Społeczeństwo
Lekcja historii w szkole (fot. Jarosław Kubalski/AG)
Lekcja historii w szkole (fot. Jarosław Kubalski/AG)

Czego od 1 września będą się uczyć dzieci na lekcjach historii? I drugie, dzisiaj równie ważne pytanie - czego nie będą się uczyć?

- To zależy, które dzieci i w której szkole. Jedne będą kontynuować program gimnazjum. Inne pójdą do 7 klasy podstawówki. Ale wszystkie będą się uczyć według niezmiennej od lat zasady - od mamuta do Bieruta.

Wyjaśnijmy.

- Zmieniła się podstawa programowa, ale nie zasada uczenia historii. Będzie chronologicznie i politycznie. Program dotyczący historii współczesnej został nawet rozbudowany. A wiesz, co to oznacza w praktyce na poziomie liceum? Że na tę współczesność po prostu zabraknie czasu.

Czyli szkoły wypuszczą kolejne roczniki młodych ludzi, którzy współczesnej rzeczywistości społeczno-polityczno-gospodarczej nie będą znać - i nie będą rozumieć.

- Co gorsza, nowa podstawa programowa odziedziczyła po poprzednich jeszcze dwie charakterystyczne cechy - polskocentryczność i europocentryczność. To, czego uczniowie naprawdę nie będą wiedzieli, to tego, jak wygląda świat.

Stany Zjednoczone, Ameryka Łacińska, Bliski i Daleki Wschód i Chiny, Afryka...

- Właśnie. Są trzy miejsca w nowej podstawie programowej z historii, w których pojawiają się informacje dotyczące reszty świata.

Lekcja angielskiego w SP nr 7 w Legionowie im. VII obwodu AK 'Obroża' (fot. Mateusz Baj/AG) ()

Tylko trzy?

- No, może cztery. Pierwsze wzmianka o świecie pojawia w starożytności, gdy w dość wybiórczy sposób omawia się np. Sumerów, Babilon, Egipt. Po raz drugi w ramach historii średniowiecza - gdy pojawiają się Bizancjum i islam. Po raz trzeci świat staje się tematem lekcji, gdy Europejczycy go kolonizują. A po raz czwarty w okresie dekolonizacji. Zresztą dość dziwnie ujętej.

To znaczy?

- W punkcie dotyczącym dekolonizacji projekt podstawy do liceum mówi, że ocena następstw tego procesu ma zostać dokonana, cytuję, "z uwzględnieniem przykładów zbrodni ludobójstwa".  

Czyli trzy dekady budowy państw afrykańskich gdzieś zniknęły?

- Dokładnie. Razem z modernizacją i Ruchem Państw Niezaangażowanych. Taka organizacja nauki oznacza przyjęcie specyficznego punktu widzenia. Europocentryczna podstawa programowa nie daje przestrzeni, by pokazać znaczenie innych kultur dla kultury europejskiej. W efekcie przedstawia kulturę Starego Kontynentu jako dominującą. A do tego uczniowie i uczennice poznają tak naprawdę tylko historię wyższych warstw społecznych Europy.

Których?

- Dzieci będą się uczyć o władcach, szlachcie, wojsku. Historii ludowej, historii społecznej, nie ma w podstawie programowej w ogóle. Na takie tematy, jak życie codzienne miejsce jest w zasadzie tylko w średniowieczu. Najwyraźniej to taka epoka, gdy jeszcze można opowiadać dzieciom o tym, co twórcy podstawy uważają za bajki, a co ja uważam za jeden z fundamentów uczenia historii w szkole. Później jest już tylko tak zwana "poważna" polityka. Nie ma miejsca na pokazanie położenia i sposobu życia zwykłych ludzi. Uwłaszczenie chłopów się pojawia, ale wcześniej niemal nic o ich sytuacji nie ma. To jest radykalnie spłaszczona wizja historii.

A wiek XX i później?

- Podam jeden przykład, ale żeby to zrobić, muszę cofnąć się o ponad 100 lat. Otóż w podstawie programowej w XIX wieku nie pojawia się w ogóle pojęcie "komunizm".

Jak to?

- Pojawia się pojęcie "socjalizm". Ale "nie ma" czegoś takiego jak komunizm. Pojawia się później, jako słowo-klucz organizujące historię najnowszą - ten nasz zły PRL. To właśnie brak historii społecznej i gospodarczej powoduje, że nie zostaje wyjaśnione: skąd ten komunizm się wziął i po co. O co jego zwolennicy walczyli. I tak dalej.

