Społeczeństwo
Więzienie (fot. pixabay.com)
Więzienie (fot. pixabay.com)

Świadomość nadchodzącego końca zmienia chemię w mózgu. Pojawia się zwierzęcy ból, rozkosz, całkowite znieczulenie albo agresja. To dlatego skazańcy dowiadywali się o wykonaniu wyroku na chwilę przed faktem. Ale to podejście właściwe było czasom nieodległym, gdy nawet najokrutniejszych przestępców starano się pozbawiać życia stosunkowo humanitarnie. Przed wiekami śmierci mogły towarzyszyć tortury - skazani byli kamienowani, łamani kołem, paleni na stosie. Ścięcie czy powieszenie należały do najlżejszych form egzekucji. W Polsce XX-wiecznej stosowano właśnie powieszenie lub - w przypadku skazanych wojskowych - rozstrzelanie.

Dr Krzysztof Halicki z Archiwum Państwowego w Bydgoszczy w "Problemach Kryminalistyki" opisuje przypadek Leona L. skazanego w styczniu 1929 r. na sześciokrotną karę śmierci za zamordowanie rodziców, babki, siostry i dwóch braci. Odrzucono jego wnioski o ponowne rozpatrzenie sprawy oraz ułaskawienie. 18 grudnia 1929 r. o godz. 17.30 ogłoszono Leonowi L., że wyrok będzie wykonany następnego dnia po godz. 6 rano. "Zasądzony przyjął tę wiadomość spokojnie i wyraził życzenie wyspowiadania się oraz umieszczenia nagrobków na mogiłach rodziny. Od momentu ogłoszenia terminu wykonania wyroku skazaniec pozostawał pod ścisłym dozorem straży więziennej. Spowiedź odbył przed kapelanem księdzem Sowińskim (...)" - pisze dr Halicki.

Dokładnie o godz. 6.02 następnego dnia Leon L. został poprowadzony na miejsce stracenia. Odczytano mu wyrok, odmowę prawa łaski przez prezydenta oraz postanowienie sądu oddalające wniosek o wznowienie postępowania. Potem skazanym zajął się kat. Związał mu ręce, zawiązał oczy i zaprowadził na podwyższenie. Założył mu na szyję pętlę i usunął postument. Kiedy Leon L. zawisł, wybiła dokładnie 6.05. 20 minut później lekarz stwierdził zgon. Po kilku godzinach w okolicy pojawiły się plakaty informujące o wykonaniu wyroku. Rozwieszali je policjanci pod nadzorem prokuratora. W ten sposób ludzie dowiadywali się o egzekucjach. Minęły już czasy, kiedy stracenia z zasady odbywały się publicznie, choć zdarzały się jeszcze wyjątki. W Polsce do ostatniej publicznej egzekucji doszło 7 lipca 1946 r. w Poznaniu. Powieszono wówczas zbrodniarza wojennego Arthura Greisera.

Arthur Greiser (fot. autor nieznany / wikimedia.org / CC-BY-SA 3.0)

Morderca, który wstrząsnął Krakowem

Jednym z najsłynniejszych skazanych na karę śmierci w XX-wiecznej Polsce był świeżo upieczony maturzysta, przyszły student Wyższej Szkoły Oficerskiej. Grzeczny, dobrze wychowany, uśmiechnięty od ucha do ucha. Ten uśmiech widoczny nawet na zdjęciu z aresztu stał się szybko symbolem najczystszego zła. Bo chłopak uśmiechał się nawet podczas wizji lokalnych w miejscach, w których mordował.

Dla Krakowa lat 60. wieść o tym, że paraliżującym od dwóch lat miasto psychopatą jest 19-latek z dobrego domu, była szokująca. Jak taki miły, grzeczny chłopak o twarzy aniołka mógł zabijać? Przypadek Karola Kota przekonał opinię publiczną, że niektórzy ludzie po prostu rodzą się źli.

Ofiary były przypadkowe, a impuls mordowania nagły. Zadawał ciosy z wyjątkową jak na swój młody wiek precyzją. Dopiero po zatrzymaniu Kota okazało się, że jego pierwsze mordercze próby kończyły się "porażką" - to on odpowiadał za serię zranień starszych mieszkanek Krakowa. Metodą prób i błędów Kot dochodził jednak do precyzji. Sprzyjała mu pogoda, wczesne godziny poranne lub zmierzch. Nikt go nie widział, nikt nie potrafił podać konkretnego rysopisu poza tym, że był to młody mężczyzna. Kiedy jedna z ofiar ataku zmarła, na miasto padł blady strach. To właśnie wtedy Kot, próbując zmylić śledczych, zaczął wybierać dzieci. We mgle zaatakował 11-letniego chłopca wracającego z zawodów saneczkowych. Zadał mu kilkanaście ran nożem. Dziecko zostało znalezione w kałuży krwi, z główką na sankach. Niedługo potem zaatakowana została 7-letnia dziewczynka. Cudem uszła jednak z życiem.

