Społeczeństwo
Operacja w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie (zdjęcie poglądowe) (fot. Jakub Orzechowski/AG)
Operacja w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie (zdjęcie poglądowe) (fot. Jakub Orzechowski/AG)

Udręczony, zbolały, sfrustrowany pacjencie polskiej służby zdrowia! Trafiasz do szpitala ze złamaną nogą. Po kilku godzinach oczekiwania przyjmuje cię udręczony, zbolały, sfrustrowany lekarz, który pracuje już czterdziestą godzinę.

Myślisz, że gorzej być nie może. Otóż może. Możesz być pacjentem w szpitalu w małym mieście. Na przykład w Słupsku, gdzie prezydentem jest Robert Biedroń. W tamtejszym Zakładzie Opieki Zdrowotnej brakuje pediatry. Placówka szuka go przez ogłoszenie. Kusi świetnymi warunkami: 12 tys. zł pensji i służbowe mieszkanie. Mimo to chętnych brak.

Marsz dla protestujących lekarzy rezydentów w Gdańsku (fot. Bartosz Bańka/AG) ()

Wyjątek? Nie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasła: lekarz, ogłoszenia. Lekarze poszukiwani są nie tylko w szpitalach, ale i przychodniach w małych i średnich miastach, w których dostęp do służby zdrowia i tak jest dużo trudniejszy niż w Warszawie, Poznaniu czy Wrocławiu.

Lekarzy poszukują też szpitale i przychodnie w Bielsku-Białej, Oleśnie, Kostrzynie, Lelkowie, Staszowie, Sulęcinie, Elblągu, Wałbrzychu, Zabrzu, Żywcu, Ozimku, Szubinie, Mrągowie i wielu innych miejscowościach.

Drogi pacjencie, za chwilę przyjmiesz od nas kilka pigułek z wyjaśnieniem, dlaczego lekarze "nie chcą" brać świetnie płatnej pracy. Ostrzegamy. Wcale nie poczujesz się lepiej.

Pigułka 1: wielkie pustki

Klauzulę opt-out, zobowiązującą lekarza do pracy w wymiarze większym, niż 48 godzin tygodniowo, wypowiedziało według danych Ministerstwa Zdrowia 3546 lekarzy rezydentów i specjalistów. Porozumienie Rezydentów OZZL ocenia, że może to być nawet 5 tysięcy.

9 stycznia 2017 r. lekarzy zabrakło w szpitalu dziecięcym w Poznaniu. Rzeczniczka placówki tłumaczyła, że na izbie przyjęć lekarzy brakuje cały czas, a grafik układany jest tylko na trzy dni do przodu.

Podobna sytuacja spotkała szpital przy ul. Koszarowej we Wrocławiu. A także dziesięć innych na całym Dolnym Śląsku. W tamtejszych szpitalach z pracy rezygnowało od kilku do kilkudziesięciu lekarzy. Z powodu braku lekarzy zamknięty został oddział wewnętrzny szpitala w Oleśnie w woj. opolskim.

Już jesteś zły, pacjencie? A czy wiesz, że dla wielu lekarzy niewypowiedzenie klauzuli opt-out mogłoby oznaczać pracę dłużej niż nawet 100 godzin w tygodniu? Na przykład dla Adama, który pracuje w trzech szpitalach w małych miejscowościach w woj. wielkopolskim. Jednocześnie. Posłuchaj Adama, Michała i Anny. I spróbuj zrozumieć.

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie (fot. Jakub Orzechowski/AG) ()

Pigułka 2: za rok, może dwa

Adam mówi, że pracować w trzech szpitalach musi, bo inaczej nie byłoby go stać na utrzymanie i ciągłe dokształcanie. Jest lekarzem od 2,5 roku, obecnie ma status rezydenta.