Multimedialna lekcja matematyki w szkole w Jarocinie (fot. Łukasz Ogrodowczyk/AG) ()

A jaki rodzaj patriotyzmu będą teraz wpajać w naszej szkole? Ten bitewny czy ten codzienny? Czy może - najmądrzej - coś pośrodku?

- Otwórz na komputerze dokument z podstawą programową - każdą, nie tylko z historii - i wpisz w wyszukiwarkę słowo "naród". Szybko odechce ci się liczyć, ile razy wyskoczyło. Nie w samej liście zagadnień, tylko w części mówiącej o ogólnych celach nauczania poszczególnych przedmiotów, w tym oczywiście historii. Naród wyskakuje z każdego zdania. To już nawet nie chodzi o model patriotyzmu. Tu chodzi o to, że nadużywamy bardzo młodego pojęcia - bo pojęcie narodu tak, jak je rozumiemy dziś, powstało w XIX wieku. A ludzie szybko przeszli od jego romantycznego rozumienia: wolnych narodów zjednoczonych w swoim braterstwie we wspólnej walce z tyranią - do rozumienia narodów jako grup skazanych na wrogość. To jest koncepcja narodu, którą dziedziczymy. Nie nadaje się na główne hasło wokół którego jest zorganizowane myślenie o podstawie programowej nauki historii. Przykład: Zagłada. Jeżeli rozumiemy historię wyłącznie w kategoriach narodowych, to historia Zagłady nie byłaby częścią historii Polski, tylko "jakichś ludzi, którzy tu żyli, ale nie są nami, Polakami".

A tożsamość lokalna? Społeczna?

- Ona w tej podstawie programowej jest - na poziomie deklaracji. Przy tak naładowanym programie na fajną pracę badawczą, pokazującą, jak lokalna historia wiąże się z wielką historią świata, nie ma czasu.

W czwartej klasie podstawówki historii powszechnej w ogóle ma nie być. Będzie tylko historia Polski, poznawana przez biografie ponad dwudziestu ważnych dla Polski postaci historycznych. Co to będą za postacie i ile wśród nich będzie kobiet?

- Kobiet będzie więcej niż w poprzedniej podstawie. Były trzy, będą cztery. Księżna Dobrawa, królowa Jadwiga, Maria Skłodowska-Curie. Z kobiet XX wieku jest Inka.

Inka?

- W ramach wprowadzania Żołnierzy Wyklętych. W ogóle sprawdź, ilu na tej liście jest żołnierzy.

Społeczna szkoła podstawowa w Toruniu, lekcja w kl. I B (fot. Mikołaj Kuraś/AG) ()

Co najmniej dziesięciu plus ich armie. Plus Inka.

- A ilu władców?

Pięciu. Plus papież.

- I do tego anonimowo ujęci "bohaterowie Solidarności". Nie ma wymienionego z nazwiska Lecha Wałęsy ani Anny Walentynowicz. Chytrze ujęte, bo nauczyciel może sobie pozwolić na szeroką interpretację tego tematu. Jedyne postacie, które zajmują się nauką, to Kopernik i Skłodowska-Curie. Jest też Gdynia i Eugeniusz Kwiatkowski, czyli niby jest postęp i modernizacja. A ja sobie przypominam artykuł Antoniego Słonimskiego z lat 30., który był tak naprawdę o narastaniu faszyzmu w Polsce. Słonimski napisał, że wszyscy mają mu za złe, że ciągle krytykuje, a przecież Gdynia się rozbudowuje. W związku z tym on będzie dalej krytykował, ale będzie dopisywał wszędzie "mimo, że Gdynia się rozbudowuje".

I to samo mamy w naszej podstawie. Nadal dominują żołnierze, mimo, że Gdynia się rozbudowuje. Tymczasem moje doświadczenie nauczycielskie mówi mi, że "zahaczką", dzięki której mogę przyciągnąć uwagę moich uczniów i uczennic, jest właśnie życie codzienne ludzi na przestrzeni wieków. Pokazywanie, z jakimi problemami zmagali się ich przodkowie, i że czasem znajdowali dla nich całkiem inne rozwiązania, niż my.

Zamiast tego dostajemy tradycyjny poczet bitew i bohaterów.

- Nieodróżnialnych od siebie. Jeżeli nie wytłumaczymy uczniom, że ludzie w średniowieczu inaczej żyli i w związku z tym musieli inaczej myśleć, że inaczej funkcjonuje się w świecie, w którym nie ma światła elektrycznego, a maksymalna możliwa prędkość to prędkość konia pędzącego po dobrej drodze, to żadna bitwa nie nauczy nas rozumienia, dlaczego jedni ludzie postępują tak, a inni inaczej. I o co im w tej bitwie poszło.

I w tym momencie historia robi się nudna i trzeba ją wkuwać.

