też musiał się napić. Aktorzy po zdjęciach nigdy nie wylewali za kołnierz. Bez wódki właściwie film nie mógł powstać" - mówił Józef Robakowski.

Łukasz Gorczyca zwraca uwagę, że w PRL-u wódka pełniła rolę społeczną, była jednym z nielicznych narzędzi poszerzających obszar wolności. Podkreśla, że książka "Szyja" przedstawia czasy, które już odchodzą. Teraz sfera artystyczna uległa profesjonalizacji, mniej czasu spędza się razem, więcej pracując we własnych pracowniach. Są nowe możliwości i więcej do przegrania. Sztuka jest mniej patetyczna, romantyczna, częściej opisuje zjawiska społeczne, wchodzi w dyskurs. Alkohol towarzyszy wernisażom, spotkaniom w knajpach, ale nie ma już tak ekstatycznego wymiaru. Łukasz Ronduda, pisząc książkę, chciał przypomnieć kontekst, w jakim powstawały oglądane obecnie w muzeach dzieła. Kultura picia była zdominowana przez mężczyzn, podobnie jak sztuka. Wtedy mniej kobiet niż obecnie tworzyło. Teraz to się zmienia. "Szyja" jest o męskości. Autorzy próbowali rozmawiać o wódce z kobietami, ale raczej unikały odpowiedzi.

W PRL-u wódka pełniła rolę społeczną. Na zdj. toast w szatni podczas balu sylwestrowego (fot. archiwum Grażyny Rutkowskiej / NAC)

Coś destrukcyjnego

Ściany galerii Raster okala fresk złożony z szokujących zdjęć z izby wytrzeźwień i z dokumentacji powypadkowej. Edward Dwurnik przedstawił swój autoportret bez głowy, a na drugim obrazie klęczącego, zdezorientowanego pijaka, któremu towarzyszy już tylko wierna psina. O tym, że to Polak, świadczą atrybuty w postaci flag biało-czerwonych. Malarz opowiada, że na szczęście jego miłość do samochodów sprawiała, że musiał ograniczyć picie. Kieliszka odmawiał sobie też dla ukochanej kobiety.

Jedną z najbardziej znanych pokazywanych w Rastrze prac jest "Ostatni toast" Władysława Hasiora. Przedstawia przebity nożem potłuczony kieliszek i strużkę krwi. Duże wrażenie robi instalacja młodej artystki Dominiki Olszowy, która niczym w witrynach sklepowych zwiesiła w oknach galerii szare, wygniecione, jakby zanurzone w murarskiej zaprawie, zdjęte z pijaków ubrania. Jedno z nich, zawinięte w kłębek, leżało porzucone w kącie na zewnątrz, obok wejścia. Na obrazie namalowanym przez Marcina Maciejowskiego do siedzącej w barze pary ktoś zapewne, przejęzyczając się, mówi: "Od dawna piszesz?". Może siedzą w słynnym krakowskim Dymie, miejscu artystów i pisarzy. - Teraz tam długo przesiadują ci, którym raczej się nie udało. Ci, którzy w porę przestali, zrobili kariery - mówi studiująca kiedyś w Krakowie historyczka sztuki.

Obraz Marcina Maciejowskiego 'Od dawna piszesz?', 2018 (fot. dzięki uprzejmości galerii Rastr)

- Myślę, że w tej chwili dopiero na naszych oczach umierają wzorce literackich zachowań, które wytworzyły się w Młodej Polsce. A więc artysta, który nie dba o wygląd, pali, pije, ale za to "żyje" - zauważa pisarz Michał Witkowski. - Przez ponad sto lat to one wyznaczały "trendy", choć już w latach siedemdziesiątych były kompletnie przedawnione. Teraz faktycznie nic z nich nie zostało.

Maja Wirkus, pracująca w Niemczech i w Polsce fotografka, również zauważa zmiany. - Myślę, że dzisiaj jesteśmy coraz częściej uzależnieni od pokazywania, że jesteśmy szczęśliwi. Niezależnie od tego czy jesteśmy artystami czy nie, staramy się być tacy jacy powinniśmy być, mniej jest miejsca na wariactwo. Reklama, kolorowe magazyny, media społecznościowe, liczne zdjęcia ładnych miejsc, rzeczy i ludzi - to wszystko wywiera na nas presję, nawet wtedy gdy emocjonalnie wcale nie chcielibyśmy się angażować. Uzależniamy się też coraz bardziej od dobrych relacji, słowo "networking" staje się zaklęciem. Ludzie z branży artystycznej maję obecnie większe szanse, ale też kierowane są w stosunku do nich wyższe oczekiwania. A oni starają się je spełnić, by wykorzystać obietnicę sukcesu - opowiada.