Przeprasza, że trudno się z nim skontaktować, ale właśnie miał dwa przypadki zatrucia lekami i jeden upadku z trzech metrów z urazami wielonarządowymi. Opowiada:

- Ci, którzy zostają, podobnie jak ja, są pełni nadziei, że to się w końcu zmieni. Że dogonimy standardy zachodnie. Sam działam w Porozumieniu Rezydentów, rozmawiam z posłami, reprezentując młodych lekarzy w ministerstwie zdrowia, w sejmowej komisji zdrowia. Ale efektu żadnego. Wszyscy mówią, że nic nie mogą, że realna władza jest wyżej. I że bez większych nakładów finansowych niewiele można zrobić. A jeśli coś da się zrobić, to może za rok, za dwa, za trzy.

Czechy, Słowacja, Węgry czy Litwa wprowadziły ustawowo zagwarantowane zarobki w wysokości dwóch średnich krajowych dla lekarzy bez specjalizacji i trzech średnich dla lekarza ze specjalizacją. Polscy lekarze nie potrafią zrozumieć, dlaczego Polska nie idzie tą drogą. Według Adama to jest konieczność.

Najtrudniej dopiąć grafik w święta i w weekendy. Po całym tygodniu ciężkiej pracy i wielu trudnych dyżurach część z nas po prostu nie daje rady pracować kolejne dwa dni i dwie noce. Jednocześnie w weekendy ludzie uprawiają sport, częściej piją i niebezpiecznie się zachowują. Daje to olbrzymią liczbę pacjentów w przeliczeniu na dyżurujących lekarzy. Pacjenci narzekają na kolejki, ale tego nie rozumieją. Przykład? Trafia do nas pacjent z wypadku samochodowego. Ma połamany kręgosłup, krwawienie śródczaszkowe. Wszystkie swoje siły, zmysły, umiejętności i cały swój czas poświęcam, żeby ratować mu życie. Po dwóch godzinach pracy wychodzę od pacjenta zmęczony i przybity psychicznie. I na korytarzu słyszę wulgarne słowa od człowieka, który mówi, że czeka tu dwie godziny z bólem palca, że nie ma pomocy, że można w tej kolejce umrzeć. Bywa, że pacjenci z urazami czaszki muszą czekać osiem godzin. Bo lekarze, których ciągle brakuje, zajmują się w tym czasie ratowaniem życia.

W regionie Adama brakuje laryngologów. Jeśli ktoś po ciężkim wypadku będzie potrzebował natychmiastowej operacji nosa, uszu czy krtani, to nie będzie miał na nią szans. Ewentualne zostanie przetransportowany 200 km dalej do najbliższego laryngologa. Tego samego, który z powodu braku specjalistów, ma pod swoją opieką dwa-trzy makroregiony, więc ok. 5-6 milionów ludzi.

To tak, jakby na całą Norwegię był jeden dyżurujący laryngolog. Osobiście zastanawiam się na wyjazdem cały czas, każdego dnia. Ale co z tego, jeśli nawet z urlopem jest problem. Nie miałem wolnego od pół roku.

- kwituje Adam.

Operacja wszycia defibrylatora podskórnego (fot. Michał Łepecki/AG) ()

Pigułka 3: dyżur, czyli runmagedon

Michał pracuje w szpitalu na Dolnym Śląsku. W grudniu 2017 r. skończył staż rezydencki. Oprócz codziennej pracy przygotowuje się do egzaminu specjalizacyjnego z ortopedii.

Opowiada:

- Właśnie jestem w trakcie intensywnych powtórek książek. Pracuję dalej, bo mam rodzinę na utrzymaniu. Jedna umowa o pracę (rezydentura) skończyła się, ale umowy kontraktowe dalej są aktywne. W sumie mam kilka umów. Obecnie pracuję mniej niż 48 godzin w tygodniu, ale jak nie było protestu, to większą część dni w miesiącu wypełniały mi dyżury. Moja złota żona wychowuje dzieci i jak starcza jej sił, to przywozi mi je do szpitala. Nie narzekam na brak środków do życia. Narzekam na brak życia. Cztery lata temu, pełniąc dyżur na SOR-ze byłem jednocześnie odpowiedzialny za pacjentów, którzy przychodzą z tzw. ulicy, a jednocześnie, jeśli jakiś pacjent wymagał operacji ortopedycznej, musiałem operować na oddalonym od SOR-u bloku operacyjnym. Byłem też dyżurnym oddziału ortopedii, gdzie leżało ok. 40-50 chorych. Gdy wracałem po kilku godzinach z operacji pacjenci byli czerwoni ze złości na mnie, lekarza, na którego czekają. Nikt mi nie wierzył, że przez pierwszą połowę nocy operowałem. 24-godzinne dyżury to był prawdziwy runmageddon. Tyle tylko, że zamiast błota była krew, pot i stres - po obu stronach drzwi gabinetu lekarskiego.

