Społeczeństwo
Moda na trzymanie egzotycznych zwierząt w domu trwa (fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl)
Moda na trzymanie egzotycznych zwierząt w domu trwa (fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl)

Moda na egzotycznych ulubieńców przyszła do nas z Zachodu. "Na amerykańskich podwórkach, w garażach, salonach, łóżkach, piwnicach i łazienkach dzikie zwierzęta, trzymane jako domowi pupile, żyją tuż obok ludzi. Uważa się, że w tamtejszych domach jest ich więcej niż w ogrodach zoologicznych." - pisał "National Geographic" w lipcu tego roku. Patty Finch z organizacji Global Federation of Animal Sanctuaries szacuje, że samych tylko tygrysów w niewoli w USA jest co najmniej 5 tys., a większość z nich nie przebywa w zoo, tylko u prywatnych właścicieli. Poza tygrysami w amerykańskich przydomowych menażeriach żyją m.in. lwy, małpy i niedźwiedzie, a w Internecie można znaleźć oferty sprzedaży zebr, wielbłądów i pum.

Nad Wisłą moda na egzotykę przybiera nieco skromniejsze rozmiary. U nas wrażenie robią skorpiony, legwany, tarantule, skunksy, szopy pracze czy modne ostatnio świnki wietnamskie. Niegdyś chomikami, a dziś jeżami pigmejskimi obdarowuje się dzieci. Te nieduże afrykańskie ssaki zrobiły furorę jako pierwszokomunijne prezenty. Fretki, tchórzofretki i szynszyle są już passé, żeby być na czasie, trzeba mieć co najmniej małpkę albo chociaż papugę.

Tchórzofretki i szynszyle są już passé. Żeby być na czasie, trzeba mieć co najmniej małpkę albo chociaż papugę (fot. Adrianna Bochenek / AG)

Boa na wolności

Nie wiadomo ile i jakie egzotyczne zwierzęta są w prywatnych rękach w Polsce, mimo że  zgodnie z Art. 120 ust. 2 Ustawy o ochronie przyrody na przetrzymywanie, hodowlę, rozmnażanie, oferowanie do sprzedaży czy zbywanie tzw. gatunków obcych konieczne jest uzyskanie zezwolenia regionalnych dyrektorów ochrony środowiska. Natomiast na ich wwóz z zagranicy - zezwolenie Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. W praktyce przedstawiciele ochrony środowiska, policja, ale też sąsiedzi często dowiadują się o egzotycznym pupilu dopiero wtedy, kiedy wypełznie.

Latem tego roku cała Polska żyła historiami boa dusiciela i pytona tygrysiego, które znalazły się na wolności. "Dziś w nocy został zgubiony wąż. Jest to boa dusiciel, 11-letnia samica. Jakimś cudem otworzyła przesuwaną szybę od terrarium i uciekła na podwórko sąsiada przez uchylone okno. Jeśli ktoś zobaczy dwumetrowego gada, to proszę o pilny kontakt przez Facebooka oraz proszę się Jej nie bać, jest łagodnym wężem. I to nie jest żart, proszę potraktować informację poważnie" - pisał na Facebooku pod koniec czerwca właściciel węża, mieszkaniec Bydgoszczy.

Na wolności boa dusiciele potrafią osiągnąć cztery metry długości, w niewoli dwa do trzech metrów. Żywią się przede wszystkim średniej wielkości zwierzętami, np. królikami i kurami. Najpierw je duszą, a potem połykają w całości. Nic dziwnego, że bydgoscy właściciele psów zaczęli się bać o swoje czworonogi. Po dwóch tygodniach gada zauważyła sąsiadka. Wylegiwał się na trawie tuż przy domu. Właściciel węża miał wymagane pozwolenia, ale dostał grzywnę za nieupilnowanie pupila. - Mężczyzna, który od dawna zajmował się wężem, doskonale wiedział, jak się z nim obejść. Złapał go i zabrał do domu. Policja odebrała już tylko zgłoszenie z prośbą o odwołanie poszukiwań - informował Piotr Dudziak z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