Śledczy typowali okolicznych recydywistów, pijaków i bezdomnych. Nikomu przez myśl nie przeszło, że morderca chodzi z rodzicami do kościoła schludnie ubrany, a stamtąd idzie na obiad do dobrej, krakowskiej restauracji. W końcu do śledztwa włączył się kryminolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr Tadeusz Hanausek, który stworzył profil sprawcy. To wtedy za mordercą zaczęto rozglądać się wśród uczniów, studentów, absolwentów szkół technicznych i wojskowych. Wśród przesłuchiwanych był Kot. Niemal od razu przyznał się do winy. Ba, z popełnionych zbrodni był dumny.

Kadr z filmu 'Czerwony pająk', którego inspiracją jest historia Karola Kota (fot. materiały prasowe)

Proces ruszył rok po zatrzymaniu, wiosną 1967 r., i był jednym z najgłośniejszych w historii powojennej Polski. 20-letni Kot usłyszał zarzut popełnienia dwóch zabójstw oraz usiłowania co najmniej 10. Prokuratura oskarżyła go również o liczne podpalenia m.in. drzwi do toalet, które miały doprowadzić do śmierci znajdujących się wewnątrz osób.

Wyrok zapadł 14 lipca 1967 r. Sędzia Sądu Wojewódzkiego Adam Olesiński, uzasadniając skazanie Kota na karę śmierci, mówił: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił, wykazują, że jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...)"*. Wyrok uspokoił społeczeństwo. Czyny Kota wstrząsnęły miastem, nie było nikogo, kto miałby choć cień litości dla mordercy.

Bogusław Sygit w książce "Kto zabija człowieka - najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce" opisał - poza samym procesem - również swoją rozmowę z Kotem, przeprowadzoną kilka miesięcy po wydaniu wyroku śmierci. Kot opowiadał mu o swoim dzieciństwie, dorastaniu i nauce. Podkreślał, że dorastał w spokojnym domu, miał zapewnioną opiekę i edukację. Z dzieciństwa wyjątkowo gładko przechodził  do wspomnień zbrodni. Pytany, co czuł w chwili zabijania, mówił: "Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. (...)".

Obrońcy Kota odwołali się do Sądu Najwyższego, a ten zamienił karę śmierci na dożywotnie więzienie. Prokuratura jednak nie odpuściła i na skutek tzw. rewizji nadzwyczajnej sprawa Kota ponownie trafiła na wokandę SN. Tym razem kara śmierci została utrzymana i 16 maja 1968 r. Kot został stracony. Do końca się uśmiechał.

Karol Kot podczas procesu, 1967 rok (fot. East News)

Delegacja w rękawiczkach

Katem Karola Kota mógł być praktycznie każdy. Do dzisiaj w środowisku prokuratorskim krążą historie, jak to peerelowskie władze wybierały osoby do wykonywania wyroków śmierci, wysyłając nakazy do zakładów pracy. Pracodawcy delegowali podwładnych do więzień w ramach wykonywania obowiązków służbowych. Nie wszyscy przechodzili ustawowe półroczne szkolenie. Wielu musiały wystarczyć dwie godziny objaśnień z zakresu anatomii przekazywanych przez zakładowych lekarzy i dyrektorów więzień.

Tożsamość katów znało wąskie grono osób. Ich nazwiska zresztą wciąż objęte są tajemnicą państwową. Na co dzień pracowali jako milicjanci, strażnicy więzienni, a niekiedy lekarze, urzędnicy albo zwyczajni fizyczni robotnicy z huty. Obowiązywała ich tajemnica. I odpowiedni strój. Elegancki garnitur, biała koszula, krawat oraz białe skórzane rękawiczki.

Skazani do ostatniej chwili siedzieli w wieloosobowych celach. Ale nie wszyscy dawali się złapać na to, że są wyprowadzani np. z powodu wizyty u lekarza. Sama egzekucja od czasów PRL-u była zamknięta, uczestniczyli w niej jedynie strażnicy więzienni i obrońca skazanego. Żadnej rodziny, żadnych bliskich ofiar. Skazanemu przysługiwało za to "ostatnie życzenie" - posiłek czy wizyta księdza lub środki uspokajające. Choć w praktyce te ostatnie podawane były prawie zawsze.

