Seryjny morderca, Mariusz Trynkiewicz, zmarł 9 stycznia 2025 roku. Przypominamy artykuł opublikowany po raz pierwszy 3 sierpnia 2018 roku.
Pierwszy podejrzany*
5 sierpnia 1988 roku, godzina 16.00. Ciepłe piątkowe popołudnie. Edward Ś., mieszkaniec położonego na obrzeżach miasta osiedla Wierzeje zadzwonił właśnie do dyżurnego MO w Piotrkowie. Powiedział, że znalazł spalone zwłoki trzech osób. (...) Milicjant zapisał później:**
Obywatel Ś. czekał na nas przed swoją posesją. Po zabraniu do radiowozu oświadczył, że spalone zwłoki znalazł w lesie po prawej stronie, jadąc z Piotrkowa w kierunku miejscowości Koło. Udaliśmy się więc na wskazane miejsce. Zastaliśmy tam spalone zwłoki trzech osób. Swoimi rozmiarami wskazywały, że są to zwłoki dzieci.
Edward Ś. miał 61 lat i był na emeryturze. Dawno temu w pokoju, na szafce powiesił zasłonkę z lnianego płótna w zielone tureckie wzory. Taką samą milicjanci znaleźli przy zwłokach. (...)
Życie Edwarda Ś. płynęło powoli, bez spektakularnych wydarzeń. 5 sierpnia wszystko się zmieniło, choć zaczęło jak zwykle. Ś. obudził się rano, zjadł śniadanie i pojechał na targ po starter do motoroweru. Od kilku dni miał problem z uruchomieniem silnika. Gdy kupił, co trzeba, wrócił do domu po materiałową torbę i pojechał na grzyby. Około 14.00 szedł już do domu tym samym duktem, co dzień wcześniej. Z protokołu przesłuchania:
Z ciekawości postanowiłem podejść do miejsca, gdzie poprzedniego dnia tliło się ognisko. Skręciłem zatem w lewo z duktu i po około 20 metrach znalazłem się w bezpośredniej bliskości tego miejsca. Nie zauważyłem ani ognia, ani też dymu. Natomiast było dużo much. Początkowo myślałem, że są to spalone świnie. Kiedy jeszcze bardziej się przybliżyłem, rozpoznałem mocno zwęglone 3 ciała ludzkie. Ciała te były jakby owinięte w materiał koloru białego. Zrobiło mi się nieprzyjemnie i szybko oddaliłem się z tego miejsca, a następnie jak najszybciej udałem się do domu.
(...) Jeszcze tego samego dnia w domu Edwarda, jego żony i dorosłej córki zjawili się milicjanci. Przeszukali pokoje i zabezpieczyli gumowe buty do pół łydki, drelichowe granatowe spodnie i granatową marynarkę z podartą podszewką. Mundurowi dotarli też na leśną polanę. Przy spalonych zwłokach znaleźli kawałek lnianego płótna wyprodukowanego w Żyrardowie.
Nowy trop
6 sierpnia wieczorem na biurko dyżurnego milicji w Sulejowie trafiła notatka urzędowa. Od razu przekazał ją do Komendy Miejskiej w Piotrkowie Trybunalskim.
W związku z odnalezieniem trzech zwłok w dniu wczorajszym w miejscowości Koło, gmina Sulejów, w cza-sie wykonywania czynności służbowych ustaliłem, że w miesiącu styczniu 1987 roku na terenie podległym KMO w Sulejowie miało miejsce przestępstwo uprowadzenia nieletniego na terenie domków letniskowych w miejscowości Przygłów-Włodzimierzów, w pobliżu sanatorium.
Podejrzanym w tamtej sprawie był Mariusz Trynkiewicz. Urodzony w kwietniu 1962 roku mężczyzna mieszkał w Piotrkowie przy ulicy Działkowej. Miał wykształcenie wyższe pedagogiczne. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej nr 7. W styczniu 1987 roku odbywał zasadniczą służbę wojskową. 3 stycznia został zatrzymany na gorącym uczynku: próbował porwać chłopca, któremu założył na głowę foliowy worek. W notatce napisano jeszcze, że dokonał z małoletnim "czynu lubieżnego". Dochodzenie w tej sprawie prowadziła prokuratora wojskowa. Milicjanci z Piotrkowa uznali jednak notatkę za mało ważną.
