To, jak naprawdę są traktowane kobiety, które po urodzeniu dziecka wracają do pracy, dotarło do mnie po raz pierwszy, kiedy w takiej sytuacji znalazły się dwie moje koleżanki. Pracowałyśmy wtedy w magazynie kobiecym. Dużo się tam mówiło o równouprawnieniu, wspieraniu matek, pomocy kobietom. Jedną koleżankę, która planowała zajście w ciążę i urodzenie dziecka, szef namówił na przejście z etatu na samozatrudnienie. Tłumaczył to wyższymi comiesięcznymi stawkami jej przyszłego zasiłku macierzyńskiego. Posłuchała, a będąc w ciąży - wyszkoliła jeszcze swoją podwładną i zdradziła jej całe know how, ponieważ była szefową działu. Po czym, kiedy po macierzyńskim wróciła do redakcji - szef rozwiązał z nią umowę i oznajmił, że nie ma już powrotu na swoje stanowisko. Jej bezdzietna koleżanka została szefem działu, a żadnego innego stanowiska dla niej nie widział.
Obie stanęły przed wyborem: pójść do sądu i walczyć o swoje prawa, ale być spalone w środowisku (osoby pracujące w mediach w większości się znają), albo pogodzić się z tym faktem. Jedna wybrała poszukiwanie nowego zajęcia, a druga szybko zaszła w kolejną ciążę i nie pojawiała się zbyt często w redakcji.
Znam wiele podobnych historii. I wiem, że my, kobiety, często jesteśmy zwalniane po urodzeniu dzieci, a czasem dyskryminowane już w okresie ciąży. W naszym kraju matka jest automatycznie uznawana za gorszy sort pracownika. A te historie są tego dowodem. Na prośbę wszystkich bohaterek zmieniłam ich imiona.
Joanna, firma produkująca żywność dla dzieci i niemowląt
Wielka korporacja, tytuł firmy roku dla najlepszego miejsca pracy, przyjaznego kobiecie i matce - taką opinię ma były pracodawca Joanny. Ona, matka trzylatki, po trzech latach pracy na kierowniczym stanowisku i osiąganiu tak zwanych wyników, zaszła w ciążę. Do pracy chciała wrócić po roku, wykorzystując urlop macierzyński. Kazano jej jeszcze wziąć cały zaległy urlop wypoczynkowy, więc finalnie w pracy stawiła się po roku i czterech miesiącach.
- W tym samym czasie do pracy wróciła także moja koleżanka, też po urlopie macierzyńskim. Trafiłyśmy do innego działu niż ten, w którym pracowałyśmy wcześniej. Nasze stanowiska były zupełnie "wymyślone" - pensja była ta sama, ale nie dostałam zakresu obowiązków, informacji, co mam robić, z czego będę rozliczana. Przez miesiąc dopytywałam szefa, za co jestem odpowiedzialna, ale on się śmiał: "Nie masz się czym zajmować - idź do dzieci". Zresztą dla całego zespołu byłyśmy powodem do żartów. Także dlatego, że byłyśmy najstarsze w firmie - większość osób miała ok. 15 lat mniej. Wszyscy - oprócz nas - byli zapraszani na zebrania. A my miałyśmy później osobne spotkania z przełożonymi, więc i z tego powodu stałyśmy się źródłem drwin i docinków - opowiada.
Joanna miała wrażenie, że cała sytuacja jest niedorzeczna, ale czuła, że jest pozbawiona alternatywy: dwójka małych dzieci, kredyt i wszystkie wydatki, które dotyczą przeciętnej matki Polki, sprawiały, że musiała walczyć. - Dostałam zadanie, niemal niewykonalne, które jednak zrobiłam, bo wychodzę z założenia, że jak człowiek chce, to i zupę z gwoździa ugotuje! Po pół roku pracy szef zadał mi pytanie, czy uważam, że ktoś taki jak ja jest w firmie potrzebny i czy sama bym siebie zatrudniła? - opowiada. Domyślała się, że za chwilę dostanie wypowiedzenie i się nie myliła. Ale zaczęło się od wręczenia papierka jej koleżance z działu. Mamie trójki dzieci, przed czterdziestką. Następnie do pokoju szefa zaproszono Joannę. Był tam już prawnik.
