Na dużym kamieniu nad brzegiem niewielkiego ładnego stawu, w którym pływają spore biało-pomarańczowe ryby, siedzi dziewczyna. Powoli do niej podszedłem i rzuciłem nieśmiałe "Sorry". Małe okulary z grubymi szkłami, półdługie włosy, dżinsy i tenisówki. Wendy podnosi wzrok. Absolwentka handlu międzynarodowego na uniwersytecie w Dalian w prowincji Liaoning, doskonale mówi po angielsku. "Konieczność, jeśli chce się dzisiaj znaleźć dobrą pracę w Chinach" - wyjaśnia mi młoda, dwudziestopięcioletnia konsultantka zatrudniona w amerykańskiej firmie w Szanghaju. "Każdego dnia otrzymuję setki maili z CV, z prośbami o spotkania, masę rozpaczliwych telefonów od młodych osób, czasami gotowych na wszystko, by zdobyć zatrudnienie w Szanghaju." - szepcze młoda, niezamężna kobieta, której twarz zdradza zmęczenie.*
Ma wyjątkowo napięty harmonogram - pracuje ponad sześćdziesiąt godzin tygodniowo. Nic dziwnego, że relaksuje się w wielkim Parku Ludowym, zielonej przestrzeni w samym sercu starego miasta. Po kilku minutach rozmowy dowiaduję się jednak, że wcale nie przyszła tutaj, by się odprężyć i korzystać ze słonecznej pogody w tę piękną majową niedzielę. Ma misję do wykonania. Na polecenie rodziców. "Chcieli, abym tym razem przyszła osobiście" - wyrzuca z siebie lekko zażenowana. Atmosfera tajemnicy gęstnieje. Wyjawia mi klucz do zagadki Parku Ludowego "Od tygodni moi rodzice przychodzą tutaj w każdy weekend, aby znaleźć mi męża". Oniemiały pytam ją o szczegóły. "Twoi rodzice?", "Znaleźć ci męża?", "Za ciebie?", "To oni wybierają?", "Takie aranżowane małżeństwo?" "Nie masz prawa wyboru?", "Nie szukasz sama?" - takie pytania cisną mi się na usta, mimo że doskonale znam realia tych targów singli, które przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozkwitły we wszystkich chińskich małych i dużych miastach. Wendy, która zauważyła moje niedowierzanie i wie, że na Zachodzie podobna tradycja nie istnieje, wyjaśnia mi tę chińską osobliwość, a właściwie jej konieczność.
Targi singli
"Te targi istnieją w całych Chinach i muszę przyznać, że są bardzo praktyczne. Dziewczyny z mojego pokolenia musiały studiować przez wiele lat i nie miały prawa chodzić z chłopcami na uczelni, rodzice nam tego zabraniali, ponieważ musiałyśmy być skupione wyłącznie na nauce, aby znaleźć potem dobrą pracę". Wendy miała szczęście, ponieważ zaraz po zakończeniu studiów została zatrudniona w zagranicznej firmie płacącej lepiej niż inne. "A teraz, gdy pracuję, nie mam już czasu, by w tygodniu wychodzić wieczorami. Haruję bez ustanku, trzeba zarabiać pieniądze, by dobrze się żyło w Szanghaju, gdzie wszystko jest droższe niż gdzie indziej".
Po przedstawieniu tych argumentów kobieta zauważa, że "wielu młodych nie potrafi podrywać, jak to się u was mówi. W Chinach nie zaczepia się ludzi, których się nie zna. To jest niegrzeczne i źle postrzegane. Kiedy jakiś chłopak zagaduje bez powodu, odbierane jest to jako rodzaj agresji. My mamy jeszcze gorzej, ponieważ uznaje się nas wtedy za dziewczyny lekkich obyczajów". Podobnie jak w interesach między Chińczykami i krajami zachodnimi, fundamentalna zasada pośrednictwa niespodziewanie znajduje swoje zastosowanie również przy zawieraniu związków małżeńskich. Szanghaj, gospodarcza wizytówka Chin, symbol sukcesu oraz postępującej okcydentalizacji, dumnie prezentuje swą futurystyczną architekturę, luksusowe sklepy oferujące produkty najdroższych zagranicznych marek, drogie sportowe samochody czy McDonaldy, Starbucksy i inne amerykańskie fast foody. (...)
