Społeczeństwo
Polacy produkują wiele różnych wódek (fot. Ryan Bromley)
Polacy produkują wiele różnych wódek (fot. Ryan Bromley)

Umawiamy się w samo południe. Trochę wcześnie jak na wódkę, ale w końcu nie idę na imprezę, tylko na szybkie przeszkolenie z polskich trunków. Czekam w Śródmieściu na Kruczej pod jedną z knajp. Nie znam dokładnego adresu. Na ulicy wita mnie uśmiechnięty Kanadyjczyk i prowadzi do eleganckiego biurowca. Odbija kartę, wita się z ochroniarzem i wskazuje mi schody do parkingu podziemnego. Schodzę zdziwiona i zaciekawiona. Lądujemy w niewielkiej, ale przytulnej kanciapie. Białe ściany i meble, w rogu regał z butelkami, na stole kieliszki i menzurki. Trochę laboratorium, trochę speakeasy - tajny bar, dostępny tylko dla wtajemniczonych. Wpadają tu żądni wiedzy obcokrajowcy i zaciekawieni amatorzy wódki. Po co? Żeby spróbować różnych smaków - od klasycznej czystej, przez kolekcjonerskie wódki z młodych ziemniaków albo alkohol kukurydziany czy jęczmienny, po starzoną w beczce wódkę ziemniaczaną. Na deser likiery i przyspieszony kurs robienia nalewek. Brzmi świetnie, tylko co Kanadyjczyk wie o polskich alkoholach? Okazuje się, że wie bardzo dużo i szerzy tę wiedzę w nietypowy sposób w The Vodka Institute.

W XVI wieku w Gdańsku powstała receptura gdańskiej wódki - Goldwasser. Według oryginalnej receptury wódka zrobiona jest na podstawie ponad 20 ziół oraz płatków złota (fot . Bartosz Banka / Agencja Gazeta)

Twoje kulinarne CV jest imponujące, a związki z Polską - duże. Opowiedz o jednym i drugim.

- Byłem szefem kuchni m.in. tu, w Polsce, w rezydencji brytyjskiego ambasadora. Po czterech latach pojechałem do Londynu, tam pracowałem w jednej z lepszych firm cateringowych. Studiowałem politykę żywnościową w City University w Londynie, odbyłem płatny staż w Światowym Programie Żywnościowym. Zjadłem zęby na gastronomii, przyglądając się jej z każdej perspektywy. W pewnym momencie stwierdziłem, że nie jestem pewien, co chcę robić. Temat polityki żywnościowej mnie nie zadowalał, bo okazała się ona instytucjonalnie skostniała. Pomyślałem więc, że skupię się na teorii i postaram się połączyć sztukę z gastronomią. Zacząłem robić doktorat. Pojechałem do Indii, bo moja żona, która jest Polką, została dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Delhi, i tam kontynuowałem swoje badania.

A teraz znowu jesteś w Polsce.

- Kiedy wróciłem, chciałem zająć się czymś ekscytującym, zwłaszcza że tyle czasu poświęciłem badaniom jedzenia. Poobserwowałem rynek i zdałem sobie sprawę, że ciekawe rzeczy dzieją się w przemyśle alkoholowym. Zaczęto zwracać uwagę na to, skąd pochodzą składniki wykorzystywane w produkcji trunków. Jeśli chodzi o produkcję żywności, już dawno mówi się o lokalności, jakości produktów i terroir [splot warunków geologicznych i klimatycznych, które decydują o niepowtarzalności produktu - przyp. red.]. Kiedy zamawiasz coś w dobrej restauracji, od razu dostajesz informację, skąd pochodzą jagnięcina czy warzywa na twoim talerzu. A przy alkoholach to nowość. W połowie przypadków kelner nie pokwapi się, żeby powiedzieć ci cokolwiek o danym trunku - jak został zrobiony i gdzie.

To co się zmieniło?

