Zaczęły się pojawiać na początku lipca - przy zakopiance, drodze na Morskie Oko, w Nysie. Potem wyrastały w kolejnych lokalizacjach, w miejscach, gdzie może je zobaczyć jak najwięcej osób, m.in. przy jednej z ruchliwych warszawskich wylotówek. Wszystkie billboardy są podobne: widać na nich ogromne zdjęcia przedstawiające "ofiary aborcji". Niektóre płody są rozczłonkowane, inne przypominają miniaturowe dzieci leżące w kałuży krwi. Napis "Aborcja zabija" i komentarz, np. "aborcja w 22 tygodniu ciąży", nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do intencji autorów przekazu.
Fundacja Pro - prawo do życia z "zabijaniem dzieci" walczy w ten sposób od dawna. Jej członkowie wieszają plakaty, robią wystawy zdjęć, ustawiają w ogólnodostępnych miejscach antyaborcyjne busy. "Megafony i zdjęcia zamordowanych dzieci z bannerów krzyczą niemal codziennie w różnych miastach w całej Polsce. Nierzadko w tym samym czasie jakieś dziecko krzyczy niemo, gdy dobiera się do niego jakiś aborter" - czytamy na stronie stowarzyszenia.
I hasła, i zdjęcia są dobrze znane - w końcu uliczna wystawa "Wybierz życie" podróżuje po Polsce od 2005 roku, a kontrowersje wywoływała nie raz. Grupkę "obrońców życia" ustawionych na rynku czy przed szpitalem można jednak ominąć, ale ogromnego billboardu przy drodze nie da się nie zauważyć. "Jak mam powiedzieć dziecku, co to jest", "Moja żona w ciąży zamilkła, a oczy się jej zaszkliły (...). Nie życzę żadnemu mężczyźnie widoku kobiety w takim stanie" - to tylko niektóre komentarze pod tekstami dotyczącymi akcji.
By zapytać o szczegóły kampanii, dzwonię do siedziby fundacji. Założyciel stowarzyszenia, Mateusz Dzierżawski, prosi o maila. Na moją wiadomość odpisuje lakonicznie - metodę działań przejęli od Center for Bio-Ethical Reform z USA, korzystają ze zdjęć CBR. Fotografie to zdjęcia ofiar aborcji.
Center for Bio-Ethical Reform to dużo bardziej doświadczona organizacja - o prawa do życia nienarodzonych, niepełnosprawnych czy seniorów walczy od 1990 roku. "Aborcja to przykład tak niewyobrażalnego zła, że słowa zawodzą, gdy chcemy opisać jej dramat. Dopóki nie zobaczymy aborcji, nigdy jej nie zrozumiemy" - to motto centrum. Zarówno CBR, jak i jego oddziały z różnych krajów świata mają ten sam cel: chcą za wszelką cenę zszokować odbiorcę. Za granicą zdjęcia zakrwawionych płodów są zestawiane z fotografiami lewicowych polityków czy ofiar wojennych, w Polsce - z wizerunkiem Hanny Gronkiewicz-Waltz (która zwolniła ze stanowiska prof. Chazana ), Hitlera, obrońcami zwierząt. Schemat jest ten sam - akcje są oparte na emocjach i manipulacji.
Płód nie czuje bólu
Pierwsza to ta, która pokazuje, jak wygląda aborcja: rozrywanie płodu, rozcinanie go na kawałki, tam rączka, tu główka. Rzeczywistość jest inna - większość ciąż przerywa się przy pomocy tabletek poronnych, których przyjęcie jest możliwe do 10. tygodnia. Ich działaniu towarzyszy krwawienie podobne do miesięczkowego i wydalenie skrzepów, a embrion (w postaci maleńkiego pęcherzyka) jest zazwyczaj niewidoczny.
Innym sposobem jest metoda chirurgiczna (płód można wyssać pod ciśnieniem) lub sztuczne wywołanie akcji skurczowej. - Podaje się lek, który wywołuje poród. Szyjka macicy rozwiera się, rodzi się płód niezdolny do samodzielnego życia. Najczęściej w efekcie tego porodu płód obumiera. Nikt go nie rozrywa na kawałki, rodzi się normalnie - tak, jakby matka samoistnie poroniła w tym okresie ciąży - tłumaczy prof. Romuald Dębski, lekarz ginekolog i kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie.
