Do sali Zakładu Anatomii Prawidłowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego jeden z pracowników wnosi pojemniki z plastynatami - utrwalonymi w specjalnej technologii fragmentami ludzkiego ciała. Najpierw dostaję do obejrzenia dłoń odjętą tuż za nadgarstkiem. Wiem, że jest biologicznie czysta, czyli pozbawiona bakterii i wszystkiego, co mogłoby zainicjować procesy gnilne, mimo to zakładam rękawiczki przed wzięciem do rąk eksponatu. Przez moment odczuwam dziwny i nieuzasadniony lęk, jednak ciekawość jest silniejsza. Biorę plastynat do rąk. Jest żółty, sztywny i ciężki. Ścięgna przypominają sznurki do poruszania kukiełkami. W ogóle całość sprawia wrażenie eksponatu z jakiegoś upiornego muzeum lub fragmentu mumii. Później dowiaduję się, że ta dłoń jest pierwszym splastynowanym eksponatem wykonanym przez prof. Grzegorza Bajora, kierownika Katedry i Zakładu Anatomii Prawidłowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, i jego zespół. Dłoń jest sztywna, ponieważ przyspieszono proces suszenia i żywica nie obciekała wystarczająco długo. Ale - jak powiedział profesor - wszystkie wykonane przez nich eksponaty są wynikiem eksperymentów, a nie ma eksperymentów wyłącznie udanych.
Kolejna dłoń jest już bardziej realistyczna, ma nawet lekko różowy odcień. Jest giętka, mięśnie i ścięgna są ponacinane tak, by można było odchylać poszczególne warstwy i zaglądać do wewnątrz. Przechodzę krótki kurs anatomii. Andrzej Kaśkosz, lekarz medycyny i wykładowca Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, wyjaśnia mi, że to, co uznałam za utwardzony fragment jakiejś błonki, jest w istocie mięśniem.
Następnie na stół wjeżdżają nerki i fragment jelita grubego. Biorę do rąk jelito. Wydaje się gąbczaste, jakby wykonane z elastycznej pianki. Po chwili uznaję, że oswoiłam się z eksponatami, bo nerki nie robią na mnie już tak piorunującego wrażenia, ale zmieniam zdanie, gdy na stół wjeżdża ręka odcięta na wysokości ramienia. Jest tak realistyczna, jakby tylko pozbawiono ją skóry - wszystkie jej elementy wydają się być wciąż żywe. Profesor Bajor - udzielający mi przy okazji prezentacji najlepszej lekcji anatomii, jaką przeszłam w życiu - rozchyla mięśnie aż do kości, pokazuje mi ich kolejne, ukryte partie.
Kolejna jest noga odjęta przy kolanie. Zaczynam oglądać ją od strony stopy, próbując policzyć drobne kostki. Oglądam ścięgno Achillesa, sprawia naprawdę mocarne wrażenie. Jak i w innych preparatach, mięśnie łydki są porozdzielane, by móc poznać kolejne ich warstwy. Przed oczami stają mi anatomiczne szkice Leonarda da Vinci, które oglądałam setki razy i dociera do mnie, że precyzja, którą tak podziwiałam u toskańskiego mistrza, cechuje również te eksponaty. Każdy, najdrobniejszy fragment mięśnia, żyły czy ścięgna potraktowany został z pietyzmem i niewątpliwą fascynacją. Dokładnie tak, jak czynił to da Vinci.
Ciało utrwalone
Proces plastynacji wymyślił i opatentował doktor Gunther von Hagens, urodzony na ziemiach polskich niemiecki lekarz i anatom, który najlepiej znany jest z pokazywanej na całym świecie i nieustannie budzącej kontrowersje wystawy Body Worlds . Ekspozycja podróżowała po całym globie, pojawiła się nawet w "Casino Royal", jednym z filmów o przygodach agenta 007. Gdziekolwiek się pojawi, budzi kontrowersje. Przede wszystkim dlatego, że nie cichną głosy, iż przynajmniej część splastynowanych ciał nie została przekazana dobrowolnie, lecz należała do ofiar chińskiego reżimu.
Wątpliwości nie budzi za to fakt, że to właśnie von Hagens, eksperymentując z metodami od lat wykorzystywanymi przez anatomów, stworzył proces pozwalający utrwalić zwłoki tak, by ciało wydawało się nienaruszone. W 1980 roku założył firmę Biodur Products, która zaczęła uprawiać plastynację na skalę przemysłową, a w 1993 roku powołał własny Instytut Plastynacji w Heidelbergu. W 2006 roku powstało Plastinarium w Guben , czyli pierwsza stała wystawa eksponatów.
