Za kulisy "Ucha prezesa" dostać się niełatwo. Plan nie jest zbyt duży, a ekipa liczy kilkadziesiąt osób, więc produkcja nie przepada za gośćmi, którzy przecież plączą się pod nogami. Gdy wreszcie udaje się nam wejść za kulisy, przyznajemy produkcji rację - jest nieco ciasno, a może ujmijmy to inaczej - kameralnie.
"Ucho prezesa" powstaje w kamienicy w centrum Warszawy (na prośbę produkcji adres zostawmy w tajemnicy). Pod domem stoją samochód z oświetleniem, generatory prądu i przenośna toaleta.
Przez czarną kotarę wchodzimy do środka. Na parterze recepcja, ta sama, która "gra" w kabarecie. Obok, po prawej, niewielki pokój, w którym zainscenizowano bunkier prezesa. Za niespełna godzinę będą w nim kręcić jeden z majowych odcinków*.
Kręte schody wiodą na piętro. Tu pod oknem stoi biurko "prezesa". Na piętrze znajdują się też pomieszczenia z kostiumami aktorów i pokój, gdzie robi się im makijaż. W rogu, tuż przy schodach, stoją stoły z przekąskami i napojami. Owoce, słodycze, kawa, soki. Co jakiś czas ktoś tu podchodzi. Przemyka pani Basia, pojawia się "Andrzej Duda" i sam "prezes". Wszyscy jednak szybko znikają, żeby jeszcze podszlifować przygotowania do sceny.
Kiedy kierowniczka produkcji ogłasza przerwę obiadową, ekipa siada do posiłku. Na całym piętrze roznosi się zapach ziemniaczanego purée. Aktorzy jedzą nie nerwowo, ale szybko. Zdjęcia są zaplanowane co do minuty. Nie ma mowy o spóźnieniach. Ekipa wraca na dół do "bunkra". Pada znienawidzone: "Dziennikarzom już dziękujemy".
* Mogliśmy podglądać, jak powstają dwa ostatnie odcinki - na 11 i 18 maja. Będą to odcinki specjalne, wyłącznie dla użytkowników Showmaxa - nie znajdą się później na YouTube.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.