Latem tego roku cała Polska żyła historiami boa dusiciela i pytona tygrysiego, które znalazły się na wolności (fot. Michał Łepecki / AG)

Kilka tygodni później sezon ogórkowy w mediach ożywił inny uciekinier - prawie sześciometrowy pyton tygrysi. Wylinkę tej długości znaleziono nad Wisłą w okolicach Konstancina-Jeziorny. Powołano powiatowy zespół kryzysowy, który zadecydował, że teren będzie monitorowany z lądu i powietrza. Nad okolicą, gdzie mógł przebywać gad, krążył dron z kamerą. Czynności operacyjne prowadziła policja. Kilka osób twierdziło, że widziało pytona, który płynął Wisłą. Rzekomo drogą wodną dotarł nawet do Torunia. Na właściciela pytona typowany był fotograf, który egzotyczne węże wykorzystuje do sesji erotycznych w plenerze. Kryminalni potwierdzili jednak, że artysta swojego gada nie zgubił. Do akcji włączył się też detektyw Krzysztof Rutkowski. Pytona do dziś nie znaleziono. Optymistyczna wersja wydarzeń - ktoś wyrzucił samą wylinkę; mniej optymistyczna - zwierzę urosło, przestało mieścić się terrarium i zostało "uwolnione" przez właściciela.

We wrześniu ekopatrol odłowił nieco mniejszego pytona, który wylegiwał się na parkingu przy jednej z warszawskich ulic. Ale węże to niejedyne osobliwe zwierzęta, które w Polsce odławiają straż miejska, ekopatrole oraz organizacje zajmujące się ochroną zwierząt. Na trawnikach, w parkach i na ulicach znajdują najróżniejszych mieszkańców dżungli, np. mniejsze gatunki małp. W lipcu br., przez uchylone okno jednego z warszawskich mieszkań, wydostała się kapucynka. Kilka godzin biegała na podwórku i placu zabaw, gdzie bawiły się dzieci. Zwierzątko zostało schwytane przez straż miejską. Tylko w pierwszej połowie tego roku tylko w Warszawie eko patrol odłowił 55 zwierząt egzotycznych: węże, żółwie, papugi, ale też agamę brodatą, gekona lamparciego, legwana i kraby.

Miało być miłe i grzeczne

Egzotyczne zwierzęta, jeśli nawet urodziły się w niewoli, to zazwyczaj potrzebują dużej przestrzeni do życia, specjalistycznej diety, zaawansowanej pielęgnacji i opieki weterynaryjnej. Zazwyczaj problem pojawia się wtedy, kiedy pupil urośnie i przestaje być słodkim maluchem; zjada coraz więcej, więc rosną koszty jego utrzymania; bywa agresywny wobec ludzi. Znalezienie nowego domu dla niego nie zawsze jest łatwym zadaniem, sklepy i ogrody zoologiczne niechętnie przyjmują oddawane zwierzaki. "Zoo nie jest miejscem do przetrzymywania niechcianych zwierząt, a placówką rozmnażającą zagrożone gatunki. Każdy nowy przybysz ogranicza przestrzeń oraz zmniejsza komfort rzadkich i ginących gatunków, dla których zoo jest jedynym miejscem, w którym mogą przetrwać. Na dodatek zwierzę nieznanego pochodzenia może wnieść na teren ogrodu choroby, które będą zagrażać jego mieszkańcom, a to zaprzepaściłoby wieloletnią i ciężką pracę wielu ludzi. Co więcej, zoo po prostu nie byłoby w stanie pomieścić wszystkich potrzebujących zwierząt (...)" - tłumaczy na swojej stronie warszawski ogród zoologiczny.