- Pomysł tworzenia plastynatów na naszej uczelni sięga roku 2010, ale realnie zaczęliśmy eksperymentować dwa lata później, w 2012 roku. Zakupienie linii produkcyjnej [czyli preparatów oraz instrukcji postępowania, przepisu na wykonanie plastynatu - przyp. red.] od mającej na nią licencję firmy von Hagensa nie było możliwe. Prowadziliśmy rozmowy, byliśmy nawet w Plastinarium, ale finanse pozwoliły nam jedynie na zaopatrzenie się w odczynniki. To było konieczne, by w ogóle ruszyć. Resztę niezbędnej infrastruktury stworzyliśmy już sami. Metodą prób i błędów opracowaliśmy własną metodę wykonywania plastynatów - wyjaśnia prof. Grzegorz Bajor. - Nasze plastynaty to nie eksponaty, lecz pomoce naukowe dla studentów - dodaje.
Stworzenie plastynatu wymaga czasu. Trwa, w zależności od masy preparatu, od sześciu tygodni do nawet roku. Najpierw wybrany i wypreparowany fragment ciała wkłada się do acetonu schłodzonego do -25 stopni Celsjusza. Będzie w nim przebywał, aż cała woda w nim zawarta w wyniku dyfuzji zostanie zastąpiona przez aceton. - Dyfuzja to dążenie do wyrównania stężeń po obu stronach błony półprzepuszczalnej - a więc część wody ucieka do otaczającego acetonu, a część acetonu wchodzi na jej miejsce. Po pewnym czasie zastępujemy ten "zepsuty" już aceton - bo rozcieńczony wodą, która "uciekła z preparatu" - nowym, znowu stuprocentowym. W sumie w preparacie zostanie po takich dwóch-trzech zmianach niewiele wody - opowiada profesor. W trakcie procesu dokonuje się regularnych pomiarów gęstości acetonu przy pomocy acetometru, który wygląda jak spławik wędkarski zrobiony ze szkła, pusty w środku i wyskalowany.
Po kąpieli w acetonie preparat przenosi się do żywicy, która nada mu prawdziwą trwałość. W tym celu zamyka się go w komorze próżniowej i powoli obniża ciśnienie do wartości granicznych. - Dążymy do zera - mówi prof. Bajor. - Ciśnienie atmosferyczne to 1013 hPa (dawniej 760 mmHg) - my chcemy osiągnąć 0 mm Hg - wyjaśniają naukowcy.
Komora powinna działać non stop, a okres kąpieli w żywicy zależy od wielkości preparatu. Plaster mózgu spędzi w komorze 10 dni, ręka około ośmiu tygodni, cała kończyna - aż dziewięć miesięcy.
Ale na tym nie koniec. Charakterystyczną giętkość preparatów uzyskuje się w trakcie kilkuetapowego procesu. Pierwotnie wykorzystywana do tworzenia plastynatów metoda zakłada, że osuszanie częściowo odbywa się w wyższych temperaturach. Prof. Bajor i jego współpracownicy postanowili jednak zmodyfikować ten sposób. Zauważyli, że najlepszy efekt daje nie tylko zmiana temperatury, ale wydłużenie całego procesu osuszania oparte na obserwacji - m.in. tempa ociekania i wysychania żywicy
prowadzonej przez doświadczonego pracownika. Dzięki temu preparaty są bardziej elastyczne, co również zwiększa ich trwałość.
Doktor śmierć i żyrafa
- Nie robimy tutaj drugiego Plastinarium. Istniejące poza naszymi granicami firmy z tworzenia plastynatów zrobiły po prostu metodę na zarabianie pieniędzy - mówi prof. Bajor. - W ich laboratoriach można poddawać procesowi plastynacji całe zwłoki, zresztą nie tylko ludzkie. W trakcie zwiedzania jednego z takich ośrodków widzieliśmy między innymi przygotowywane do plastynacji zwłoki tygrysa. Eksponat został zamówiony przez zoo.
Prof. Bajor przyznaje, że potencjał takich firm jest ogromny. - Są w stanie plastynować nawet żyrafy czy słonie. My nie mamy takich możliwości ani technicznych, ani prawnych - wyjaśnia. - Prawo zezwala nam na tworzenie plastynatów na potrzeby naukowo-dydaktyczne. Mamy materiał, ponieważ na Śląskim Uniwersytecie Medycznym prowadzimy jeden z największych programów świadomej donacji zwłok w Polsce. Elementy ciała donatora mogą zostać odjęte i splastynowane, resztę należy pogrzebać. Zarządzenie rektora jasno określa miejsce pobytu darowanych zwłok, w tym również preparatów z nich wykonanych. Donator informuje, że chce, aby jego zwłoki były na tym Wydziale, dlatego również plastynaty muszą pozostawać na miejscu, nie mogą być wywożone, wypożyczane, a tym bardziej sprzedawane.