Więzienie przy ul. Montelupich w Krakowie. Wykonywano tu kary śmierci (fot. Adam Golec / Agencja Gazeta)

Oczy były zasłaniane. Nogi i ręce zakuwane w kajdany. A potem już pętla na szyję i opuszczenie zapadni. I równe 20 minut czekania, bo właśnie tyle zgodnie z przepisami ciało skazanego miało pozostać w pozycji wiszącej do czasu orzeczenia zgonu. Wszystko w całkowitej ciszy.

Władca Much

Koniec nad więzienną zapadnią czekał m.in. pewnego zadbanego przystojniaka, ogolonego i wyperfumowanego pracownika katowickiej Huty Baildon.

Kiedy policja znajdzie w łazience jego mieszkania balię z rozkładającymi się zwłokami, wokół będą porozkładane męskie kosmetyki. Bogdan Arnold lubił o siebie dbać. Nawet wtedy, gdy w 1967 r. przez dobrych kilka miesięcy mieszkał ze swoimi ofiarami przy ul. Dąbrowskiego. Dopiero latem pod oknami mieszkania pojawił się rój much, który zaniepokoił sąsiadów. Myśleli, że coś złego stało się samemu Bogdanowi, ponieważ od jakiegoś czasu nikt go nie widział. Nie przypuszczali, że miły, cichy Bogdan zamienił swoje mieszkanie w miejsce kaźni.

Żeby dostać się do środka, służby musiały wybić szyby. Pierwszą kobietę znaleziono tuż pod oknem. Z zaciśniętą pończochą na szyi. Druga leżała obok, zginęła najprawdopodobniej kilka miesięcy wcześniej. Wskazywał na to zaawansowany rozkład ciała. Oprawca udusił ją kablem. Dwie kolejne ofiary znaleziono w wannie. Jedną pozbawioną głowy i rozczłonkowaną. Smród i roje much wciskających się do mieszkania były nie do zniesienia, a Bogdana Arnolda nazwano "Władcą much".

Katowice końca lat 60. To wtedy zbrodnie Bogdana Arnolda wstrząsnęły miastem (fot. nac.gov.pl)

Sąsiedzi i koledzy z pracy nie wierzyli, że sprawcą przerażających zbrodni na Dąbrowskiego jest "ich Bogdan". On moment zatrzymania przyjął ze stoickim spokojem. Nie uciekał, szybko przyznał się do winy. Ofiary poznawał w nocnych klubach. Chciał się z nimi zabawić, ale kiedy okazywało się, że w zamian za pójście z nim do łóżka oczekują pieniędzy, wpadał w szał. W zeznaniach podkreślił, że zawsze uważał się za atrakcyjnego. Był zdania, że kobiety powinny go adorować, wręcz błagać, żeby zechciał spędzić z nimi noc.

Sąd nie mógł wydać innego wyroku niż kara śmierci. "Władcę much" stracono zimą 1968 r. Nie brano nawet pod uwagę prawa łaski.

Życia liczone w tysiącach

Dokładna liczba orzekanych i wykonanych wyroków śmierci w Polsce nie jest znana. Szacuje się, że po wojnie stracono blisko 4 tys. osób. Tylko na przełomie lat 40. i 50. wyroki wykonywano masowo, na zbrodniarzach, także wojennych, ale też na licznych więźniach politycznych. Wiele procesów z orzekaną karą śmierci miało charakter pokazowy czy odbywało się z naruszeniem prawa. To sprawy polityczne, jak chociażby w przypadku żołnierzy podziemia. Głośny był też proces Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora Miejskiego Handlu Mięsem Warszawa Praga. Wawrzecki w 1964 r. został aresztowany za udział w tzw. aferze mięsnej, skazany na śmierć i w 1965 r. powieszony. Dopiero 39 lat później Sąd Najwyższy wyrok uchylił, a kolejnych sześć lat później Sąd Okręgowy wypłacił odszkodowanie synowi Wawrzeckiego.

Sąd Najwyższy. Kasacja w tzw. aferze mięsnej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W 1988 r. wprowadzono w Polsce moratorium na wykonywanie kary śmierci, co było  pierwszym krokiem w kierunku zmian w kodeksie karnym. Od roku 1989 skazanym uprzednio na karę śmierci wyrok zamieniano na 25 lat więzienia. Kara śmierci zniknęła z kodeksu karnego w 1997 r., zastąpiło ją dożywocie. A w 2013 r. prezydent Bronisław Komorowski ratyfikował protokół nr 13 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, ostatecznie znoszący karę śmierci w Polsce we wszystkich okolicznościach, także w czasie wojny.