- Usłyszałam, że nie wywiązałam się z obowiązków i że redukują moje stanowisko, ale przysługuje mi odprawa. Powiedziałam, że po pierwsze, nie miałam zakresu obowiązków, więc nie rozumiem, w jaki sposób się z nich nie wywiązywałam. A po drugie, że szef zlecił mi wykonanie trzech projektów, a ja zrobiłam pięć - wspomina Joanna. - Byłam świadoma, że mogłabym złożyć pozew do sądu i sprawę wygrać, ale zamknięto mi usta klauzulą poufności, po podpisaniu której nie miałam prawa ani mówić o obiektywnych, ani o subiektywnych powodach zwolnienia. Kiedy masz dzieci, musisz je wykarmić, utrzymać dom, rodzinę, to nie masz siły walczyć. I oni - pracodawcy - to wykorzystują. Nie pójdziesz do sądu, bo boisz się, że nigdzie więcej w środowisku cię już nie zatrudnią. Nie będziesz walczyć, bo zamiast tracić na to czas i środki, wolisz znaleźć nową pracę, żeby utrzymać rodzinę.
"Przyjazna matkom" korporacja wcieliła program poszukiwania pracy dla Joanny i jej koleżanki. Zaproponowano, że mogą chodzić na kursy doszkalające, uczyć się pisania CV w prawidłowy sposób. Obie zwolniono po pół roku od powrotu do pracy i obie miały czuć się przez firmę "zaopiekowane".
- Dziś wiem, że niepotrzebnie podpisałam klauzulę poufności. Dopiero później prawnik powiedział mi, że nie powinnam była, bo zamknęłam sobie drogę, żeby cokolwiek zyskać w związku z całym zajściem. Ale proponowano mi wtedy odprawę w wysokości kilku pensji - mówi Joanna. - Najsmutniejsze jest to, że prawie wszystkie moje koleżanki - z tej firmy i z innych - również zostały po urodzeniu dzieci zwolnione. Korporacja surowo karze za urodzenie dzieci.
Joanna ciężko odchorowała całą tę sytuację, choć przecież znała już wtedy podobne historie innych kobiet. Decyzji o dzieciach nie żałuje, ale ma świadomość, że kilka lat przerwy związanej z ich urodzeniem zaważyło na tym, że później bardzo trudno było jej wrócić na podobne, równie wysokie stanowisko. - Dziś zarabiam mniej i pracuję mniej, ale we własnej firmie. Obiecałam sobie, że nikt już mnie nie będzie poniżał, nikt mnie nie zwolni ani nikt mnie nie będzie karał za to, że ośmieliłam się być matką - podsumowuje Joanna.
Paulina Dzierżak, adwokat Prawo pracy gwarantuje zachowanie identycznych warunków pracy pracownicy, która wraca po urlopie macierzyńskim. Pracodawca narusza przepisy prawa, jeśli nie dopuszcza jej do pracy na dotychczasowym stanowisku, albo - jeśli nie jest to możliwe - nie proponuje jej stanowiska równorzędnego lub innego odpowiadającego jej kwalifikacjom zawodowym. W każdym z tych przypadków pracodawca ma obowiązek zapewnić pracownicy wynagrodzenie, jakie otrzymywałaby, gdyby nie korzystała z urlopu. Jednocześnie pracownicy, która wraca do pracy po urlopie macierzyńskim, nie przysługuje szczególny okres ochronny przed zwolnieniem (wyjątkiem jest sytuacja, gdy zdecyduje się ona na obniżenie wymiaru czasu pracy - wtedy jest ona chroniona dodatkowo przez maksymalnie 12 miesięcy). Jeśli kobieta uważa, że prawdziwym powodem wypowiedzenia umowy o pracę jest jej ciąża i fakt, że przebywała na urlopie macierzyńskim, może postawić pracodawcy zarzut dyskryminacji ze względu na płeć oraz skorzystać z przysługujących jej uprawnień związanych z rodzicielstwem. Ma prawo złożyć odwołanie od wypowiedzenia umowy o pracę do sądu pracy w terminie 21 dni od jego doręczenia.