- Zaczęto produkować coraz więcej alkoholi metodą rzemieślniczą, w mniejszych ilościach, przy większym zaangażowaniu ludzi - specjalistów i pasjonatów. Tak jak kiedyś było w przypadku serów zagrodowych, wędlin czy piwa. Ludzie robiący "craft" wódki czy nalewki są z tego bardzo dumni, a co najważniejsze - potrafią powiedzieć wszystko o swoich produktach. Uderzyłem więc do Chopina, bo wiedziałem, że to właśnie firma, która rozpoczęła rewolucję w świecie wódki, eksperymentując z różnymi rodzajami destylatów i z mniej znanymi składnikami. I teraz jestem w tym tajemniczym pokoiku.

 

Sekretna piwniczka do degustacji. Kto tu dociera?

- Przeważnie obcokrajowcy, bo wiadomość powoli roznosi się po Facebooku, a stronę prowadzę oczywiście po angielsku. Ale pojawiają się też ludzie z branży albo amatorzy, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o swoim narodowym trunku. Mam tu dziewięć wódek Młody Ziemniak - z różnych roczników i różnych odmian ziemniaków - których nie ma nawet na rynku. Mam owocowe i ziołowe maceraty alkoholowe niedostępne w sprzedaży.  To przyciąga ludzi. Moi goście najpierw degustują różne rodzaje wódek, nalewki, likiery, a potem komponują własną nalewkę.

Dla wielu jednak wódka to po prostu wódka i już. Nie zagłębiają się w niuanse.

- Można tak podchodzić do tematu, ale sporo się przy tym traci. To takie samo uogólnienie jak powiedzenie, że brytyjskie jedzenie jest niesmaczne i ciężkostrawne. Pewnie kiedyś takie było: tłuste mięso i rozgotowane warzywa, ale przecież przez ostatnie dziesięciolecia obraz brytyjskiej kuchni się zmienił. Podobnie jest z wódką w Polsce.

Dziś możemy być dumni z tego, jak różnorodne mamy w Polsce wódki i że wiemy, skąd pochodzą. Wódka z żyta smakuje inaczej niż ta ziemniaczana. Z kolei ziemniaczana destylowana jednokrotnie jest inna niż ta destylowana cztery razy. Przez lata komunizmu i dostępu do alkoholu kiepskiej jakości wódka zyskała złą sławę. Kiedyś jednak królowała w Polsce, praktycznie wszędzie były folwarczne destylarnie czy gorzelnie. Miejscowi rolnicy, którzy uprawiali ziemniaki, mogli je sprzedać, przechowywać, zjeść, ale sporą część zbiorów musieli przerobić - po to była ta gorzelnia. Jeśli pojedziesz do Krzeska, gdzie mieści się jedna z ciekawszych destylarni, w pewnym sensie możesz cofnąć się w czasie. To wioska pomiędzy Warszawą a Terespolem, pośrodku niczego, mieszka tam jakieś 150 osób. Wokół tylko gospodarstwa i pola, a na nich ziemniaki, żyto i pszenica, z których powstają bardzo różnorodne destylaty. Miejsce, gleba, klimat, położenie geograficzne, technika produkcji - wszystko to definiuje charakter wódki. Ważna jest też historia samego miejsca. Dobrze, że do tego wracamy.

Charakter wódki definiują wspólnie: gleba, na której rosną ziemniaki lub zboże, klimat, położenie geograficzne i technika produkcji (fot. Bernard Pacak)

Jakie warunki musi spełniać producent, by mógł nazwać swój trunek polską wódką?

- W ostatnich latach to bardzo gorący temat. Regulacje pojawiły się dopiero w 2005 roku. Przedtem i małe, i duże destylarnie konkurowały o miano najlepszego producenta wódki, tyle że nie było żadnej definicji tego alkoholu, trochę tak jak z bimbrem. Unia Europejska postanowiła wprowadzić definicję wódki. W Stanach takie kryteria już istniały: musiała być czterokrotnie destylowana, bezbarwna, o ujednoliconym smaku. Chodziło o to, że destylując tyle razy, osiągało się jednolity smak i aromat, więc wódkę można było zrobić praktycznie ze wszystkiego, a to miało wesprzeć przemysłową produkcję. Podobne kryteria miały obowiązywać w Unii, ale rozpętała się "wódczana wojna". No bo co z takim spirytusem z buraków? Ostatecznie stanęło na tym, że można pędzić wódkę nawet i z bananów, ale trzeba to zaznaczyć na etykiecie. Jeśli alkohol ma się nazywać tylko "wódką", to musi być zrobiony z ziemniaków lub ze zbóż.