Dopiero kilka dni później dokument przeczytała milicyjna sekretarka. Natychmiast pobiegła z nim kilka ulic dalej, do Komendy Wojewódzkiej. Dokument położyła na biurku kapitana Sielskiego. Ten już wiedział, że układanka zaczyna nabierać kształtu. Trzydzieści lat później powiedział: "Nagle okazało się, że wszystko pasuje. Nauczyciel zafascynowany chłopcami, karany za molestowanie". Prokurator Małgorzata Ronc, która od kilku dni nie wychodziła z komendy, wydała rozkaz: natychmiast sprawdzić trop.
11 sierpnia termometry wskazywały 25 stopni Celsjusza. Lato tego roku było wyjątkowo upalne. Biuro młodej prokurator chłodził wiatrak, którego praktycznie nie wyłączała. Prokurator Ronc najpierw zadzwoniła do aresztu w Łodzi. Chciała sprawdzić, czy Mariusz Trynkiewicz nie ma przypadkiem przerwy w odbywaniu kary. Było jednak już po 16.00 i w areszcie nikt nie odebrał.
Na urzędowej notatce z komisariatu w Sulejowie zamaszystym pismem prokurator dopisała: "Niezwłocznie dokonać rozpoznania, czy Trynkiewicz przebywa na wolności, i ewentualnie sprawdzić jego alibi".
W tym czasie milicjanci z Komendy Wojewódzkiej już sprawdzali piotrkowski adres nauczyciela. Kapitan Sielski przez radiostację dostał sygnał: mężczyzna jest w domu, siedzi razem z ojcem. Doświadczony milicjant natychmiast pojechał na miejsce. Wszedł do mieszkania Trynkiewicza. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to lniane story w zielony turecki wzór. W każdym rogu wyhaftowana była bordowym kordonkiem litera T. Nieporadnie wytarte plamy krwi na podłodze świadczyły, że milicjanci właśnie odkryli miejsce zbrodni.
"Nie pamiętam"
Trynkiewicz zgodził się złożyć zeznania. Śledczym opowiadał, że w 1987 roku został aresztowany za uprowadzenie i czyn lubieżny. Wyrok zapadł w marcu 1988 roku. W areszcie śledczym w Łodzi przebywał do 2 kwietnia, wtedy to dostał przerwę w odbywaniu kary. Za kratki miał wrócić 2 sierpnia. O przerwę wystąpił jego adwokat. Biegli psychiatrzy nie mieli przeciwwskazań, więc sąd przychylił się do wniosku. Trynkiewicz miał obowiązek podleczyć swoje zdrowie psychiczne, regularnie konsultować się z psychiatrami oraz opiekować chorą na serce matką.
Po opuszczeniu aresztu w Łodzi przyjechał do Piotrkowa. Przez dwa dni mieszkał u rodziców, po czym przeprowadził się do mieszkania babci. Ta zamieszkała tuż obok z rodzicami Mariusza. W ten sposób rodzice chcieli jedynakowi stworzyć komfortowe warunki do powrotu do społeczeństwa. Po wyjściu z aresztu Trynkiewicz co miesiąc dostawał od matki i ojca 10 tysięcy złotych. Nie kupował mebli, jedynie drobny sprzęt i produkty niezbędne do życia. Założył akwarium, kupił wziernik oraz zamek do drzwi, przemalował pokój oraz łazienkę. Wszystko robił sam. Miał motocykl Jawa 350, który trzymał w garażu ojca, obok rodzinnego wartburga. Musiał dokupić do niego głowicę.
Mieszkanie babci znajdowało się na pierwszym piętrze. Składało się z przedpokoju, kuchni, łazienki oraz pokoju. Do dyspozycji była także piwnica. "Mam dwa zamki w mieszkaniu, do jednego z nich klucze posiada także babcia. Gdy ja zamknę na dwa zamki, to babcia do mieszkania nie wejdzie. Od mojej piwnicy nikt nie posiada kluczy" - zeznał Mariusz milicjantom.
Początkowo po zwolnieniu przebywał tylko w Piotrkowie. Gdy przyszła wiosna, zaczął wyjeżdżać motocyklem do sąsiednich miejscowości: Moszczenicy czy Przygłowa-Włodzimierzowa, gdzie latem mieszkali jego rodzice. W ciepłe dni często odwiedzał to miejsce. Nie miał swoich kluczy do domku letniskowego.(...)