Marzena, firma farmaceutyczna
Kiedy Marzena zaszła w ciążę, nie poszła na zwolnienie lekarskie. Jest osobą, która daje z siebie wszystko. Jak się okazuje, nie miało to w tym przypadku znaczenia.
- Przez cztery lata pracowałam na etacie, na stanowisku specjalisty ds. public relations. Nasz dział liczył cztery osoby (trzech PR-owców i szefowa). Wtedy urlop macierzyński trwał 26 tygodni. Kiedy dobiegał końca, chciałam porozmawiać o kilku miesiącach urlopu wychowawczego, bo zamierzałam zostać w domu do pierwszych urodzin synka. Umówiłam się więc z moją szefową, która zresztą wcześniej była moją koleżanką. Przyszłam z synkiem. Sytuacja była wręcz groteskowa. Szefowa nawet nie chciała wejść ze mną sam na sam do sali konferencyjnej, bo - jak powiedziała - "wszystko musi być oficjalnie". Z dzieckiem na rękach czekałam przed tą salą, aż przyjdzie osoba z HR. A potem usłyszałam, że nasza firma przeszła wiele zmian, były zwolnienia i że moje stanowisko zostało zredukowane.
Nie było o czym rozmawiać. Marzenie wręczono wypowiedzenie. I szefowa, i osoba z HR były miłe, ale stanowcze. Marzena z kolei czuła się rozczarowana, bo wydawało jej się, że jest dobrym pracownikiem, szefowie także okazywali zadowolenie z tego, co robi. Skonsultowała się z prawnikiem, który powiedział, że jeśli dochodzi do likwidacji stanowiska, to nie da się nic zrobić. Zaproponowano jej odprawę pod warunkiem, że podpisze tzw. porozumienie stron. Marzena została więc w domu z dzieckiem i poczuciem, że wszystko, co robiła dotychczas w pracy, nie zostało docenione. Bo jak się okazało, nie do końca było tak, że to właśnie jej etat był zbędny.
- Później się zorientowałam, że w firmie funkcjonowały jeszcze dwa takie same stanowiska jak to moje. Mnie po prostu łatwiej było zwolnić. Moje obowiązki przejęła szefowa z pomocą stażystki - mówi Marzena. - Pytałam, czy nie ma szansy na to, że przez pół roku, które i tak chciałam spędzić z dzieckiem, coś się w firmie zmieni. Usłyszałam, że raczej nie. Dostałam propozycję nie do odrzucenia i tak się skończyła moja przygoda z korporacją. Wtedy byłam wściekła i rozczarowana, ale z perspektywy czasu uważam, że stało się najlepiej, jak mogło. Kiedyś nie wyobrażałam sobie nawet pracy na własny rachunek i pewnie gdyby nie decyzja firmy, sama nie poszłabym "na swoje".
Dziś Marzena prowadzi własną firmę PR. Raz zarabia mniej, innym razem więcej, ale ma pewność, że żadna koleżanka-szefowa nie podziękuje jej za współpracę. W czasie, kiedy stawiała pierwsze kroki we własnej firmie, znów zaszła w ciążę i urodziła córeczkę. Nie żałuje niczego.