Sami Polacy wywalczyli jeszcze ustawową definicję polskiej wódki. Od 2013 roku nasze prawo mówi, że jest wyrabiana tylko z ziemniaków lub żyta, pszenicy, pszenżyta, owsa, jęczmienia uprawianych na terenie kraju. Poza tym powinna być destylowana właśnie cztery razy. To wszystko odróżnia ją od innych alkoholi wyrabianych np. z winogron.

To chyba dobrze?

- Z jednej strony to wpływa na rozpoznawalność marki polskiej wódki, a z drugiej sprawia, że ogrom wódek destylowanych w Polsce - jednokrotnie czy dwukrotnie - to nie są wódki polskie, ale napoje spirytusowe. Ale to nic, one wymagają po prostu innej opowieści - właśnie o rzemieślniczych metodach, bardziej złożonych aromatach, miejscu pochodzenia i składnikach. Ważne, by tłumaczyć ludziom, dlaczego te alkohole są ciekawe.

Obalasz stereotypy dotyczące picia wódki?

- W tym, że ludzie wciąż postrzegają wódkę jako mocny, niezbyt ciekawy alkohol, ja widzę szansę do opowiadania i uczenia. Przecież historia destylatów sięga aż starożytnej Grecji. W IV wieku p.n.e. o destylacji pisał Arystoteles, pierwsze dowody na jej przeprowadzanie pochodzą od greckich alchemików z I wieku n.e. Wtedy odparowywano i skraplano nie tylko alkohole, nawet wodę morską. W ramach eksperymentów starano się uzyskać esencję ze wszystkiego. Bo o to w destylacji chodzi - o wyciągnięcie istoty składnika.

Przez lata komunizmu wódka zyskała złą sławę. Kiedyś jednak to właśnie ona królowała w Polsce (fot. Ryan Bromley)

Historyczne ślady destylacji znajdziemy także w świecie arabskim, w Chinach - wszystkie cywilizacje miały swój sposób na napój alkoholowy. I trudno powiedzieć, czy technika destylacji rozprzestrzeniała się dzięki handlowi i podróżom, czy wytworzyła niezależnie, ale na różnych kontynentach rozwijała się mniej więcej w tym samym czasie.

W XIV wieku alchemia zaczęła się przeradzać w chemię. Później duży wkład w rozwój produkcji alkoholu miało dziedzictwo Medyceuszy, którzy w swoich "pokojach destylacyjnych" produkowali lecznicze wody, likiery i nalewki. Nie chodziło wówczas o to, by robić pyszne alkohole, ale by przyczynić się do dobra ludzkości, znajdując specyfiki na wszystkie bóle i uciążliwe choroby.

Alkohol w służbie zdrowia.

- Tak było! W Europie Północnej alkohol rozprzestrzenił się w ślad za wielkim pomorem, czyli epidemią dżumy. Wraz z czarną śmiercią przywędrowały rzekome lekarstwa, w tym także wszelkie mocne trunki. W Polsce napoje spirytusowe też na początku miały służyć celom medycznym, potem "narodziła się" wódka.

Jak to się stało?

- Zapewne ktoś zakradał się do spiżarni po łyk orzechówki pod pretekstem bólu brzucha.  Okazało się, że ta orzechówka jest po prostu smaczna i wprawiała go w dobry humor. Tak odkrył, że destylaty są fajne (śmiech). Trudno jest mówić o historii wódki, oddzielając ją od maceratów i aromatyzowanych destylatów. Najlepszym przykładem jest żubrówka, jedna z najstarszych wódek, przysmak polskiej szlachty. To Polacy jako pierwsi na świecie użyli też samego słowa "wódka". Nazwa pojawiła się w 1405 roku w sandomierskich dokumentach sądowych.

Najpopularniejsza jest wódka z ziemniaków?