Młodość jednak robi swoje, studenci szkół artystycznych jakoś znajdują czas na imprezy, może tylko wódka utraciła swój monopol na rzecz trawki, grzybków i innych halucynogenów. Jeden z artystów, na którego obrazach podobnie jak u Dwurnika widać ludzi bez głów, zauważa, prosząc o zachowanie anonimowości: - Zmienił się świat sztuki, stosuje się inne używki, ale ciągle są osoby, które niszczą sobie życie.

Edward Dwurnik na wystawie swoich prac pt.: 'Obłęd! ' w Muzeum Narodowym w Krakowie, 2013 r. (Michał Lepecki / AG)

Jak dobrze żyć?

W "Szyi" wypowiada się też pokolenie artystów w średnim wieku. Wilhelm Sasnal stwierdza, że w jego przypadku megapicie było tylko do pierwszego roku studiów, potem odkrył, że tanie wino mu szkodzi. Jego zdaniem studenci się bardzo zmienili. "Chyba byliśmy jednym z ostatnich roczników, który tak się razem bawił" - mówi w książce. Młode pokolenie bardziej koncentruje się na karierze niż na imprezowaniu: "Jak pamiętam nas, kiedy z akademii zapędzaliśmy się do knajpy, to byliśmy nachlanymi, rozwydrzonymi gówniarzami. Teraz nie widzę takich ludzi. Zdarza mi się spotkać studentów popijających wino i pytających, jak zrobić karierę. Zatem myślę, że to się zmieniło. Oczywiście zmiana wynika też z tego, że my nie musieliśmy robić kariery, bo tej kariery wtedy nie było. Nie było takich możliwości, nikt nie wiedział, jak ją zrobić. Z drugiej strony nigdy bym nie powiedział, że alkohol może zaszkodzić w karierze. Alkohol nie przeszkodziłby komukolwiek. Pewne nieskoordynowane działania są najbardziej cenne, są bardzo rozwojowe. A tak naprawdę kariera nie może być celem. Dla mnie najważniejsze jest to, że mam fajne życie rodzinne. To powinien być cel: dobre życie".

Jak dobrze żyć? W rozmowach z młodymi artystami przewija się słowo "równowaga" - psychiczna i fizyczna. Upijanie się, imprezowanie, brak snu nie pasuje do zdrowego stylu życia, raczej joga treningi, weganizm i oczyszczanie. Z tym ostatnim ma związek coraz częściej stosowana ayahuasca. Wywar z roślin przygotowywany oryginalnie przez szamanów z Ameryki Południowej, działa silnie halucynogennie. - Środki enteogenne, jak ayahuasca, nie uzależniają, nie mają właściwości narkotyków. Ponieważ wywołują niezwykle barwne i fantazyjne wizje, mogą być inspiracją dla artystów - twierdzi Maciej Kuczyński, pisarz, podróżnik, speleolog, wieloletni prezes polskiego oddziału The Explorers Club, który w latach siedemdziesiątych kierował wyprawą Polskiego Związku Alpinizmu w Andy Chile i Peru, i już wtedy spotkał się z indiańskimi rytuałami. - Ludzie sięgają po to doświadczenie, ponieważ pozwala im ono odkrywać świat ukryty "pod spodem", jak nazywali go meksykańscy Indianie - mówi.

Wilhelm Sasnal (fot. Albert Zawada / AG)

28 października w warszawskim SPATiF-ie (jak opowiadał Krzysztof M. Bednarski: kiedyś SPATiF-y nazywane były ściekami, w których można było pić do późnych godzin nocnych i znaleźć pracę) odbędzie się spotkanie "Grotowski - od szamanizmu do teatru", którego tematem będą rytuały szamanów, tym razem syberyjskich. Jerzy Grotowski był bohaterem opowieści spisanych w "Szyi", jego aktorzy bratali się z pijakami, niektórzy sami pili, ale w pracy mieli absolutny zakaz spożywania alkoholu. W przedsięwzięciach parateatralnych było obejmowanie drzew, szukanie łączności duchowej z innymi istotami, naturą i wszechświatem. Wydaje się, że właśnie klimat jego teatru bardziej przemawia do współczesnych artystów, czasów performance i wideo-artu niż prosta i niszcząca wódka. Takie przynajmniej są oficjalne wybory i wcale nie są charakterystyczne tylko dla świata sztuki.

Jak jest naprawdę? Na początku września tego roku Główny Urząd Statystyczny podał, że spożycie alkoholu wysokoprocentowego wzrosło, podobnie jak piwa. Może teraz częściej pijemy sami w domu, przeglądając portale społecznościowe, mniej z realnymi kumplami? I może dotyczy to nawet wzbraniających się przed mówieniem o alkoholu artystów?

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Edyta Borkowska. Dziennikarka, prawniczka, promotorka kultury. Redagowała weekendowy magazyn Gazeta.pl, prowadziła Serwis Kulturalny "Rzeczpospolitej" i pisała do "Przekroju". Współpracuje z programem dla profesjonalnych dokumentalistów Doc Lab Poland. Filmem zajmuje się również od strony prawnej w kancelarii MKZ Partnerzy.