Od lat prosi o dokładne określenie obowiązków. I nic. Więc zaczął robić na SOR-ze tylko konsultacje, a potem wracał na oddział. Dyrektor szpitala wydał mu ustne polecenie służbowe, żeby wrócił do dotychczasowego trybu pracy. Zażądał polecenia na piśmie, nie dostał. Dyrektor uruchomił procedurę dyscyplinarnego zwolnienia pracownika za "rażące zaniedbanie obowiązków". Przestał walczyć. Bał się o byt własnej rodziny.

Kilka miesięcy później w moim szpitalu na SOR-ze umarło dwuletnie dziecko. Właśnie z tego powodu, o którym mówiłem. Rodzice przyprowadzili dziecko do oddziału ratunkowego szukając pomocy, dziecko zostało przypisane do lekarza, który pełnił dyżur w oddziale pediatrii. W tym czasie lekarka pochłonięta była innymi obowiązkami. Dziecko po kilkudziesięciu minutach umarło na rękach ojca na korytarzu. A ostateczną winą za śmierć dziecka obarczeni zostali rodzice.

Czy myśli o emigracji? Nie ma dnia, żeby o niej nie myślał. Co trzyma Michała w kraju? - Strach, że może mi się za granicą nie poukładać - mówi wprost Michał. Ale zarzeka się, że wyjedzie, jeśli zrozumie, że protest zawodów medycznych wyczerpał swoje możliwości i emigracja będzie ostateczną formą osobistego protestu. - Ważne, żeby wyjechać do miejsca na świecie, gdzie będziesz potrzebny. Nic na siłę - kwituje.

Kolejki do rejestracji w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie (fot. Jakub Orzechowski/AG) ()

Pigułka 4: dobry interes

Stop, przerwa, głęboki oddech. Jeszcze chwila cierpliwości i wszystko będzie jasne.

Anna pracuje na oddziale nefrologii w szpitalu w woj. wielkopolskim. Mówi, że co prawda nad wyjazdem się nie zastanawia, ale swoją karierę zaczynała w Holandii w 2006 r. Wróciła, bo tęskniła za rodziną. Ma porównanie - jak działa polska i holenderska służba zdrowia. Dziś mówi:

- W Holandii nie ma prywatnych gabinetów. Jest za to dobry dostęp do diagnostyki i leczenia specjalistycznego. W Polsce faktem jest brak kadry. Pracujemy na kilku etatach, żeby godnie zarobić i dlatego pracujemy za dużo. Mój przykład: w czwartek rano zaczynam pracę o 7.30, mam dyżur do 7.30 w piątek. Wychodzę po 8 rano z pracy i biegnę do pracy w poradni do 12-13. Nie jest to normalne, ale cóż - płaca w szpitalu jest kiepska. Jako internista na etacie dostaję około 42 zł brutto za godzinę.

Najbardziej irytują Annę zarobki w szpitalu. To przecież trudna i odpowiedzialna praca. Nie powinna być mniej płatna niż w placówkach Podstawowej Opieki Zdrowotnej, gdzie stawka godzinowa to około 100 zł brutto. Największe trudności to liczba przepracowanych godzin i częste przemęczenie z tym związane. Poza tym zbyt skąpe wyposażenie oddziału w sprzęt medyczny, ograniczenia diagnostyczne, zbyt mało personelu pielęgniarskiego przypadającego na pacjenta.

Nie mówi się też o czymś innym. Jako lekarze zbyt dużo czasu spędzamy wypisując jakieś papiery. Samo wypisywanie recepty naszym kraju jest absurdalne - muszę pisać, ile tabletek jest w opakowaniu, bo na przykład jedno opakowanie na 28 tabletek jest refundowane, a drugie na 30 - już nie. Lub odwrotnie. To absurd.