Paulina Dzierżak, adwokat W niektórych przypadkach pracodawca ma prawo wypowiedzieć umowę o pracę pracownicy, która wróciła z urlopu macierzyńskiego. Zwolnienie może być uzasadnione np. zmianami organizacyjnymi lub likwidacją stanowiska pracy. Przyczyna wypowiedzenia powinna być jednak prawdziwa i konkretna. Istotne jest, że pracodawca jest w mniej korzystnej sytuacji, ponieważ w sądzie to on będzie musiał udowodnić, że rzeczywiście istniały uzasadnione przyczyny zwolnienia, a nie miały one charakteru dyskryminacyjnego. Pracodawca będzie musiał zatem wykazać np., że pracownica nie wywiązywała się ze swoich obowiązków albo jej stanowisko faktycznie zostało zlikwidowane. Wypowiedzenie umowy o pracę będzie możliwe do podważenia w szczególności, gdy pracodawca powołał się na likwidację stanowiska pracy jako przyczynę zwolnienia, jeśli na miejsce zwolnionej pracownicy została zatrudniona inna osoba.
Kasia, branża filmowa
Ta historia wydarzyła się w niewielkiej firmie, która zajmowała się przygotowywaniem jednego z największych w Polsce festiwali filmowych. Kasia pracowała tam pół roku i zaszła w ciążę, która nie była ani zaplanowana, ani, jak mówi, "zrobiona specjalnie", żeby wykorzystać pracodawcę. Zdarzyła się i już.
- Chciałam wykorzystać cały, trwający wówczas sześć miesięcy, urlop macierzyński, a także urlop wypoczynkowy, i wrócić do pracy. Niestety, dwa miesiące przed końcem wolnego zmarła nagle moja mama. To ona miała zająć się Antkiem po moim powrocie do pracy. Próbowałam załatwić żłobek, ale nie miałam szansy, więc w desperacji, po rozmowie z szefostwem, złożyłam wniosek o pół roku urlopu wychowawczego. Ze względu na charakter pracy duże znaczenie miało to, kiedy wrócę, żeby zapewnić w miarę sprawną pracę podczas festiwalu. Byłam więc w ciągłym kontakcie z pracodawcą - opowiada.
Wydawało jej się, że jeśli postarała się załatwić wszystko zgodnie z zasadami fair play, tak samo zachowa się pracodawca. I na to wyglądało, bo pokazano jej nawet biurko, przy którym będzie siedzieć po powrocie. Próbowała się też umówić z prezesem, aby porozmawiać o nowych obowiązkach i jej pomysłach, ale twierdził, że nie ma czasu. W końcu nadszedł pierwszy po przerwie dzień pracy.
- Kręciłam się bez sensu przez jakieś dwie godziny, po czym zaproszono mnie na rozmowę, na której byli prezes i kadrowa. Było bardzo nieprzyjemnie. Wręczono mi rozwiązanie umowy o pracę z zachowaniem okresu wypowiedzenia. W rozmowie próbowano udowodnić moją winę. Oskarżono mnie o zaniedbania w działaniach, za które nie ja byłam odpowiedzialna, m.in. za to, że nie wystawiłam faktur - co nie należało do moich obowiązków. Byłam w totalnym szoku. Zupełnie się tego nie spodziewałam - opowiada Kasia.
Kasia chciała złożyć pozew do sądu. Nawet skontaktowała się z prawnikami. Ale odezwała się do niej znajoma z propozycją pracy. Postanowiła więc zamknąć tamten etap, nie rozpamiętywać go i podjąć się nowego zajęcia.
- Wiem, że mój były szef miał wiele podobnych doświadczeń z pracownikami i współpracownikami i kilka spraw skończyło się w sądzie. Jest dość specyficznym typem człowieka i pracodawcy - twierdzi Kasia. - Choć byłam zatrudniona na etat, na czas nieokreślony, nie zaproponowano mi odprawy. Próbowano za to wyrobić we mnie przekonanie, że zwolnienie to moja wina. Nikt wówczas nie pamiętał, że nawet w ciąży pracowałam w delegacji przez 18 dni z rzędu. Że pracowałam w weekendy i wieczorami, na przykład nadzorując przyjęcia podczas festiwalu, choć to nie należało do moich obowiązków. Że angażowałam się w sprawy firmy i byłam w kontakcie z pracodawcą nawet podczas macierzyńskiego czy wychowawczego.
Dziś, po urodzeniu drugiego dziecka, znów wraca do pracy. Tym razem wie, że ma do czego wracać.
