Kamerka zamontowana w klitce w Nowosybirsku zapewnia materiał do masturbacji panu z apartamentowca na Manhattanie. Piersi i tyłki w wyuzdanych pozach migają z internetowych reklam. Wystarczy kliknąć w banner, by wejść w interakcję z, często anonimowym, wirtualnym partnerem. Gwiazdą porno może zostać każdy, wystarczy, że sprawnie porusza się w sieci i umie trafić w odpowiednią grupę docelową. Czy w ogóle jeszcze zwracamy na pornografię uwagę? Czy wciąż podnieca i budzi dyskomfort, czy już całkiem spowszedniała?
Anna Tatarska: Zanim na horyzoncie pojawił się pomysł na serial "Hot G irls wanted: Turned on", w 2015 roku powstał film "Hot Girls wanted". Skąd wziął się pomysł, by stworzyć materiał o młodych kobietach, które decydują się na karierę w s eksbiznesie?
Jill Bauer: Byłam wtedy dziennikarką gazety "Miami Herald". Co tydzień na jej łamach publikowałam felieton inspirowany tematem związków i relacji międzyludzkich. Ronna [Gradus, współtwórczyni filmu i serialu - przyp. aut.] pracowała w tej samej redakcji jako fotografka. Pewnego dnia realizując kolejne zlecenie trafiła do klubu, w którym bawiły się studentki. To był zwyczajny klub, nie żaden klub ze striptizem, ale dziewczyny tańczyły w nim na rurach, rozbierały się przed facetami, a ci dawali im napiwki, które chętnie przyjmowały, wręcz o nie zabiegały. Ronna zrobiła zdjęcia, a następnego dnia zadzwoniła do mnie. Po publikacji materiału byłyśmy w szoku, bo okazało się, że to nie żadna nisza czy ewenement, a powszechne, tyle że dla nas nowe, zjawisko. Od tego zdziwienia i bardzo mocnego, dosadnego obrazka, jaki utkwił w naszych głowach, wyszedł pomysł na film.
Materiał powstawał blisko 10 lat. Nie bałyście się, że temat się zdezaktualizuje?
J.B.: To był czas, kiedy redakcje przechodziły rewolucję technologiczną i mocno naciskano na to, by na stronach WWW publikować więcej materiałów wideo. Najpierw filmowałyśmy krótkie fragmenty na małym, ręcznym sprzęcie. Potem, krok po kroku, skleiłyśmy z tego pełnometrażowy dokument, którego głównym punktem zainteresowania jest przecięcie dwóch pozornie nieprzystających światów: świata seksu i świata technologii. Technologia nieustannie się rozwija, w sieci jest coraz więcej związanych z seksem treści, a my wciąż nie umiemy o tym rozmawiać. Tak było dziesięć lat temu i jest do dziś.
Jak według was technologia zmienia związki międzyludzkie, tak te romantyczne, jak i seksualne?
Rashida Jones: Technologia ma wpływ na każdą płaszczyznę naszego życia, na każde nasze działanie. Ale szczególnie nabruździła w sferze prywatnej.
Wszyscy chcą mieć jakąś łączność z światem. Internet był piękną obietnicą spełnienia tego pragnienia. Miał zapewnić tuziny przyjaciół i nowych relacji, których nigdy wcześniej nie mieliśmy, w tym z ludźmi, z którymi nie moglibyśmy nawiązać kontaktu przed erą cyfryzacji. Długo nie zauważano ryzyka, jakie ze sobą niesie. Mam na myśli spłycenie rzeczywiście istniejących związków. Dzięki istnieniu pewnych aplikacji randkowych możemy znajdować się na czacie w "pokoju" z tysiącem osób, ale w istocie jesteśmy sami, wpatrzeni w ekran smartfona. Czy to internetowe łącze rzeczywiście nas łączy? Czy daje nam więcej intymności, miłości, seksu? Czy to tylko wirtualna wersja tych rzeczy, w dodatku nie będąca wartościowym substytutem dla "realu"? Panuje przekonanie, że relacja wirtualna może zastąpić rzeczywisty międzyludzki związek. Myślę, że przeświadczenie, że są to tożsame zjawiska, jest niezwykle niebezpieczne i bardzo silnie wpływa na sposób, w jaki nawiązujemy i pielęgnujemy relacje z innymi. Koncentrujemy się na tym zagadnieniu w naszym serialu.
J.B.: Sama zdaję sobie sprawę z tego, że choćby kiedy spaceruję po ulicy, nawiązuję relacje - ale nie te rzeczywiste, z ludźmi dokoła. Stukam w klawiaturę, a życie przelatuje mi między palcami.
R.J.: Mam wrażenie, że pięć, sześć, siedem lat temu, kiedy byłyśmy na wczesnym etapie prac nad tym projektem, wszyscy gadali o relacji człowieka z telefonem, czy raczej smartfonem. Moi rodzice, ludzie z pokolenia młodszego niż moje, ludzie w moim wieku - jesteśmy jakby poświęceni swoim telefonom. My i telefon: to konfiguracja, w jakiej spędzamy większość czasu w ciągu dnia. Kiedy czasami, jak na złość, padnie bateria, przychodzi chwila otrzeźwienia: "Jak to? Bez telefonu? Czy to w ogóle możliwe? To ja kiedykolwiek byłam w stanie funkcjonować analogowo?".
Przecież nie pochodzę z pokolenia digital natives [termin oznaczający ludzi urodzonych i dorastających w świecie zdeterminowanym przez technologię - przyp. aut.]. Pierwszy telefon kupiłam, będąc już po dwudziestce. Zanim to się stało, też chodziłam na randki i spotkania, musiałam pojawiać się gdzieś punktualnie i nie miałam przywileju wysłania w ostatniej chwili jakiegoś sprytnego usprawiedliwienia swojej nieobecności na Messengerze czy przez SMS. To były czasy, w których trzeba było ponosić odpowiedzialność za deklarację, że się gdzieś będzie. Nie tak, jak dzisiaj, gdzie można się wklikać i odklikać bez wymiernych konsekwencji. Do tego kiedy już się z kimś spotykało, trzeba było być obecnym, wchodzić w kontakt. Nie chcę narzekać na dziś, nie jestem przeciwna postępowi technologicznemu. Tak jak każde narzędzie technologia potrafi być błogosławieństwem - ale trzeba jej używać zgodnie z instrukcją i zdrowym rozsądkiem. Bo potrafi niepostrzeżenie zmienić sposób, w jaki postrzegamy świat. Szczególnie jeśli mowa o seksie i seksualności. Dostęp do tej sfery jest dziś tak prosty!
Dreszczyk związany z sięganiem po zakazany owoc zniknął.
R.J.: Nie zostało nic z czasów, kiedy trzeba było się nieźle postarać, żeby zorganizować sobie świerszczyka . Zniknęło poczucie przekraczania tabu, tak silnie niegdyś przypisane oglądaniu nagości. Dziś wystarczy jeden klik i dostajemy wybitnie dosadne, szczegółowe, pornograficzne treści. Z odrobiną powodzenia 10-latek może się do nich dokopać na swoim smartfonie. I ten 10-latek z nikim o tym nie porozmawia, bo wie, że zobaczył coś, czego nie powinien oglądać. A szkoda, bo brak kontekstu, punktu odniesienia, może być dla takiego dziecka wybitnie szkodliwy.
J.B.: Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej sytuacji. Kamery cyfrowe są dziś doskonałe, więc filmy pornograficzne pokazują niezwykle precyzyjne zbliżenia. Dostajemy takie detale, że w porównaniu z tym obrazem fotki z dawnych magazynów erotycznych wydają się wręcz romantyczne. Powraca tęsknota za filmikami, które wyglądały, jakby ktoś nakręcił je w swojej własnej sypialni.
A jednocześnie w wielu kulturach z inklinacjami do konserwatyzmu pojawia się przekonanie, że edukacja seksualna jest niebezpieczna, a mówienie o seksie zachęca młodzież do wcześniejszego rozpoczęcia współżycia.
R.J.: Szczególnie w Ameryce obserwujemy wielką hipokryzję i liczne paradoksy w podejściu to sfery seksu i seksualności. Kuleje edukacja jako taka, ale edukacja seksualna to szczególny problem. Silnie słyszalny jest radykalny głos chrześcijański, purytańska moralność obrzydzająca i demonizująca seks. A jednocześnie pośród członków tych społeczności znaleźlibyśmy na pęczki konsumentów porno w domowym zaciszu. Oni nie chcą i nie umieją o tym rozmawiać. Nad tym tematem ciąży wielkie odium, które zostawia duże pole dla nieporozumień, ale też napędza całą gałąź przemysłu. Potwierdza to jedna z moich rozmówczyń. W wyreżyserowanym przeze mnie odcinku serialu rozmawiałam z Sue, która od późnych lat sześćdziesiątych robi zdjęcia pornograficzne. "Im gęstszy nimb tajemnicy spowijał moje zajęcie, tym więcej mogłam na nim zarobić" - mówiła. Tabu i trudna dostępność - to wszystko podbijało cenę. I dziś też jest wiele osób, które zarabiają na tabuizacji seksu. Tym bardziej jestem przekonana, że edukacja seksualna to niezwykle ważny temat. Dzieciaki mają dostęp do porno, ale nie zapewnia im się potrzebnej wiedzy i kontekstu. To niebezpieczne.
Wydaje mi się, że bardzo smutnym pokłosiem takiej dostępności i powszechności obrazów seksu jest zmiana w sposobie, w jaki postrzegamy ciało własne i ciała innych. Porównujemy je z tymi idealnie jędrnymi, błyszczącymi piersiami, pośladkami z filmików...
R.J.: Standardy, którym muszą sprostać gwiazdy porno obu płci, są dla przeciętnego Kowalskiego nieosiągalne. Głównie dlatego, że to, co prezentują, to fantazja, więc nikt nie oczekuje realizmu. To świat z gładziutko wydepilowanym wzgórkiem łonowym, bez jednego włosa w miejscach intymnych. Świat twardych ciał, które wiją się w spazmach rozkoszy podczas każdego stosunku.
Całkiem inny niż nasze "tu i teraz".
J.B.: Można mówić o takim zjawisku jak "widzostwo". Rozmawiałyśmy o tym z seksuologami. Chodzi o to, że podczas seansu pornograficznego mężczyźni - kobiety rzadziej - nie podlegają procesowi projekcji-identyfikacji z uczestnikami aktu, a czerpią przyjemność z patrzenia i oceniania "wykonania". Nie wczuwają się, nie uruchamiają wyobraźni i zmysłów, ale na chłodno analizują.
R.J.: Na tym polega różnica między seksualności ą i seksualizacją . Poza tym zwróćmy uwagę, że seksowność opiera się dziś na performatywności. Jeśli ktoś chce być seksowny, musi zachowywać się, jakby chciał seksu, ma mieć wypisane na twarzy: "Chcę tego". To dziś jedyny sposób, by być postrzeganym jako ktoś sexy. Myślę, że to w dużym stopniu pokłosie właśnie kultury porno. Trudno jest po prostu być zmysłowym, bo cały czas zastanawiamy się, jak wypadamy w oczach drugiej osoby. Gramy przed nią. A jednocześnie jesteśmy widzami, którzy w ten sam sposób oceniają innych ludzi.
J.B.: Wpływa to w szczególności na młodych mężczyzn i to, jak postrzegają kobiety, partnerów seksualnych i ciała jako takie. Na ludziach, którzy chcą wydawać się seksualnie atrakcyjni, ciąży dziś niewyobrażalna presja. To smutne, szczególnie z perspektywy kogoś nieco starszego niż ja. Dorastałam w czasach, kiedy technologia nie istniała. W domu mieliśmy tylko jakąś staromodną konsolę, i to nawet nie w moim pokoju...
Wydaje mi się, że zrobiłyście serial, który nie nawraca nawróconych, jak często czynią zaangażowane ideowo dokumenty, ale trafia też do tych, którzy byli wcześniej "poza tematem".
R.J.: Myślę, że dla wielu osób silny wpływ, jaki ma na nie nasza produkcja, jest zaskoczeniem. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo ten temat jest im bliski. Po projekcji na festiwalu Sundance trzech znajomych zdradziło mi, że poznają dziewczyny, które widzieli na ekranie. Byli zmieszani, ale mówili o tym. Odkrycie, że ktoś inny miał podobne doświadczenie, przyniosło im ulgę. Zaskoczeniem było dla nich, że te dziewczyny nie świadczą jedynie anonimowo usług, a są ludźmi z krwi i kości - a do tego ukręciły świetnie prosperujący biznes, swoją agencję.
Doskonale zdajecie sobie sprawę z seksizmu i seksualnej przemocy, które są obecne w tej branży. Jakie to było uczucie widzieć, jak mężczyzna, który publicznie chwali się "chwytaniem kobiet za cipki", zostaje wybrany na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych?
R.J.: To na pewno nie był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Ale wielu mężczyzn wciąż mówi w ten sposób, tylko się z tym ukrywa. Publicznie trzymają fason, a na piwie z kolegami używają seksistowskiego, przemocowego języka.
We wszystkim, co robi Trump, jest karykaturalna wręcz przesada. To, co powiedział, było tak wstrętne, że sprowokowało konieczność reakcji. Trzeba się z tym skonfrontować, odnieść, zdać sobie sprawę, że wciąż są mężczyźni przekonani, że taki język jest w porządku. I powiedzieć głośno, że to się nam nie podoba. Lubimy myśleć, że jesteśmy tacy cywilizowani, że tak daleko zaszliśmy, a w takim momentach życie wymierza nam policzek i przypomina, że długa droga przed nami. Musimy nieustannie weryfikować kształt kultury, której jesteśmy częścią.
J.B.: Tak jak zauważyła Rashida, cała ta katastrofa ma jakieś pozytywy. Przynajmniej ludzie zostali zmuszeni do rozmowy. Już nie można chować głowy w piasek: pora zabrać głos.
Serial "Hot G irls wanted: Turned on" można oglądać na Netflixie
Rashida Jones. Ur.1976. Człowiek wielu talentów: amerykańska aktorka, producentka ("Angie Tribeca"), piosenkarka, scenarzystka ("Toy Story 4") i autorka komiksów ("Frenemy of the state"). Największą sławę przyniosły jej role Ann Perkins w "Park and recreation" i Karen Filippelli w "The Office" oraz występy w "The social network", "Muppetach" i "Stary, kocham cię". Działaczka humanitarna i aktywistka, działająca m.in. na rzecz zdjęcia odium, ciążącego nad słowem "feminizm". Zaangażowana politycznie, podczas czterech ostatnich kampanii wyborczych wspierała demokratów. Córka Quincy'ego Jonesa.
Jill Bauer. Dziennikarka i redaktorka m.in "Miami Herald" i ''New York Timesa". Twórczyni filmów dokumentalnych i reportażystka. Wraz z Ronną Gradus stworzyła dwa filmy: "Sexy baby" w 2012 i "Hot Girls wanted" w 2015. Ich głównym obszarem zainteresowania jest seksualność w dobie cyfrowej rewolucji.
Anna Tatarska. Dziennikarka pisząca dla polskich i amerykańskich mediów, recenzentka filmowa Co Jest Grane 24. Absolwentka filmoznawstwa i wiedzy o kulturze oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Ceni wolność w pracy i życiu. Za dużo mówi. Jej pasją są wywiady, wegetariańskie kulinaria i podróże, ale najbardziej lubi innych ludzi.