Niechciane, "oryginalne" zwierzęta, jeśli mają trochę szczęścia, trafiają do fundacji i azylów. Jeden z nich stworzyli w swoim domu Paweł i Katarzyna Połońscy z Warszawy. W ich zwierzyńcu jak w lustrze odbija się moda na egzotykę. Pierwsza papuga trafiła do nich po interwencji fundacji Viva! Akcja dla Zwierząt. Żako została odebrana właścicielowi, któremu znudziła się już po dwóch latach. Przez kolejne 18 lat trzymał ją w niewielkiej klatce, w magazynie, karmiąc głównie słonecznikiem, chociaż papugi szare powinny dostawać specjalne mieszanki ziaren oraz egzotyczne owoce i orzechy. Osamotniony i niedożywiony żako wpadł w depresję i wyskubał sobie pióra. W azylu papuga doszła do siebie, ale już na zawsze pozostanie nielotem. Do papugi szarej dołączyła aleksandretta obrożna [inny gatunek papugi - przyp. red.], również z interwencji.

Aleksandretty mnożą się błyskawicznie, są bardzo hałaśliwe, a jednocześnie lubią żyć w ludzkich skupiskach (fot. Jakub Ociepa / AG)

- Robimy co w naszej mocy, ale nie jesteśmy w stanie stworzyć papugom, ani żadnym innym ptakom, godnych warunków życia. W swoim naturalnym środowisku mają do dyspozycji wielkie przestrzenie. Nigdy nie marzyliśmy o trzymaniu ptaków w domu; uważam, że to dość smutny widok. Niestety, nasze papugi nie wrócą już do natury, bo, po pierwsze, nie można wypuszczać na wolność obcych gatunków, a po drugie - wychowane w niewoli prawdopodobnie nie odnajdą się na wolności - tłumaczy Paweł Połoński.

Działacze ochrony przyrody nie mają wątpliwości, że sprowadzanie i hodowanie dzikich zwierząt jest nie tylko niebezpieczne, ale też okrutne, i powinno być zabronione. W 2011 r. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wpisała na listę kilkaset gatunków i podgatunków, które obowiązuje całkowity zakaz hodowli w prywatnych domach. Trafiły tam niektóre węże, pająki, jaszczurki, dzikie koty czy małpy. Mimo to zwierzęta są nadal przemycane albo hodowane nielegalnie. W ubiegłym roku policja zabrała 278 zwierząt z hodowli w miejscowości Pysząca k. Poznania. W tej grupie znalazły się m.in. tygrysy, lamparty, pumy, pekari, oceloty, marabuty, oryksy, lemury, czy antylopy. Zwierzęta były niedożywione, rozmnażane na handel i przetrzymywane bez wymaganych zezwoleń w dramatycznych warunkach sanitarnych. Większość trafiła do zoo. To tylko jedna z wielu interwencji.

O ile psy i koty są przy człowieku od tysięcy lat, to dzikie zwierzęta nie przeszły procesu udomowienia. Żeby je przystosować do życia z ludźmi, często poddaje się je okrutnej tresurze, okalecza. Skunksom wycina się gruczoły zapachowe, ptakom podcina lotki, dzikim kotom usuwa pazury. Papugi na wolności żyją w parze. W niewoli pisklęta karmione są przez człowieka z ręki, przez co przywiązują się do konkretnej osoby. Ptaki bardzo źle znoszą rozłąkę, a niektóre gatunki papug osiągają wiek 70 lat i przeżywają swoich opiekunów. Małpy z kolei potrzebują wspinać się po drzewach i żyć w stadzie, a nie chodzić w dziecięcych ubrankach i na smyczy po ulicach miast, co praktykują niektórzy z ich właścicieli.

Do azylu Pawła Połońskiego trafiły też dwie tamaryny białoczube [małpy szerokonose - przyp. red.]. Podczas transportu z Niemiec (gdzie jest sporo hodowli naczelnych) do Polski doznały licznych urazów, najpoważniejszy to połamane łapy. Handlarz zaniósł poturbowane naczelne do uśpienia, ale weterynarz odmówił zabiegu. Małpki zostały wyleczone i oddane pod opiekę fundacji. Połońscy zorganizowali minimałpiarnię, przeznaczając na ten cel 18-metrowy pokój swojego domu. Wyposażyli go w konary drzew, specjalne liny i lampy ultrafioletowe.