Paulina Dzierżak, adwokat: W przypadku wadliwego wypowiedzenia umowy o pracę na czas nieokreślony pracownica może żądać przywrócenia do pracy na poprzednich warunkach. Jeżeli jednak nie wyobraża sobie kontynuowania pracy u dotychczasowego pracodawcy, zamiast powrotu może żądać odszkodowania. Kodeks pracy przewiduje granice wysokości takiego odszkodowania - przysługuje ono w wysokości wynagrodzenia za okres od 2 tygodni do 3 miesięcy, jednak nie niższej od wynagrodzenia za okres wypowiedzenia - mówi.
Marysia, magazyn dla kobiet
Marysia przez lata pracowała w najlepszych miesięcznikach i tygodnikach kolorowych w Polsce. Awansowała na szefową działu, a potem na stanowisko zastępcy redaktor naczelnej. Zaszła w drugą ciążę, ale pracowała tak długo, jak tylko zdrowie jej pozwoliło. W przeciwieństwie do pierwszej ciąży, w której czuła się bardzo źle i większość czasu przeleżała w łóżku, teraz była w stanie góry przenosić. Wykorzystała więc swoją energię dla firmy i na zwolnienie poszła na dwa tygodnie przed terminem porodu.
- O tym, że będą cięcia w wydawnictwie, dowiedziałam się na cztery miesiące przed planowanym powrotem do pracy - opowiada. - Chciałam wrócić, gdy syn skończy rok. Urlopu wypoczynkowego nie miałam w planie wykorzystywać, tylko brać po kilka dni wolnego albo przedłużać sobie weekendy, żeby spędzać je z rodziną.
Taki był plan. Ale do Marysi zaczęły docierać informacje, że nie ma do czego wracać. Postanowiła więc wykorzystać jeszcze dwa miesiące urlopu wypoczynkowego, bo już nie była pewna, czy zachowa stanowisko. Kiedy zadzwoniła do pracy, mówiąc: "hej, jutro przychodzę", usłyszała, że nie bardzo ma gdzie siedzieć, bo nie ma już jej biurka. Ale jednocześnie zaproszono ją na okresowe badania kontrolne, którym poddawani są pracownicy po długiej nieobecności w firmie (m.in. kobiety po macierzyńskim). I to uśpiło jej czujność.
- Poszłam do kadr zanieść papiery od lekarza medycyny pracy i za chwilę zostałam wezwana do gabinetu redaktor naczelnej, która wręczyła mi wypowiedzenie. I tak zachowała się w porządku, bo powiedziała, że zamiast trzech miesięcy wypowiedzenia skróci mi je do miesiąca, nie będę musiała przychodzić do redakcji, a odprawę dostanę i za te trzy miesiące, i z tytułu redukcji stanowiska. I rzeczywiście tak się stało - opowiada Marysia.
Nikogo nie obwinia o zwolnienie. W wydawnictwie, w którym pracowała, zaczęły się po prostu cięcia etatów (które trwają do tej pory) i została jedną z ofiar tej sytuacji. Nie była to sprawa personalna. Ale nie zaproponowano jej niczego w zamian. Nie miała szans na powrót na niepełny etat. Zaczęła pracę jako freelancer, spędza znacznie więcej czasu z dziećmi niż przed komputerem. Finansowo bywa różnie, ale wszelkie propozycje powrotu do stałej pracy póki co odrzuca.
Z danych ZUS wynika, że na urlopie macierzyńskim w okresie styczeń-luty 2017 było 315 tys. osób, z czego 285 tys. kobiet i 30 tys. mężczyzn. Urlop podstawowy (6 miesięcy) wykorzystało 142,3 tys. kobiet, 2,6 tys. mężczyzn, dodatkowy urlop macierzyński 2,1 tys. kobiet i ani jeden mężczyzna, urlop ojcowski 26,6 tys. mężczyzn, a rodzicielski 186,8 tys. kobiet i 1,5 tys. mężczyzn.