Zobacz wideo Kryminalne (i tragiczne) historie, które natchnęły reżyserów [Popkultura]

Ostatni skazaniec

Ostatni wyrok śmierci został wykonany 30 lat temu. U źródeł zbrodni, której sprawcę w ten sposób ukarano, było fatalne zauroczenie.

On od wielu lat znał ją i jej rodzinę. Nigdy nie byli razem, ale - jak później przyzna - "zaszła" mu za skórę. Podobała mu się. Już zamężna, była na jego ślubie. Andrzej, nawet tańcząc ze świeżo poślubioną żoną, nie mógł oderwać od niej wzroku. Mijały lata, a on wciąż nie mógł zapomnieć. Okazja pojawiła się, gdy mąż kobiety wyjechał do USA. Był czerwiec 1984 r., Andrzej wkrótce miał ponownie zostać ojcem. Tej samej nocy, gdy na świat przychodziła jego druga córka, zadawał 27 ciosów kluczem samochodowym tamtej kobiecie.

Wywabił ją z domu w nocy pod pretekstem pilnego telefonu od męża. A potem wywiózł jej małym fiatem za miasto, zgwałcił i zabił. Działał w szale, animuszu dodał mu alkohol. Po morderstwie ukrył zwłoki kobiety, a jej auto podrzucił przed blok. Wtedy dotarło do niego, że przecież jej dwie córki widziały, jak razem odjeżdżali. Postanowił zlikwidować świadków, ale córki uszły z życiem i wezwały pomoc. Kiedy milicja przyjechała po Andrzeja, od razu przyznał się do winy i wskazał miejsce ukrycia zwłok.

Ludzie nie wierzyli: Czabański to był porządny, spokojny człowiek. On podczas procesu nie wyraził skruchy. Zaprezentował tylko tatuaż mówiący o tym, że urodził się, żeby na ziemi stworzyć piekło. Sąd nie miał wątpliwości, że dla winnego gwałtu i morderstwa kobiety oraz usiłowania zabójstwa jej dwóch córek jedyną słuszną karą będzie śmierć.

Cela w areszcie przy ul. Montelupich w Krakowie (fot. Grażyna Makara / Agencja Gazeta)

Wyrok przez powieszenie wykonano 21 kwietnia 1988 r. w areszcie śledczym przy ul. Montelupich w Krakowie. 29-letni Andrzej Czabański, znany także jako Stanisław Czabański, był ostatnim skazanym, który poniósł tę karę. Kilka miesięcy po jego straceniu wprowadzono moratorium. Sama kara śmierci nadal była jednak niekiedy zasądzana. Ostatni taki wyrok zapadł w 1996 r. wobec 20-letniego Zbigniewa Brzoskowskiego, winnego zabójstwa dwóch kobiet - matki i córki. Brzoskowski zamordował je, będąc na przepustce z więzienia.

Po wykreśleniu kary śmierci z kodeksu Brzoskowskiemu wyrok zamieniono na dożywocie z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po 25 latach. 25 lat minęło w ubiegłym roku. Brzoskowski nie dość, że starał się o przedterminowe zwolnienie, to na dodatek wystąpił z wnioskiem o nowe postępowanie w swojej sprawie. Sąd Najwyższy wniosek ten odrzucił.

Czego chcą Polacy?

Co jakiś czas - średnio co kilka lat - Centralny Ośrodek Badania Opinii Społecznej pyta Polaków o podejście do kary śmierci. "Najniższy odsetek opowiadających się za karą śmierci odnotowaliśmy w roku 89, po czym ich liczba wzrosła w roku 95 do dwóch trzecich, a w roku 96 - do trzech czwartych ogółu respondentów i ten poziom utrzymuje się do dzisiaj. Liczba przeciwników nie przekracza jednej piątej ogółu badanych" - czytamy w  raporcie CBOS z 1999 r.

Ostatnie badanie, w którym CBOS pytał Polaków o stosunek do kary śmierci , zostało wykonane w 2011 r. Większość uczestników (61 proc.) opowiedziała się za możliwością jej stosowania w przypadku najcięższych przestępstw, a tylko jedna trzecia (34 proc.) wyraziła sprzeciw. 

Źródło: Raport CBOS z 2011 roku

* Na podstawie książki Bogusława Sygita "Kto zabija człowieka - najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce"

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.