- I jak tak powkuwamy bezrefleksyjnie, to rzeczywiście potem łatwo będzie uwierzyć, że od dwóch tysięcy lat chodziło zawsze i przede wszystkim o Polskę. Mieszkowi, Piastom, Trauguttowi i tak dalej. Szkolna wiedza jest podawana jako taka, która nie wiadomo skąd się wzięła, ale musimy ją sobie przyswoić i można co najwyżej dokonywać jakichś ocen postaci historycznych albo wyjaśniać przyczyny i wskazywać skutki. Podstawa oczywiście wielokrotnie mówi, że należy używać tekstów źródłowych, nie mówi kiedy i jak, ale mówi. Natomiast tego, że historia to jest żywa, rozwijająca się dziedzina wiedzy, że stan tej wiedzy się zmienia - tej refleksji nad nauką historii w podstawie programowej ma w ogóle!

Lekcja w SP nr, 149 w Łodzi (fot. Małgorzata Kujawka/AG) ()

Załóżmy, że uda się tę lekcję współczesnej historii poprowadzić. Prowadzisz ją ty. Na co kładziesz nacisk?

- Mnie interesuje historia globalna. Jak mówię o zimnej wojnie - to w kontekście dekolonizacji i wpływu ZSRR na kraje uwalniającej się z kleszczy kolonializmu. Jak o  rozwoju - to o latach 60. i 70. , kiedy istniała ta, zabita i zniszczona obecnie, obietnica gigantycznego postępu i modernizacji. Opowiadam o feminizmie, o ekologii, o zmianach klimatycznych - to wszystko, co zaważy na naszej przyszłości. A jeśli chodzi o historię Polski - to kładę nacisk na historię ludową. Przecież "Solidarność" to był ruch robotniczy. Jaką miał strukturę? Jakim językiem opisywał świat? Co się z tym ruchem robotniczym stało?

Zamiast tego w programie będziesz miała żołnierzy, w tym Wyklętych. Oczywiście to, w jaki sposób to zagadnienie się przedstawi, zależy od indywidualnych nauczycieli.

- W podstawie do podstawówki mamy charakterystyczne zapisy: o dumie narodowej i przyświecającej nam, Polakom, przez całą naszą historię, idei wolności. Co jest "zabawne" zwłaszcza w obliczu braku w podstawie historii chłopów na ziemiach polskich.

Lekcja historii z elementami rekonstrukcji strajku w Stoczni Szczecińskiej (fot. Cezary Aszkiełowicz/AG) ()

Wolność jest postrzegana wyłącznie jako wolność polityczna narodu?

- Trudno powiedzieć. Historia Polski jest "owinięta" wokół idei wolności. Nieważne, że ta wolność części społeczeństwa była oparta na poddaństwie innej części i bazowała na półniewolnictwie.

Większość zagadnień, które są w podstawie do historii, opisano technicznym, konkretnym językiem. Równocześnie jednak, jak wspominałam, w podstawie jest też część, która mówi, po co w ogóle należy uczyć. I tam właśnie najwięcej jest o wolności, godności, narodzie, patriotyzmie, dumie narodowej - bez wyjaśnień, co stoi za tymi pojęciami. Gdy każda nauczycielka w każdej szkole w Polsce te pompatyczne słowa wypełni sobie taką treścią, jaką będzie chciała - to mogą wyjść najróżniejsze rzeczy.

Bardzo wyraźnie zresztą widać, że istnieje pula bardzo interesującej wiedzy, która jest od razu przerzucana na poziom rozszerzony. Pula, co do której - wciąż anonimowi, nie wiemy, kim są - autorzy i autorki podstawy programowej - uznali, że zastrzegą ją tylko dla osób głębiej zainteresowanych historią. I od razu rodzi się pytanie: dlaczego akurat te, a nie inne zagadnienia, uznane zostały za trudne i przeznaczone tylko dla poziomu rozszerzonego.

Innymi słowy: dlaczego uznano, że dzieci nie dorosły do niektórych tematów?

- Właśnie. Z jednej strony zakładamy, że dzieci są pustymi naczyniami, w które trzeba wlać wiedzę. Z drugiej strony arbitralnie decydujemy, że część wiedzy jest dla nich za trudna.

Społeczna szkoła podstawowa w Toruniu, lekcja w kl. I B (fot. Mikołaj Kuraś/AG) ()

Anna Dzierzgowska. Nauczycielka historii w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, feministka. Współzałożycielka Społecznego Monitora Edukacji , współautorka kilku raportów dotyczących edukacji i materiałów edukacyjnych, przygotowywanych przez Fundację Feminoteka.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.