Dalekie od dyskrecji chłopskich domostw z zamierzchłych czasów anonse są podawane do wiadomości publicznej. Udostępnia się nawet numery telefonów komórkowych do rodziców chłopaka lub dziewczyny. Tym razem Wendy przyszła osobiście, ponieważ rodzice umówili się na spotkanie z jakimiś rodzicami, którzy chcą ożenić swojego syna. "Rozmawiali już ze sobą tydzień temu i rodzice chcieli, by moi potencjalni teściowie zobaczyli mnie na żywo. Widziałam ich syna na zdjęciu i udzielono mi kilku podstawowych informacji na jego temat, takich jak data urodzenia, wzrost, waga i poziom wykształcenia, ale nic poza tym". Wendy wyjaśnia mi to w trzech słowach, tych magicznych trzech słowach powtarzanych zawsze i wszędzie i przez wszystkich Chińczyków, gdy nie mogą już wytłumaczyć lub usprawiedliwić nieubłaganej rzeczywistości: mei ban fa, mei ban fa ("nie mam wyboru, nie mam wyboru"). Należy to rozumieć następująco: "doskonale zdaję sobie sprawę ze sprzeczności, nie zgadzam się do końca z tym wszystkim, być może nie jest to najlepsze rozwiązanie, będę musiała żyć pod ogromną presją, będę też prawdopodobnie cierpieć i stanę się nieszczęśliwa, ale... nie mogę inaczej".
Nie mam wyboru
Wendy "nie ma wyboru", podobnie jak półtora miliarda współrodaków, którzy od ponad trzydziestu lat muszą się przystosować do brutalnie zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej, politycznej i społecznej. Choć to niewidoczne na pierwszy rzut oka, w sferze uczuciowej też zachodzą gwałtowne zmiany. Serce toruje sobie drogę w labiryncie sukcesu utożsamianego z powodzeniem materialnym. Szukając w parku rodziców Wendy, mijamy masę par z siwiejącymi włosami. Da się wyczuć ogólnie panujące podekscytowanie. Gdy znajdujemy się w tłumie tłoczącym się wzdłuż alej, mam wrażenie, że jesteśmy na targu staroci. Setki drobnych anonsów napisanych na kolorowych karteczkach i przyklejonych bezpośrednio do kamieni lub reklamówek z domów towarowych, wywieszonych na drzewach i krzewach lub położonych na ziemi. Prawdziwy pchli targ, po którym można się leniwie przechadzać. Ludzie zatrzymują się, pochylają głowy, oceniają poszczególne oferty i kontynuują poszukiwania. Trzymająca się pod ręce para analizuje listę przyklejonych na tablicy małych ogłoszeń kandydatów urodzonych po 1980 roku:
Kobieta urodzona we wrześniu 1987 roku, gao kao (chińska matura) plus licencjat, pracownica zagranicznej firmy, 6000 juanów miesięcznie (3300 złotych), 1,66 m, szuka starszego mężczyzny, 7 lat maksymalnie, 1,75 m, matura plus licencjat lub więcej, właściciel mieszkania.
Kobieta urodzona w listopadzie 1987 roku, gao kao, asystentka działu księgowego w przedsiębiorstwie handlowym, mieszkająca w dzielnicy Pudong, 1,53 m, pochodząca z Huangcheng, prowincji Anhui, szuka mężczyzny, starszego, 10 lat maksymalnie, identyczne wykształcenie, brak szczególnych kryteriów co do hukou (pozwolenie na stałe zameldowanie), lecz koniecznie właściciel mieszkania.
"Trochę niższa półka" - szepcze kobieta, zanim przechodzi do kolejnej ścianki z ogłoszeniami.
Dziewczyna urodzona w 1985 roku, pielęgniarka, zamężna, lecz szybko rozwiedziona, szuka mężczyzny nigdy nieżonatego, bez dzieci, chyba że jest to dziewczynka, ale nie chłopiec, ponieważ ożenienie syna jest zbyt kosztowne, 42-50 lat, uprzejmy, przyzwoite warunki socjalne, szanujący nabożność synowską.