"Jeżeli chodzi o kobiety, to miałem kiedyś dziewczynę, z którą chciałem założyć rodzinę, miałem w stosunku do niej poważne plany, lecz się to wszystko rozleciało" - zeznał śledczym na przesłuchaniu.
Przyznał: "Z kobietami miałem tylko raz stosunek płciowy".
Trynkiewicz nie pracował. Nie potrafił śledczym dokładnie powiedzieć, co robił w ciągu dnia. Zwykle wstawał między 7.00 a 7.30. Po śniadaniu podjeżdżał motocyklem do Zbigniewa M. albo szedł do miasta. Chodził po sklepach, a gdy była pogoda, jeździł nad jezioro Bugaj. Z lipca 1988 zapamiętał tylko ostatni dzień miesiąca.
Pamiętam dokładnie, że był to piątek - opowiadał na przesłuchaniu. Wiedziałem, że mój kolega jest na urlopie, dlatego nie pojechałem do niego. Nie jestem pewny, lecz wydaje mi się, że byłem u swojej ciotki Genowefy. Najprawdopodobniej po pobycie u ciotki byłem również u siebie w domu około godziny 11.00 lub 12.00. Nie jestem w stanie wyjaśnić, dlaczego wróciłem do domu, lecz często tak robiłem. W mieszkaniu przebywałem około godziny czasu. Odpoczywałem. (...)
Nie jestem w stanie podać dokładnej relacji, tylko jak sobie przypominam, że przebywając na nasypie, najprawdopodobniej spotkałem trzech przechodzących tam chłopców. Rozmawiałem z nimi. Czy ja rozpocząłem rozmowę, czy też oni, nie pamiętam. W czasie tej rozmowy, wydaje mi się, zaproponowałem tym chłopcom coś. Rozumiem przez to, że chciałem skłonić ich, aby przyszli do mnie do domu. Wydaje mi się, że mówiłem im, jak powinni iść, aby dojść do mojego domu. Jest taka ścieżka prowadząca do jeziora Bugaj od stadionu Polonii, a następnie do transformatora i dalej w kierunku osiedla, gdzie znajduje się mój blok. Rozmowy dokładnie w tej chwili nie pamiętam. Pamiętam natomiast dobrze, że motocyklem dojechałem do garażu. Z chłopcami przy jeziorze Bugaj rozstałem się około godziny 14 z minutami.
Szczegóły mu się rozmywały, pamiętał jednak, że weszli do jego pokoju, a on włączył jakąś muzykę z magnetofonu lub radia. Chłopcy poruszali się swobodnie po pokoju, grali w grę telewizyjną i oglądali klatkę z papużkami stojącą na blacie w kuchni. Zbliżała się godzina 15.00. Mężczyzna prowadził z chłopcami "taką luźną rozmowę".
Wypowiadanych wtedy słów i zdań nie pamiętam, lecz temat opierał się o posiadane rybki, grę telewizyjną. Proponowałem chłopcom posiłek, chłopcy nie chcieli i jak pamiętam, nic u mnie nawet nie pili. Mogłem ich poczęstować herbatą, ciastkami, cukierkami, ponieważ takie rzeczy w domu w tym czasie posiadałem. W pewnym momencie poczułem zdenerwowanie, zaniepokojenie. Wydaje mi się, że spowodowane to było tym, że zdałem sobie sprawę, że gdy chłopcy opuszczą moje mieszkanie, powiedzą dorosłym, gdzie przebywali, a ja, nawet nie poczuwając się do winy, mogę być o coś oskarżony, gdyż w przeszłości byłem karany za przetrzymywanie. W momencie gdy narastała we mnie wewnętrzna obawa, chłopcy zwrócili się do mnie ze słowami, że chcą już iść. Do momentu kiedy powiedzieli, że chcą już wyjść, byli rozbawieni, natomiast gdy ja to usłyszałem, nie pamiętam, co wtedy robiłem.
Dalszego przebiegu zdarzenia Trynkiewicz nie był w stanie dokładnie opisać. Jak przez mgłę widzi chłopców leżących w pokoju. Z ust ciekła im krew. Byli cali zakrwawieni. Pamięta, że zakładał im foliowe worki na głowy. (...)