- dodaje lekarka. Ale, jak podkreśla, mimo trudności dzisiaj nie zastanawia się nad wyjazdem, choć nie wiadomo, co będzie w przyszłości. Dlaczego?

Ciągle mam z tej pracy dużo satysfakcji. Największą jest pomoc ludziom i wykonywanie zawodu, który jest moją życiową pasją, powołaniem.
2015, Poznań, Szpital Uniwersytetu Medycznego. Dyżurka lekarska. Wprowadzanie danych pacjentów czekających w kolejce i poddawanych leczeniu (fot. Łukasz Cynalewski/AG) ()

Pigułka 5: galopująca głupota

Michał mówi dalej:

- Jeśli pacjent szuka pomocy w takich miejscach jak nocna, świąteczna opieka medyczna, oddział ratunkowy albo wymaga lekarskiej asysty w transporcie międzyszpitalnym, to musi mieć świadomość, że trafi na zmęczoną osobę.

Michał tłumaczy mi, że zmęczenie fizyczne wpłynie na koncentrację, zaangażowanie w rozmowę z pacjentem albo jego rodziną, na czas oczekiwania - bo lekarz musi przecież między jedną a drugą pracą zjeść obiad. A zmęczenie psychiczne wpłynie na przedmiotowe traktowanie chorego.

Często słyszę od ratowników medycznych: "przyszedł skręcony staw skokowy, przyszła rana głowy do szycia, przyszedł tygodniowy ból kręgosłupa". Pacjenci mają prawo nie tylko do porady lekarskiej, ale i do empatycznego podejścia. Gdy mam zły dzień i jestem po kilkudziesięciogodzinnym dyżurze, wolę pójść do pokoju socjalnego, wsadzić korki do uszu, zamknąć oczy i modlić się o szybką regenerację sił. W 95 proc. przypadków pomaga. Wracam do pracy bez złych emocji, które mógłbym przekazać chorym i ich rodzinom.

W nocnej pomocy lekarskiej, na SOR-ze czy w transporcie medycznym pracują lekarze, którzy dorabiają sobie do podstawowej pensji - głównie rezydenci. Specjalista może w tym czasie otworzyć gabinet prywatny. Musisz zaakceptować fakt, że będziesz na dyżurze kilkadziesiąt godzin w różnych układach czasów pracy.

Jest też opcja bez prac kontraktowych: jeden lekarz, jedna praca. Wtedy czeka cię życie za ok. 3-4 tyś. Wiele osób tak robi i są szczęśliwe. Ja mam coś z pracoholika. Każda praca przynosi mi bardzo dużo satysfakcji - dopóki nie pojawi się konflikt z życiem rodzinnym. Kilka lat takiej pracy (moja rezydentura trwała 6 lat) i wystarczyło, żebym zadał sobie pytanie: jak długo. Można bardzo długo, ale wtedy wypalenie zawodowe niszczy nie tylko moją pasję, ale i relacje rodzinne. Depresje, awantury rodzinne, rozwody, zdrady to tylko kilka patologii, których chcę uniknąć. Wtedy zastanawiasz się co zmienić, żeby było inaczej. Emigracja kusi, bo z kolegami, którzy wyjechali, masz kontakt przez Facebook czy Skype, więc wiesz, jak to u nich wygląda.

Dlaczego Michał jeszcze nie wyjechał? Główny powód to konieczność zrobienia specjalizacji w macierzystym kraju. Jego zdolności językowe sześć lat temu nie pozwalały na swobodną naukę za granicą. Jeśli w polskim szpitalu pracuje osoba z zagranicy np. z Ukrainy czy bliskiego wschodu, to póki nie nabędzie kompetencji językowych, nie jest traktowana na równi z Polakami. Podejście do Polaków za granicą jest podobnie.