Śląski ośrodek jest aktualnie jedynym w Polsce wykonującym plastynaty z ludzkich szczątków. Swoje prace prowadzą również badacze z Wydziału Weterynarii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, jednak tam procesowi poddawane są zwłoki zwierząt.
Eksponat studentoodporny
Do czego potrzebne są plastynaty? Przede wszystkim do pracy ze studentami. - Ich największą wartością jest nieporównywalna z innymi preparatami trwałość - mówi prof. Bajor. - Trwałość innych preparatów, nawet z formaliny, jest różna, w zależności od czasu ekspozycji na działanie środowiska. Płyny parują, preparat wysycha, materiał się niszczy. A plastynat jest elastyczny jak silikon, giętki, nie ulega takiemu zniszczeniu. To podwyższa jakość kształcenia, daje studentowi spojrzenie przestrzenne. Można odgiąć, obejrzeć warstwami, co jest pod spodem. Nie nadajemy plastynatom wyglądu, jak z atlasu anatomii. Student czy lekarz, operując, nie widzi na kolorowo, często nic nie widzi, bo wszędzie w polu operacyjnym jest krew.
W podobnym tonie wypowiada się Andrzej Kaśkosz. - Są studentoodporne - mówi o plastynatach. - Takie preparaty lepiej znoszą wszelkie próby manipulacji w trakcie oglądania, a jeśli nawet ktoś pobazgrze eksponat długopisem, wystarczy szmatka i ciepła woda, by usunąć ślady. Preparaty mogą być trzymane na półce bez specjalnej ochrony. Nie ma słojów, kosztownych zbiorników i systemów przechowywania, formaliny i innych chemikaliów - wylicza i dodaje, że nie można zapominać, iż każdy z tych preparatów zawiera coś bezcennego: fragment ciała darczyńcy. Człowieka, który gotów był świadomie ofiarować swe ciało, by po śmierci wciąż służyło innym ludziom - przyszłym lekarzom. I tu ta niezwykła więź żywych i tych, co już odeszli, staje się bezcennym źródłem wiedzy.
Kiedy profesor i jego współpracownik opowiadają mi o procesie plastynacji, w sali pojawiają się kolejne pojemniki z eksponatami, tym razem jest to pół twarzy oraz mózg: cały i w plastrach. Twarz wciąż jest w trakcie preparowania, dlatego przechowywana jest w płynie. Widać wszystkie mięśnie, ucho, zamknięte powieki wciąż mają rzęsy. Mózg jest mniejszy niż sądziłam. Mówię o tym profesorowi, co skutkuje kolejną częścią wykładu o tym, jak mózg zawieszony jest w czaszce, co go chroni przed wstrząsami. Aby lepiej wszystko wyjaśnić, profesor prosi o dostarczenie pełnego szkieletu i umieszcza mózg w czaszce. Słucham i oglądam z zaciekawieniem.
Po wszystkim przychodzi mi do głowy myśl, że możliwość obcowania z takimi preparatami, wzięcia ich do ręki, rozchylenia mięśni, ścięgien, to nie tylko znakomita nauka dla przyszłych lekarzy, ale w ogóle zachęta do nauki. Jestem w stanie wyobrazić sobie regularnie odbywające się lekcje anatomii dla uczniów szkół ponadpodstawowych, a kto wie, może nawet dla młodszych klas. Prof. Bajor zgadza się ze mną, że mogłoby to być interesującą propozycją, na którą chętnie by przystał, problemem jest prawo.
- Nie możemy wpuszczać na nasz teren uczniów i brać za nich odpowiedzialności, dlatego niezbędne byłoby dodatkowe miejsce na tego typu zajęcia i prawne rozwiązanie sprawy. A w związku z faktem, że preparaty nie mogą opuszczać terenu uczelni, takie miejsce należałoby stworzyć tutaj. Jest jeszcze kwestia związanych z tym kosztów - mówi i dodaje, że od pewnego czasu myśli o propagowaniu nauki, szczególnie anatomii. W tym celu założył fundację Ars Anatomica, której celem jest edukacja, pomoc młodym badaczom i ogólne popularyzowanie wiedzy.
Czy śląskim naukowcom uda się stworzyć takie miejsce, pokaże czas. Pewne jest, że ich wiedza, cierpliwość i praca już przyniosły wymierne korzyści, przede wszystkim dla kolejnych pokoleń lekarzy i dla nas, pacjentów. Bo cytując Leonarda da Vinci: "Ci, którzy uprawiają praktykę bez pilności lub - by rzec lepiej - bez nauki, są jak żeglarze wypływający na morze statkiem bez steru i busoli, nie mając nigdy pewności, dokąd się skierują"*.
*cytat pochodzi z "Traktatu o malarstwie" Leonarda da Vinci
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarz, redaktor, współpracownik Weekend Gazeta.pl . Wcześniej związana m.in. z "Życiem Warszawy" i "Echem Miasta".