Tamaryny cesarskie w ZOO w Opolu (fot. Rafał Mielnik / AG)

- Osłupiałem, kiedy zapytano mnie, czy nie stworzyłbym im warunków do życia. Niewiele wtedy wiedziałem na temat ssaków naczelnych - opieki, karmienia, suplementacji. Zastanawialiśmy się z żoną, czy damy radę. Małpy są nieodporne na ludzkie choroby, może je zabić niegroźna z perspektywy człowieka infekcja. Do małpiarni powinno się wchodzić w masce. To była najtrudniejsza nasza decyzja dotycząca adopcji zwierzęcia - mówi Połoński.

Do schronisk dla bezdomnych zwierząt trafia też coraz więcej świnek wietnamskich, kolejnych ofiar mody na "oryginalne" zwierzątko. Świnki stosunkowo dobrze odnajdują się w roli zwierząt towarzyszących, ale wymagają intensywnej opieki. Część hodowców kupuje słodkie prosiaczki, bo wydaje im się, że zawsze będą mieściły się w kieszeni, ale nawet te małe gatunki są stosunkowo dużymi zwierzętami i mogą osiągnąć wagę 100 kg.

Mikroświnki to pojęcie dość względne. Poza tym mają one potrzebę eksploracji terenu, np. rycia w ziemi. Należy wyprowadzać je regularnie na spacer, inaczej przeorają nam salon albo kuchnię. W wielu regionach Polski obowiązują obostrzenia wynikające z ASF [wirus afrykańskiego pomoru świń - przyp. Red.]. Dotyczą one również domowych mikroświnek, bo wedle przepisów są one zwierzętami hodowlanymi. Ich właściciele muszą więc rozkładać maty dezynfekujące pod drzwiami, zarejestrować się jako producenci rolni, zgłosić "stado" w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, nawet jeśli w domu przebywa jedna świnka. W innym wypadku powiatowy lekarz weterynarii może pupila wyeliminować, z czego nie zdaje sobie sprawy większość właścicieli.

Puma w polskim lesie

Część opiekunów, nie radząc sobie z pupilami, "zwraca im wolność". W polskim lesie widziana była puma, zadomowiły się norki amerykańskie czy szopy pracze. - Właściciele nie zdają sobie sprawy z tego, że szlachetne z pozoru uwolnienie zwierzęcia jest najczęściej równoznaczne z wydaniem na nie wyroku śmierci. Wiele obcych gatunków na wolności nie znajdzie pożywienia, padnie z zimna albo zostanie zaatakowanych przez drapieżniki - mówi dr Wojciech Solarz, biolog z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk w Krakowie.

Choć w większości przypadków egzotyczne zwierzęta nie są w stanie przetrwać w obcym ekosystemie, niektórym udaje się jednak zaaklimatyzować. I to wcale  nie jest dobra wiadomość, bo stanowią one zagrożenie dla rodzimej przyrody. Takim przykładem jest żółw czerwonolicy, który zamieszkuje środkowo-wschodnią część Stanów Zjednoczonych. Młode kupowane są dla ich atrakcyjnego wyglądu. Tylko w latach 1994-97 z USA do Polski przywieziono blisko 450 tys. sztuk żółwi czerwonolicych. Gdy pupile urosły i przestały mieścić się w niewielkich słojach czy akwariach, były wypuszczane do najbliższego stawu albo jeziora, gdzie przeżywały nawet surowe zimy. Problem w tym, że żółwie to niesamowite żarłoki, które stanowią zagrożenie dla chronionych u nas gatunków płazów, ryb i roślin. Dlatego żółw czerwonolicy znalazł się na cenzurowanym. Już w roku 1997 Unia Europejska wprowadziła całkowity zakaz importu okazów tych gatunków na teren Wspólnoty.