Maciej, informatyk w dużej korporacji
Na deser historia Maćka, który jest informatykiem i młodym tatą. Postanowił wesprzeć swoją żonę w powrocie do pracy po urodzeniu dziecka. Ola wróciła na swoje kierownicze stanowisko po 9 miesiącach macierzyńskiego, a Maciej wykorzystał przysługujący mu zgodnie z ustawą urlop tacierzyński, w wymiarze trzech miesięcy. Oczywiście kilka miesięcy wcześniej uzgodnił ten fakt z przełożonym. I był zapewniany, że to nie jest problem, bo szef bardzo go szanuje jako pracownika i zależy mu na jego powrocie.
- Jakiś czas po moim powrocie z tacierzyńskiego, na kilka dni wyjechaliśmy z rodziną do Kazimierza Wielkiego. Kiedy wychodziliśmy z jednej z miejscowych kawiarni, szef do mnie zadzwonił. Z tonu wnioskowałem, że ciężko mu to mówić, ale przekazał, że decyzją zarządu nie zostanie mi przedłużona umowa. Kiedy się zapytałem o powody, powiedział, że zarząd stwierdził, że nie potrzeba dwóch takich samych koordynatorów i postanowił jedno stanowisko zlikwidować. Kiedy zapytałem szefa, czy to było z nim uzgadniane, odparł, że nie, i dodał, że jego zdaniem musi być dwóch koordynatorów, żeby projekt miał sens - opowiada Maciej.
Postanowił porozmawiać z prezesem. Zapytał, czy ma do jego pracy jakieś merytoryczne uwagi. - Prezes zaprzeczył, ale poinformował mnie, że rozmawiał z dwoma kierownikami innych działów (kompletnie niezwiązanych z moim), którzy uważają, że dwóch koordynatorów to za dużo. I wtedy już mi całkiem ręce opadły. Powstrzymywałem się, żeby nie parsknąć śmiechem. Tajemnicą poliszynela był fakt, że mnie zwolniono, bo miałem czelność wziąć urlop rodzicielski. Cała firma o tym mówiła i się temu dziwiła - mówi Maciej.
Jak widać, płeć czasami nie ma znaczenia. Chodzi o zasadę.
Paulina Dzierżak, adwokat Nawet w przypadku, gdy pracodawca nie wręczył pracownicy wypowiedzenia, ale nakłonił ją do podpisania porozumienia o rozwiązaniu umowy o pracę, droga do dochodzenia praw przez pracownicę nie jest zamknięta. Czasem możliwe będzie kwestionowanie takiego porozumienia, np. w sytuacji, gdy pracodawca doprowadził do zawarcia z pracownicą porozumienia przez podstępne wprowadzenie jej w błąd albo przez groźbę. Pracownica może w takim przypadku uchylić się od skutków prawnych złożonego przez nią oświadczenia woli. Mowa na przykład o sytuacji, w której pracodawca zaszantażował pracownicę, że w przypadku niepodpisania porozumienia zwolni ją dyscyplinarnie, choć był świadomy, że brak jest powodów do takiego zwolnienia.
Niewiele kobiet (i mężczyzn) decyduje się na walkę z pracodawcą w sądzie. Szkoda, bo matka to pełnoprawny i pełnowartościowy pracownik. Ma prawo do szacunku i wsparcia. Wychowanie dzieci to nie urlop pod palmami, więc rzucanie pracującej mamie kłód pod nogi jest wielce niesprawiedliwe. A niestety - powszechne.
Maria Kowalczyk. 34 lata, mama dwójki dzieci: 1,5 rocznej Bianki i 5,5 rocznego Teodora. Dziennikarka internetowa i prasowa, pracowała w magazynach takich jak "Glamour", "Twój Styl" i "Elle", w których pisała o zdrowiu i urodzie. Prowadziła dział Styl w natemat.pl. Dziś freelancerka, prowadzi autorskiego bloga nostressbeauty.com o urodzie, zdrowym życiu, macierzyństwie i dzieciach.