- W świadomości Polaków tak, ale de facto to tylko 5 procent rynku. Dziś najczęściej używa się spirytusu zbożowego. Produkcja jest tańsza, zboże bardziej wydajne. Ziemniaki, a już zwłaszcza młode, mają niewiele skrobi, a to ona przecież w całym procesie zmienia się w alkohol. Z drugiej strony taka wódka z czerwcowego ziemniaka, destylowana jednokrotnie, ma o wiele więcej aromatów i nut smakowych. Spróbuj.

Wódka z czerwcowego ziemniaka ma o wiele więcej aromatów i nut smakowych niż ta produkowana ze zbóż (fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta)

No tak, pachnie ziemniakiem. Gładka i delikatna, lekko kwiatowa.

- Aż szkoda ją schładzać i zabijać ten aromat, można ją sączyć jak whisky. Obcokrajowcy, którzy do mnie wpadają, najczęściej się temu dziwią. Skoro dla wielu Polaków to jest odkrycie - tym bardziej jest nim dla kogoś z zagranicy. Zawsze wtedy opowiadam o całym procesie. O tym, że ziemniaki pochodzą z upraw położonych w pobliżu gorzelni, że na miejscu są ważone i sprawdzana jest zawartość skrobi, a potem się je myje, miażdży, paruje, po czym robi zacier i dodaje drożdże. Potem następuje fermentacja, a później destylacja. Powstały spirytus łączy się z wodą, aby uzyskać odpowiednie stężenie alkoholu.

Ważna jest też chyba odmiana ziemniaków.

- Oczywiście! Na przykład w Chopinie używa się ziemniaków odmian popularnych na Podlasiu - chodzi o to, by wódka w pełni oddała charakter regionu. W przypadku także produkowanego w Krzesku Młodego Ziemniaka są edycje z uprawianych tam odmian tajfun, dukat, denar czy vineta. Każdy rocznik jest inny, różni się smakiem i aromatem, mimo że proces produkcji jest identyczny. I tu pojawia się ciekawe pytanie: jak terroir wpływa na smak wódki? Okazuje się, że uwarunkowania klimatyczne i geologiczne są tu tak samo istotne jak przy wyrobie wina.

A drożdże?

- Dziś używa się klasycznego szczepu drożdży gorzelniczych - to akurat ujednoliciło się w przemyśle. Ale jeśli cofnąć się do przełomu XIX i XX wieku, czyli początku przemysłu gorzelniczego, to odkryjemy, że równie ważni jak gorzelnicy byli wytwórcy drożdży. To podział podobny jak we francuskiej sztuce piekarnictwa, gdzie kładzie się nacisk zarówno na mąkę, jak i na wybór odpowiednich drożdży do konkretnych wypieków. Zresztą na przykład w południowych Stanach przy produkcji bourbona to nadal bardzo ważna praktyka, nazwa szczepu drożdży jest pilnie strzeżona. W przypadku wódki ten zwyczaj zanikł i wszyscy używają mniej więcej tej samej odmiany, bo się sprawdza. To nie znaczy, że nie wolno eksperymentować - można używać drożdży browarniczych, a nawet piekarniczych, ale trzeba potem korygować smak, bo destylat wychodzi kwaśny.  Dam ci teraz jednokrotnie destylowaną żytnią, zobaczysz, jak inny ma smak od tej ziemniaczanej.

Zdaniem Ryana Bromley'a możemy być dumni z tego, jak różnorodne mamy w Polsce wódki i z tego, że wiemy, skąd pochodzą (fot. Ryan Bromley)

Lekko karmelowa, łagodna.