Do schronisk dla bezdomnych zwierząt trafia też coraz więcej świnek wietnamskich, kolejnych ofiar mody na 'oryginalne' zwierzątko (fot. Grzegorz Celejewski / AG)

Obce gatunki mogą też krzyżować się ze spokrewnionymi gatunkami rodzimymi, np. świnki wietnamskie z dzikami czy azjatyckie jelenie sika, sprowadzane w celach łowieckich, z polskim jeleniem szlachetnym. Prowadzi to hybrydyzacji i rozmywania puli genetycznej rzadkich, zagrożonych wyginięciem gatunków rodzimych. Poza tym, te gatunki obce konkurują również z rodzimymi o pokarm i miejsca rozrodu. Papuga aleksandretta obrożna jeszcze do niedawna w Europie Północnej trzymana była wyłącznie w domach. Dziś już zaczęła gniazdować w naturze, na wolności można ją spotkać również w Polsce. Na razie te niewielkie, jaskrawozielone ptaki latające między drzewami wzbudzają zachwyt przechodniów. Zapewne ta radość nie potrwa zbyt długo. Aleksandretty mnożą się błyskawicznie, są bardzo hałaśliwe, a jednocześnie lubią żyć w ludzkich skupiskach. W Hiszpanii stały się zmorą rolników, bo wyjadają zboże i wydziobują pestki ze słoneczników. Same nie potrafią robić gniazd, ale ponieważ są silniejsze, usuwają z dziupli starych lokatorów i przejmują ich posiadłości. Im więcej ich u nas, tym mniej rodzimych szpaków, kosów, gołębi, wróbli, dzięciołów i nietoperzy.

- Inwazje biologiczne uznawane są obecnie za jedno z największych zagrożeń dla przyrody i jeden z głównych powodów wymierania gatunków. Poza tym gatunki obce mogą całkowicie zmieniać strukturę cennych siedlisk, a nawet funkcjonowanie całych ekosystemów - mówi dr Wojciech Solarz.

Do serca przytul psa, weź na kolana kota

Rozporządzenie Ministra Środowiska z 9 września 2011 r. wymienia aż 36 obcych gatunków zwierząt m.in. coraz chętniej hodowany w domach szop pracz, czy wspomniane już żółwie, które w przypadku uwolnienia mogą zagrozić rodzimym gatunkom w Polsce. Aby zapobiec sytuacjom, kiedy egzotyczny pupil ląduje w lesie, parku albo oczku wodnym, w 2011 r. powstał Europejski kodeks postępowania w sprawie zwierząt domowych i inwazyjnych gatunków obcych .  Zgodnie z tym dokumentem  hodowane zwierzę nigdy nie może zostać wypuszczone na wolność. Specjaliści podają szereg rad, jak temu zapobiec. Między innymi zwierzęta powinny być indywidualnie oznakowane, np. mikroczipem lub numerowaną obrączką, aby w razie schwytania po ucieczce można je było zwrócić właścicielowi. Najlepiej jednak po prostu nie decydować się na egzotyczne zwierzęta w naszych domach.

Nie bez powodu o psach mówi się, że to najlepsi przyjaciele człowieka (fot. Tomasz Kudala / AG)

- Jeśli chcemy mieć w domu zwierzę, to kot czy pies jest doskonałym rozwiązaniem, gatunkiem przystosowanym do życia przy człowieku. Świetnie znoszą domowe warunki, są łatwiejsze i tańsze w utrzymaniu, a przede wszystkim bardziej przewidywalne niż egzotyczne okazy - radzi dr Wojciech Solarz.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Monika Stelmach. Dziennikarka. Publikuje w "Dwutygodniku", "Wysokich Obcasach" i tygodniku "Polityka". Stypendystka "Młodej Polski" MKiDN. Specjalizuje się w wywiadzie i reportażu.