Zdarzają się sytuacje - choć bardzo rzadko - że dziecko przeżywa aborcję. W 2014 roku we Wrocławiu podczas zabiegu urodziło się 700-gramowe dziecko; prawdopodobnie lekarze źle ocenili wiek płodu, który zamiast w 22. tygodniu urodził się w 23-24 tygodniu ciąży. Noworodka reanimowano, ale zmarł miesiąc później. To jednak wyjatek. - W przypadku, kiedy dziecko przejawia funkcje życiowe po zabiegu aborcji, zgodnie z prawem nie podejmuje się już akcji reanimacyjnej - przyznał w rozmowie z portalem naTemat.pl jeden z lekarzy. Anonimowo, bo medycy niechętnie o tym mówią.
Jeszcze jedno - płód nie czuje bólu. Według raportu Departamentu Zdrowia Wielkiej Brytanii z 2010 roku "przed upływem siódmego miesiąca ciąży płód znajduje się w stanie "stałego braku przytomności przypominającego sen lub narkozę. Połączenia nerwowe z korą mózgową są nierozwinięte, a ponieważ większość neurochirurgów wierzy, że kora mózgowa jest niezbędna do odczuwania bólu, można wnioskować, że płód nie może odczuwać żadnego bólu do tej fazy rozwoju" - czytamy w nim.
Inni autorzy badań przyjmują za mało prawdopodobne, by płód czuł ból przed trzecim trymestrem; niektórzy podają nawet 29. albo 30. tydzień ciąży. - Naukowcy wciąż dyskutują, kiedy jest ten moment graniczny. My przyjmujemy go właśnie jako 24. tydzień - dodaje prof. Dębski. Wniosek jest prosty: płód nie krzyczy, nie płacze, nie zwija się w cierpieniu, nie łapie "abortera" za paluszek. Zwyczajnie zasypia.
D&E
Kolejną kwestią są same zdjęcia. Fundacja Pro wyjaśnia, że na stronie CBR "można znaleźć potwierdzenie autentyczności podpisane przez abortera i fotografa datowane na 2008 rok". Na wielu zdjęciach są też monety czy banknoty, które mają udowadniać, że kadry nie pochodzą z lat 70., co zarzuca się organizacjom. Faktycznie, na stronie znajduje się oświadczenie fotografa i osoby, która miała badać płód, ale dokument jest jeden i nie wiadomo, do którego zdjęcia się odnosi.
Swoje zdanie co do autentyczności zdjęć ma prof. Dębski. - To, co widzimy na tych fotografiach, to bzdura! - zaznacza. - Tak nie wyglądają płody po poronieniu, które jest konsekwencją aborcji farmakologicznej - wyjaśnia.
Organizacje pro-life rozpisują się też o procedurze D&E (Dilation & Evacuation - Rozszerzenie i Wydobycie), która jest stosowana w wielu krajach świata i ma być dowodem na to, że współcześnie wykonuje się nie tylko farmakologiczną aborcję.
"Ta metoda stosowana jest do końca 6 miesiąca ciąży. W tym okresie dziecko waży prawie kilogram, ruchy jego ciała są wyczuwalne przez matkę, na jego głowie pojawiają się włosy, a na paluszkach - paznokcie. Aborcja ta polega na wyrywaniu kolejnych części ciała dziecka, kawałek po kawałku. Na końcu miażdżona i wyciągana jest główka, która jest tak duża, że nie zmieściłaby się w całości w kanale rodnym. Aborter poznaje, że zmiażdżył głowę, gdy z kanału rodnego wypływa biała substancja - mózg dziecka" - to opis ze strony stopaborcji.pl.
Faktycznie, amerykańska organizacja Planned Parenthood ("Planowane rodzicielstwo") opisuje, że w klinice można stosować także metodę D&E - nikt nie ukrywa, że ma to czasem miejsce w przypadku aborcji po 16. tygodniu ciąży. Przyczyny mogą być różne: wskazania medyczne, lęk kobiety przed traumą związaną z wywołaniem porodu i urodzeniem martwego dziecka. D&E to jednak niejedyny sposób - przerwania starszej ciąży też można dokonać farmakologicznie.