Mężczyzna urodzony w 1974 roku, lekarz pracujący w szpitalu kategorii A, kawaler, właściciel mieszkania, "pozwolenie na stałe zameldowanie w Szanghaju", pochodzący z prowincji Jiangxi, 1,70 m, 70 kg, miłośnik literatury, kaligrafii i sportu. Absolwent uniwersytetu wojskowego Jiao Tong w Szanghaju, szuka kobiety urodzonej po 1978 roku, 1,62 m lub więcej, najlepiej nauczycielka, lekarka, urzędniczka lub pracownica instytucji publicznej.
Na podstawie zacytowanych anonsów wnioskować można o ich tonie: powściągliwym i konkretnym. Podaje się najważniejsze informacje. Bez upiększeń. Bez uczuć. Można zadzwonić i rozpocząć negocjacje: priorytetem są mieszkanie i dochód wzrastający wraz z wiekiem, samochód też mile widziany, chociaż nie najważniejszy.
Ubrania ciekawskich rodziców poszukujących męża lub żony dla swoich dzieci zdradzają średni status społeczny. Wyblakłe płaszcze, tanie buty. Bez przepychu, torebek Chanel czy biżuterii Cartier. Są to raczej ludzie z "kategorii wiejskiej migrującej na tereny miejskie" lub mieszkający na prowincji, którzy przybyli do miasta "w poszukiwaniu" drugiej połówki dla swojego potomstwa. Martwią się, że ich pociechy nie "ułożą" sobie życia, zanim oni się zestarzeją.
"Dla dziewczyn to jest piekło" - wyrzuca z siebie Wendy, chowając twarz w dłoniach. "W Chinach ważne jest, by wyjść za mąż przed dwudziestym piątym rokiem życia. Jest to czerwona linia, punkt docelowy, uciążliwy etap, granica do przekroczenia z zagwarantowaną wizą, lecz w Szanghaju jest więcej dziewczyn niż chłopaków (w przeciwieństwie do reszty Chin, gdzie na stu szesnastu chłopców przypada sto dziewczyn), konkurencja jest duża". A rodziców nie interesują anonse kobiet będących między dwudziestym szóstym a trzydziestym rokiem życia lub starszych. "Wydaje im się, że z taką dziewczyną jest coś nie tak, że ma jakiś problem psychiczny, jakieś zaburzenie, zły charakter, chorobę przewlekłą, upośledzenie umysłowe. albo jakąś chorobę genetyczną.". Obawiają się również, że trafią na byłą prostytutkę.
Klasyk. Trzeba uplasować się we właściwych kategoriach i odpowiadać konkretnym kryteriom, a wówczas otwierają się wszystkie drzwi.
Czysty biznes
Na zachodnim krańcu parku, pod wielkim niebieskim namiotem klasyfikacja anonsów przybiera iście naukowy charakter. W tym matrymonialnym salonie wywieszono tysiące ogłoszeń! Tak, dokładnie, tysiące anonsów na małych karteczkach. I nie chodzi o kawalerki lub mieszkanie pięciopokojowe, lecz o "mężów i żony od osiemnastego do sześćdziesiątego piątego roku życia", posegregowanych niczym nieruchomości - starannie i w zależności od standardu czy dzielnicy. Zwarte grupy rodziców przywierają do ogromnych tablic, gdzie "wizytówki" uporządkowane są według kilku kategorii: dziewczyny z jednej strony, chłopcy z drugiej; potem wiek, pokolenie, roczniki 1970, 1980 i trochę 1990; poziom wykształcenia: ukończone studia wyższe lub nie, uniwersytet lub instytucje prywatne; środowisko społeczne: dzieci chłopów, mieszkańców miast, urzędników, pracowników fizycznych; nierzadko również według prowincji, ponieważ niektóre mają lepszą reputację niż inne. Trzeba uplasować się we właściwej grupie.