"Boję się, że go zabiję"
13 września padał drobny deszcz i wiał przenikliwy wiatr. Było pochmurnie i chłodno. Wizja lokalna rozpoczęła się niedługo przed południem. Po raz pierwszy Zofia Pryczek, Maria Łojek, Regina Kaczmarek i Mirosława Kawczyńska, matki zamordowanych chłopców, mogły spojrzeć prosto w oczy człowiekowi, który jednego lata zmienił ich życie na zawsze. To kobiety odważyły się zmierzyć z mordercą ich dzieci.
O godzinie 10.25 milicjanci zabrali z aresztu w Piotrkowie Trynkiewicza. Białym milicyjnym polonezem przewieziono byłego nauczyciela, teraz postrach Piotrkowa, w okolice jeziora Bugaj. W samochodzie z mordercą oprócz kierowcy i konwojenta jechała prokurator Małgorzata Ronc. Pozostali uczestnicy wizji lokalnej na miejsce dojechali specjalnie wynajętym autobusem. (...)
Czterdzieści metrów przed mostem na trasie Piotrków-Koło podejrzany, ubrany w więzienny drelich w piaskowym kolorze z granatowymi wykończeniami, wskazał niepewnie ręką, by skręcić w prawo. Drogą z betonowych płyt uczestnicy wizji jechali wzdłuż wału, nad wodą. Po sześciuset metrach milicjant zatrzymał auto. Trynkiewicz w obecności prokurator i innych uczestników wizji lokalnej przeszedł do miejsca, gdzie 4 lipca spotkał Wojtka Pryczka. Podejrzany zaczął opowiadać:
To tutaj poznałem chłopca, który powiedział, że ma na imię Wojtek. Ja przyszedłem nad jezioro z bloku przy ulicy Działkowej. Nad jeziorem widziałem osoby wędkujące. To ja rozpocząłem rozmowę z chłopcem idącym wzdłuż jeziora po wale, od strony ulicy Wierzejskiej. Wyglądało tak, jakby szedł bez określonego celu. Zapytałem go, czy nie chciałby wziąć udziału w zawodach strzeleckich. Zainteresował się tym. Powiedziałem, że mam w domu karabinek pneumatyczny, że możemy postrzelać. Wyraził zgodę, że może iść ze mną do mojego domu.
Później Mariusz Trynkiewicz ze szczegółami opowiedział, jak z chłopcem poszli do mieszkania.
Wojtek był w spodenkach, w koszulce. Nie wiem, dlaczego nie miał na sobie bluzki, ja mu jej nie zdejmowałem. Przy pakowaniu zwłok widziałem, że z ust leciała mu ślina, włożyłem mu gąbkę między zęby. Zwłoki owinąłem, przyniosłem pudełko z piwnicy. Do zawinięcia zwłok użyłem koca.
Ciało chłopca złamał w połowie i schował do tekturowego pudełka. Tym samym monotonnym głosem zaczął opowiadać, jak 29 lipca w tym samym miejscu poznał trzech innych chłopców, których również zamordował.
To było mniej więcej w tym miejscu, też na wale ochronnym. Wcześniej przyjechałem motocyklem marki Jawa. Widziałem, że chłopcy interesowali się wędkarzami, zatrzymałem się przy nich. To chyba ja rozpocząłem rozmowę. Chyba na temat łowienia ryb z nimi rozmawiałem, coś na temat rozwielitek. Jeszcze wtedy nie miałem zamiaru zaprosić ich do domu.
Trynkiewicz szczegółowo relacjonował, jak zaprosił dzieci do domu i jak je zamordował, a następnie jak wywiózł ciała do lasu.
Po prostu chwyciłem za nóż, który leżał zwykle na biurku, a służył do cięcia papieru. Nie pamiętam momentu zadawania ciosów. Nie słyszałem krzyków chłopców, to się wszystko działo jakby poza mną. Jakby nie było mnie w tym momencie.
Wszystkiemu przysłuchiwały się matki chłopców. Sparaliżowane rozpaczą, stały zaledwie kilka kroków od mordercy. Ojców milicjanci nie wpuścili. Bali się zemsty. Sami mężczyźni zresztą tego dnia nie ręczyli za siebie. Tata Krzysia Kaczmarka, który przyglądał się czynnościom z daleka, pytany przez dziennikarzy, dlaczego nie podejdzie bliżej, odpowiedział: "Boję się, że go zabiję".