- Czuć też kwiatowe aromaty. Na świecie żytnią i pszeniczną kojarzy się głównie z Rosją. Wiąże się z tym zresztą ciekawa historia. W okresie zimnej wojny, podczas tak zwanej "debaty kuchennej" między wiceprezydentem Nixonem a Chruszczowem na moskiewskiej wystawie poświęconej Ameryce, panowie przerzucali się argumentami o wyższości jednego kraju nad drugim. Chruszczowa poczęstowano pepsi. Uwieczniono to na kilku zdjęciach, na czym zależało ówczesnemu szefowi firmy. Udało mu się wynegocjować kontrakt na produkcję pepsi w Związku Radzieckim. Deal dopięto ostatecznie dopiero w latach 70., ale najważniejsze jest jego drugie założenie - PepsiCo stało się dystrybutorem wódki Stolichnaya na rynkach zachodnich. Dlatego na świecie, a przede wszystkich w Ameryce, najbardziej znana wódka to ta z żyta i pszenicy. Przez długi czas globalni konsumenci kojarzyli tylko rosyjską wódkę. Dla mnie wódka produkowana w Polsce jest bardziej wyrafinowana w smaku przez to, że podchodzi się do niej z rzemieślniczym zacięciem. No i kultura picia jest trochę inna.

Lubisz te wszystkie nietypowe wódki.

- Lubię, bo mają ciekawy smak. Ja na wódkę patrzę jak na każdy inny alkohol. Chciałbym, żeby producenci z dumą opowiadali o miejscu, z którego pochodzą ich produkty. Dziś mało kto pokazuje swoją destylarnię, bo uważa się, że to nieistotne. Niektórzy producenci wódki nawet nie mają własnych destylarni. A ona jest bardzo ważna! Kiedy jeżdżę po Francji i szukam dobrego wina, chcę zobaczyć château, chcę wiedzieć, skąd to wino się bierze. I nikt się temu nie dziwi, w każdej broszurce reklamowej znajdę zdjęcie i informację o danej winnicy. Dlaczego nie miałoby być tak samo z producentami wódki i ich gorzelniami? Dlaczego mówi się o winiarzu, a o słynnych gorzelnikach jakoś nikt nie wspomina? Mam nadzieję, że dzięki ruchowi tak zwanych wódek rzemieślniczych to się zmieni. Wiem, że mają intensywny smak - albo się go lubi, albo nie. Na pewno jednak można docenić, że takie alkohole robią doświadczeni i zakręceni ludzie, jak np. Tadeusz Dorda, prekursor rzemieślniczej wódki w kraju, twórca właśnie Młodego Ziemniaka.

A jeśli ktoś po prostu lubi klasyczną schłodzoną wódkę, wielokrotnie destylowaną, o ostrym, ale obojętnym smaku (śmiech )?

- Na nią też jest miejsce! Ale porzućmy przekonanie, że wódka jest tylko do picia w szotach na imprezie. Skoro w restauracjach dobiera się wina do dań, czemu nie wpleść w menu również wódki? Przecież tak fantastycznie pasuje do polskich smaków! Wystarczy, że pojawiłaby się przy jednej potrawie i już wystarczająco podkreśliłaby charakter polskiej kuchni. Świetnie pasuje do wszystkich kiszonek, śledzi, wieprzowiny, wołowiny. Zróbmy miejsce na stole dla nowych pomysłów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Doktor Ryan Bromley. Kurator kulinarny, kucharz, badacz polityki żywnościowej i specjalista w badaniu roli zmysłów w sztuce i gastronomii. Były szef kuchni w Ambasadzie Wielkiej Brytanii w Polsce. Odwiedził najważniejsze instytucje zajmujące się sensoryką i gastronomią, m.in. Basque Culinary Center i Nordic Food Lab. Doktoryzował się w Oxford Brookes University, składając pracę pt. "Krytyczna ocena zmysłów chemicznych we współczesnej sztuce". Od wiosny tego roku prowadzi w Warszawie The Vodka Institute.

Olga Badowska. Dziennikarka kulinarna i redaktorka związana z magazynem "Usta". Współtwórczyni magazynu internetowego "Mlask", w którym pisze o szefach kuchni. Studiowała kulturoznawstwo, prowadziła klub kolacyjny na Saskiej Kępie, robiła performansy kulinarne w Polsce i za granicą. Namiętnie kolekcjonuje książki kucharskie, zwłaszcza te stare i dziwne. Eksploruje wszystko, co związane z antropologią jedzenia, zbiera owoce w warszawskich parkach, uwielbia karmić i być karmioną przez ludzi z pasją.