Mijamy jednego tatusia, który siedzi na ziemi z ogłoszeniem na kolanach, pragnie wydać za mąż córkę. Zaczynamy z nim rozmawiać. Na szczęście Wendy zna także dialekt mieszkańców Syczuanu, a właśnie stamtąd pochodzi starszy pan. "Moja córka ma dwadzieścia dwa lata, ma sto sześćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, ukończyła dobre studia, pracuje w banku, dobrze zarabia, a niedawno pomogliśmy jej kupić mieszkanie" - ogłasza z dumą mężczyzna przybyły specjalnie z Chengdu, stolicy Syczuanu, oddalonej o dwa tysiące kilometrów. Wieśniak, który zajął się przemysłem metalowym, chce wszystkiego, co najlepsze, dla swojego dziecka i ma zamiar znaleźć to w Szanghaju. "Moja córka jest inteligentna i sumienna w pracy, ale niewystarczająco dojrzała, by móc samodzielnie znaleźć sobie porządnego chłopca. W banku, gdzie pracuje, są same dziewczyny, jak niby miałaby spotykać chłopaków? Chcę ją chronić i dokładnie kontrolować potencjalnych kandydatów na męża, to mój obowiązek, moja ojcowska odpowiedzialność, to normalne". Wendy kiwa głową na znak zgody, myśląc o swoich własnych rodzicach, którzy wyznają tę samą zasadę. Dalej dyskutuje jakaś grupa osób ze zdjęciami w dłoniach. Wydaje się, że jest to pierwszy bezpośredni kontakt. między rodzicami. Piąta osoba musi być pośrednikiem, który, podobnie jak agent nieruchomości, "zarządza" pewną liczbą klientów. Rozmowa się ożywia. Zbliżamy się z przyjaznym uśmiechem, z ciekawości chcemy być świadkami tych pertraktacji.
Chińczycy to gapie. Utworzyło się zbiegowisko, jakby ktoś właśnie wygrał w totka, bo rzeczywiście w przypadku takich "związków" można mówić o loterii. Na zdjęciach, które wymieniają między sobą rodzice, dostrzegamy twarze ich dzieci. Dziewczyna pod kwitnącym drzewem. Chłopak przed wejściem do buddyjskiej świątyni na południu kraju. Najważniejsze, by zaprezentować ogólny wygląd oraz twarz - pierwsze świadectwa dobrej kondycji turkaweczek. Widoczne deformacje fizyczne dyskwalifikują kandydatów. Dziewczyna z twarzą pokrytą trądzikiem z pewnością wzbudziłaby wątpliwości "partnerów biznesowych".
Gdy tylko strony zweryfikują "zdrowie" pretendentów na podstawie fotografii, można przejść do kolejnego etapu. Trudno w tej sytuacji nie myśleć o prawdziwych targach zwierząt, nawet jeśli podejdzie się do tej praktyki bez pogardy czy arogancji. Jedna z matek, najbardziej jadowita i z żyłką do handlu, pertraktuje: "Co więc masz? Czego szukasz? Spójrz na zdjęcie! Jest urocza, młoda, inteligentna i dobrze wychowana! Dobra partia, nie?". Dzięki temu, że Wendy tłumaczy mi fragmenty tej rozmowy, mogę śledzić przebieg licytacji. "Gdzie ona mieszka? Z jakiego miasta lub z jakiej prowincji pochodzicie? Z jakiej dzielnicy? Jakie studia skończyła i na jakiej uczelni? Jakim typem jest wasza córka? Rozrzutna czy oszczędna? Lubi wychodzić wieczorem, pije alkohol, pali? Jest porządna? Miała już wcześniej chłopaków lub dziewczyny? A wasz syn pije alkohol? Chodzi z innymi dziewczynami? Mieszka z wami w jednym domu?". Pytania padają w obecności wszystkich zebranych. Niektórzy się uśmiechają. Inni słuchają z pełną powagą i czerpią inspirację z tego niemal teatralnego przedstawienia. Wymieniają rozbawione spojrzenia i zerkają na mężczyznę z Zachodu, który śledzi akcję z żywym zainteresowaniem, usiłując wszystko zrozumieć, ponieważ strony rozmawiają teraz zbyt szybko i głośno.