Wyścig z czasem
Warto pamiętać, że większość ciąż jest przerywana na ich wczesnym etapie - np. w USA 92 proc. aborcji wykonuje się w pierwszym trymestrze. W krajach, w których dopuszcza się tzw. aborcję na życzenie, kobiety mogą skorzystać z tego prawa zazwyczaj do 12. tygodnia (z niewielkimi wyjątkami, np. do 18. tygodnia w Szwecji czy 24. tygodnia w Singapurze). Do 22. tygodnia ciążę można zakończyć nawet w Polsce, jeżeli wynika to z przesłanek medycznych (dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu). Co więcej, jeżeli ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, l ekarze będą ratować matkę bez względu na wiek płodu.
Dlaczego aborcje z przesłanek medycznych wykonuje się później niż do 12. tygodnia? Powód jest bardzo prosty: pierwsze badania prenatalne, m.in. wykrywający zespół Downa test PAPP-A, przeprowadza się między 10. a 14. tygodniem ciąży. Na wyniki amniopunkcji, czyli analizy płynu owodniowego, czeka się 10-30 dni (a samo badanie robi się od 13. tygodnia ciąży). Inaczej się nie da, wady u płodu nie ujawniają się od razu. Kobiety są więc często w podwójnie trudnej sytuacji - nie dość, że właśnie usłyszały dramatyczną diagnozę i muszą zdecydować, co dalej, to jeszcze ścigają się z czasem.
- Gdybyśmy powiesili na billboardach zdjęcia dzieci z wadami rozwojowymi, to przerażenie byłoby jeszcze większe - mówi o reakcjach na plakaty "Stop aborcji" prof. Dębski. Jak dodaje, akcje środowisk pro-life najbardziej godzą w kobiety. - Ich ciąże są najczęściej chciane, wyczekane. Te dziewczyny przeżywają traumę, ale nie z powodu samego zabiegu, ale wiadomości o chorobie dziecka i konieczności wyboru. A oba wyjścia są złe - mówi.
Walka z wiatrakami
Na razie ze zmagań z billboardami antyaborcyjnymi rzadko wychodzą zwycięsko ci, którzy się im sprzeciwiają. W przypadku plakatów było dużo prościej - kiedy w centrum Krakowa zawisł ogromny banner, sprawą zajął się Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego. Jak się okazało, plakat powieszono nielegalnie, więc musiał zniknąć.
Z billboardami jest nieco inaczej - Fundacja Pro szuka właścicieli działek w pobliżu ruchliwych dróg, którzy zgodzą się udostępnić teren na rzecz organizacji, a w takiej sytuacji interwencja Nadzoru Budowlanego nie wchodzi w grę. Bannerem może się wprawdzie zainteresować policja i sąd, ale nie musi. O ile zakopiański Sąd Rejonowy uznał, że billboard przy drodze do Morskiego Oka wywołuje zgorszenie, zakłócając tym samym spokój i porządek publiczny, poznańska prokuratura podjęła zgoła inną decyzję. Zdaniem śledczych zamieszczenie plakatu na Śródce [część Poznania - przyp. red.] nie wyczerpywało znamion żadnego przestępstwa.
Billboardami nie zajmie się też Komisja Etyki Reklamy, która rozstrzyga o zgodności przekazów reklamowych z Kodeksem Etyki Reklamy. W rozumieniu kodeksu plakaty nie są jednak reklamą, więc Komisja nie może zalecić zmiany przekazu lub zaprzestania jego emisji - dowiedziała się "Gazeta Wyborcza" .
Fundacja Pro zapowiada, że billboardów będzie jeszcze więcej. Na uwagę, że ten rodzaj kampanii narusza dobra dużej grupy osób, Mariusz Dzierżyński odpowiada krótko: - Aborcja narusza podstawowe dobro zabijanych dzieci, jakim jest prawo do życia.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Aneta Bańkowska. Z wykształcenia psycholog, pracuje z osobami w stanie kryzysu psychicznego. Wcześniej przez cztery lata była dziennikarzem i wydawcą portalu Gazeta.pl. Specjalizuje się w tematach społecznych i związanych z seksuologią.