Znad Bugaju wszyscy przejechali na miejsce, gdzie Trynkiewicz ukrył i spalił zwłoki. Po południu zademonstrował uczestnikom wizji lokalnej, jak wyjmował z bagażnika ciała martwych dzieci. Później udał, że je przenosi. Nie potrafił jednak odtworzyć przed śledczymi, jak je ułożył. "Naprawdę nie pamiętam, jak układałem zwłoki, ale chyba jedne obok drugich. Potem wziąłem butelkę z benzyną, polałem zwłoki i podpaliłem". Niepewnie pokazał, jak rzucał zapałki. Gdy odpalał kolejną, matka zamordowanego Artura nie wytrzymała. Zaczęła szlochać i krzyczeć: "Powiedział pan, że zapamiętał pan biały podkoszulek. Dlaczego panu utkwił ten podkoszulek? A to był mój syn!". Protokolant zapisał: "Mirosława Kawczyńska płacze". Mariusz Trynkiewicz bez emocji, patrząc w ziemię, odpowiedział: "Po prostu ten podkoszulek zmienił kolor pod wpływem krwi i zabarwił się na czerwono. Zapamiętałem tylko, że jeden z chłopców był w takim podkoszulku, ale nie kojarzę go z postacią". Kobieta, płacząc, dopytywała: "Syn był najwyższy, czy krzyczeli te dzieci? Wołali ratunku?". Trynkiewicz, wciąż nie podnosząc wzroku, mówił dalej monotonnym głosem: "Naprawdę, gdybym pamiętał, tobym odpowiedział pani, ale to wszystko działo się poza mną. Nie pamiętam nic, nie słyszałem krzyków. Wiem, że jest to rzecz straszna, nie do naprawienia. Przepraszam rodziców, wszystkie mamy".
(...) Milicjanci pouczyli kobiety, że mogą jedynie zadawać podejrzanemu pytania.Zaczęła Mirosława Kawczyńska: "Czy podejrzany wierzy w Boga?".
Trynkiewicz odpowiedział: "Nie wierzę".
"Czy podejrzany jest satanistą?"
"Nigdy nie należałem do satanistów. Nie byłem ich wielbicielem". (...)
Mama Tomka Łojka dopytywała: "Co znaczyły u podejrzanego Trynkiewicza trzy skuwki na drzwiach? Trzy u góry, a jedna na dole pod klamką, co to znaczy?".
"Chodzi o gwoździe tapicerskie, miałem takie gwoździe ozdobne i je wbiłem. Wcale to nie oznacza czterech ofiar. Gwoździe wbiłem tuż przed dokonaniem zabójstw trzech chłopców, a po zabójstwie Wojtka. Chyba w połowie lipca bieżącego roku. Ja nie pamiętam dokładnie, w jakim miejscu były one wbite. Trzy gwoździe chyba tworzyły trójkąt. Nie pamiętam, czy był czwarty. Nie miało to żadnego konkretnego celu".
"A czy podejrzany w zapiskach bądź w inny sposób zaznaczył, że dokonał czterech zabójstw?" - dopytywały kobiety.
"Nie dokonywałem żadnych zapisów ani też znaków". (...)
Wizja lokalna zakończyła się po blisko sześciu godzinach. Po 16.00 Mariusz Trynkiewicz został odwieziony do aresztu, a matki zamordowanych chłopców wróciły do domów pogrążonych w żałobie i rozpaczy.
*Śródtytuły pochodzą od redakcji
**Fragmenty książki "Łowca. Sprawa Trynkiewicza" Ewy Żarskiej
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Ewa Żarska. Dziennikarka telewizyjna, od lat związana z Telewizją Polsat i Polsat News. Autorka głośnego reportażu Mała prosiła, żeby jej nie zabijać, nagrodzonego w plebiscycie MediaTory. Nominowana do wszystkich prestiżowych nagród dziennikarskich w Polsce w kategoriach dziennikarstwo śledcze i reportaż. Urodziła się w Piotrkowie Trybunalskim, od lat mieszka w Łodzi.