Odpowiedzi padają błyskawicznie. "Oczywiście, że jest porządna. Sama ją wychowałam według dobrych zasad, jest uczciwą, prawdziwą tradycyjną kobietą.". Ach! Właśnie wybrzmiało magiczne słowo. Kim jest tradycyjna chińska kobieta na początku XXI wieku?
Musi ucieleśniać cnotę, wierność, odwagę oraz uczciwość w konfucjańskim znaczeniu tych pojęć. Rodzicom pozostaje jedynie zorganizować spotkanie między młodymi, którzy będą musieli dokonać wyboru. Albo zakończyć znajomość po pierwszym spotkaniu, wówczas sprawa od razu jest zamknięta, nikt nie traci twarzy, po prostu nie wyszło i rodzice będą kontynuować poszukiwania. Albo wejść w relację i zacząć budować związek, wtedy sprawa jest dla rodziców wygrana, dzieci nie mogą już się wycofać pod groźbą zniszczenia reputacji rodziny. W każdym przypadku wygraną jest "agentka swatka", wieloletnia już emerytka, która otrzyma kwotę 2 tysięcy juanów (1,1 tysiąca złotych) za zaaranżowanie randki. W przypadku klientów lub klientek powyżej czterdziestego i pięćdziesiątego roku życia będzie to kosztować jedynie 500 juanów. Gdy opuszczamy miejsce negocjacji, Wendy spostrzega swoich rodziców. Pochodzą z Mongolii Wewnętrznej, a do Syczuanu przybyli wiele lat temu.
Na nasz widok mama niespodziewanie żartuje: "Och! Znalazłaś sobie męża!". Czerwona ze wstydu Wendy nie wie, jak zareagować, i przeprasza mnie za swoją matkę. "Są troszkę zestresowani" - szepcze mi dyskretnie. Matka oznajmia jej, że wysłała wiadomości do trzech chłopców. Ich dane znalazła u agenta, z którego usług zazwyczaj korzystają. "Jeden pochodzi z Shaanxi, drugi z Henan, a trzeci z Anhui" - wymienia matka, jak gdyby informacje dotyczące miejsca pochodzenia miały zwiększyć szanse na pozytywną odpowiedź córki. "Tydzień temu rodzice podali mój adres Weixin (chińska, bardzo popularna strona mikroblogowa) trójce innych rodziców, lecz nikt nie odpowiedział" - rzuca z grymasem zniechęcenia.
Kiedy zbliża się wieczór, a jej rodzice jeszcze przeglądają drobne ogłoszenia, siadamy w kawiarni na tarasie parkowej restauracji. Obok nas młode pary śmieją się i jedzą lody. Romantyczne spotkania, każdy ze wzrokiem utkwionym w swoim smartfonie. Wendy im zazdrości. "Dusi mnie presja moich rodziców" - mówi w coraz płynniejszej angielszczyźnie. "Nie może pan sobie nawet wyobrazić nacisku, który na mnie wywierają. Przekroczenie dwudziestego piątego roku życia staje się rzeczą przerażającą. Angażuje się w to cała rodzina: rodzice, ciotki, wujkowie, dziadkowie, starsi kuzyni. I wszyscy są solidarni. Trzeba rozwiązać problem. Tak, posiadanie niezamężnej córki to poważny kłopot, a wręcz zbiorowa tragedia, gdyż traci się twarz w oczach całego świata". Gdy się z zewnątrz spogląda na nowoczesne Chiny, gdzie młodzi szaleją w klubach, spotykają się przy wielkich stołach bez ustanku zaopatrywanych w napoje alkoholowe, tańczą, śpiewają i się bawią, nie sposób nawet podejrzewać, że na każdego z tych młodych ludzi napierają rodzice. Żywiołowa chińska młodzież, młodzież wyzwolona, lecz wciąż kontrolowana.
*Fragmenty książki "Miłość made in China" Doriana Malovica w przekładzie Ewy Kucharskiej.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Dorian Malovic - francuski dziennikarz, znawca chińskiej kultury i wieloletni korespondent z Chin