Pigułka 6: wyższa klasa

Firma Treatmed rekrutuje lekarzy do pracy w Niemczech. Aktualnie na stronie internetowej firmy można znaleźć 45 ofert pracy. Najwięcej - po 4 - w anestezjologii i chirurgii ogólnej. Ostatnia oferta pochodzi z 7 stycznia. Poszukiwany jest kardiolog do pracy w szpitalu w Nadrenii Północnej-Westfalii. Szpital oferuje stałe zatrudnienie, możliwość podnoszenia kwalifikacji zawodowych, pracę na sprzęcie medycznym najwyższej klasy oraz wynagrodzenie: 4400 - 5700 euro brutto miesięcznie.

Podobnych firm działa w Polsce więcej.

- Ilu lekarzy skorzystało z państwa usług? - pytam w Treatmed. Steve Wittstock z niemieckiego biura firmy szacuje, że uzbierałby się całkiem spory szpital.

- Trudno mówić o liczbach, bo część lekarzy jest w trakcie przygotowań do wyjazdu, a część z różnych względów odłożyła wyjazd na później. Jednak możemy mówić, że niezłą placówkę moglibyśmy obsadzić "naszymi" lekarzami. Co miesiąc zgłaszają się do nas kolejni chętni do pracy za granicą.

Dlaczego?

- Lepsze wynagrodzenie, znakomita jakość otoczenia w pracy, ale też ubezpieczenie od odpowiedzialności zawodowej. To dla lekarzy niezwykle ważne czynniki. Nie można też zapominać o dogodnych godzinach pracy, które pozwalają łączyć pracę z życiem rodzinnym.

- Ilu z nich wróciło do kraju po pobycie za granicą, a ilu wiąże z pracą za granicą swoją przyszłość?

- Większość lekarzy planuje swoją przyszłość za granicą w kontekście kilku lat. Mając na uwadze, że pośredniczymy w wyjazdach głównie młodych lekarzy - chcą oni ukończyć specjalizację za granicą. Po jej ukończeniu nie wykluczają powrotu do kraju. Z drugiej strony, jak wynika z rozmów z nimi, powrót do Polski nie jest priorytetem. Co więcej nie odnotowujemy "nagłych" powrotów.

Pacjencie, czy jesteś już wystarczająco wściekły? Najpierw zapamiętaj: "całkiem spory szpital", "wiele specjalności", "dogodne godziny pracy" oraz "pensja 4400-5700 euro miesięcznie".

Minister Zdrowia Łukasz Szumowski (fot. Kuba Atys/AG) ()

Pigułka 7: życie i śmierć

2 stycznia w Polsce ministrem zdrowia był jeszcze Konstanty Radziwiłł. Być może wiedział już, że jego miejsce zajmie Łukasz Szumowski. Oficjalnie stało się to 9 stycznia. Dla sytuacji polskich lekarzy i polskich pacjentów fakt ten nie ma żadnego znaczenia.

Już 24 marca 2016 r. Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar pisał do Radziwiłła, że "statystyki dotyczące liczby lekarzy w Polsce są alarmujące". W 2014 r. Polsce przypadało statystycznie 2,2 praktykującego lekarza na tysiąc mieszkańców, a więc znacznie poniżej średniej w krajach OECD, która wynosi 3,3.

1 października 2016 r. w szpitalu dziecięcym w Warszawie rozpoczął się strajk głodowy lekarzy-rezydentów, domagających się zwiększenia środków na wszystkie zawody służby zdrowia do 6,8 proc. PKB. Po miesiącu słownych przepychanek minister zdrowia podpisał rozporządzenie o podwyżkach dla lekarzy - średnio 280-325 zł netto. Lekarze zakończyli głodówkę, ale zapowiedzieli wypowiadanie klauzuli opt-out.

W dniu oddania tego tekstu do redakcji zmarł, po 24-godzinnym dyżurze, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego szpitala w Sosnowcu. Współpracownicy powiedzieli, że był pracowity i dyżurował, choć nie musiał.

Pacjencie, pomyśl: choć jesteś udręczony, obolały i sfrustrowany, to czytasz te słowa.

Więc żyjesz.

Imiona bohaterów zostały na ich prośbę zmienione

Zobacz wideo

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu i "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com .

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU