Społeczeństwo
Premiera 'Smoleńska' w Warszawie (fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)
Premiera 'Smoleńska' w Warszawie (fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl)

Club der polnischen Versager (dosłownie "Klub polskich nieudaczników") to w Berlinie legenda. Nazwę wywodzi od pokutującego w Niemczech przez dekady niezbyt pochlebnego wizerunku Polaka. Wizerunek ten jednak w ostatnich latach bardzo się zmienił.

Sam klub istnieje już ponad 15 lat. Organizuje imprezy, wydarzenia kulturalne, koncerty, spotkania oraz pokazy filmów. To centrum polskiego życia kulturalnego w niemieckiej stolicy. Ale takie, w którym w cenie jest raczej cięty dowcip niż dęty patos. Stąd zresztą kpiąca nazwa.

I teraz właśnie ten klub zorganizował w słynnym starym berlińskim kinie Babylon pokaz "Smoleńska" Andrzeja Krauzego. Tak, tego samego "Smoleńska", który dwukrotnie próbował pokazać w Berlinie nowy polski ambasador Andrzej Przyłębski. I dwukrotnie mu się nie udało.

Prezydent Andrzej Duda i Andrzej Przyłębski, obecnie ambasador RP w Niemczech (fot. Adam Stępień/AG)

Przypomnijmy: Kina CineStar Cubix i Delphi Filmpalast, tłumacząc to względami bezpieczeństwa, odmówiły pokazu . Delphi Filmpalast wydało następujące oświadczenie:

"Film jest tak kontrowersyjny, że ze względów bezpieczeństwa i dla ochrony gości oraz obiektu rezygnujemy z pokazu"

A Bartosz Wieliński, były korespondent "Gazety Wyborczej" w Berlinie, wskazywał , że na zaproszeniach drukowanych przez ambasadę (które potem trzeba było wyrzucić do kosza), można było przeczytać, iż mimo "ekspertyz rosyjskich ekip dochodzeniowych przyczyn katastrofy smoleńskiej do dziś nie wyjaśniono". Obraz Krauzego był też zapowiadany jako ten, który pokazuje m.in. "rolę mediów w ukrywaniu i wyjaśnianiu prawdy".

To linia zbieżna z poglądami ambasadora Przyłębskiego, który publicznie chwali nowy rząd i krytykuje opozycję, a prywatnie jest mężem Julii Przyłębskiej, sędzi mianowanej przez prezydenta Dudę na prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Po rezygnacji kolejnych kin wydawało się, że berlińczycy nie zobaczą kontrowersyjnego obrazu.

A jednak. Już 6 stycznia o godz. 20.00 w kinie Babylon w berlińskiej dzielnicy Mitte odbędzie się premiera "Smoleńska". Zapytaliśmy ludzi, którzy ją zorganizowali, jaki mieli w tym cel.

Michał Gostkiewicz: Dlaczego chcecie pokazać "Smoleńsk"?

Adam Gusowski, Klub Polskich Nieudaczników: - Polskiemu ambasadorowi w Berlinie nie udało się to dwukrotnie. Powody - względy bezpieczeństwa - były dla mnie trochę wyssane z palca. Więc jeśli komuś coś się nie udaje, to zastanawiam się, dlaczego. Przecież to nie jest trudne - zorganizować pokaz filmu w kinie w Berlinie. Tu jest sto dwadzieścia kin! Przy odrobinie kontaktów i pieniędzy się da. A wychodzę z założenia, że ambasador Przyłębski ma jedno i drugie.

Skąd więc trudności ambasady?

- Znam tylko oficjalne powody: względy bezpieczeństwa. Gdy ja rozmawiałem z kinem o pokazie, pytanie o bezpieczeństwo nie padło. Być może kina obawiały się o bezpieczeństwo VIP-ów, którzy mieli uświetnić pokaz organizowany przez ambasadę.

Nie chciałbym buńczucznie mówić, że to prztyczek w nos dla pana ambasadora, ale faktycznie trochę wygląda to tak, że my udowodniliśmy, że coś, co nie udało się ambasadorowi Polski w Niemczech, jest możliwe dla zwykłych ludzi. To była zwykła biznesowa umowa z kinem.

Nie pierwszy raz dyplomacja polska w Niemczech pokazuje brak wyczucia. Ale jest drugi powód. Dużo, dużo ważniejszy. Chcemy pokazać "Smoleńsk" przede wszystkim przez to, co zaczęło się dziać wokół tego filmu.

Czyli?

- Przez te projekcje, które nie doszły do skutku, "Smoleńsk" zyskał status filmu wyklętego. Został wciągnięty w relacje polsko-niemieckie. Urósł do formatu stracha wiszącego nad polsko-niemieckim dialogiem. W prawicowej prasie pojawiły się głosy, że ci niedobrzy Niemcy nie chcą pokazać filmu. A my, Polacy, naprawdę nie lubimy być instrumentalizowani. Pomyśleliśmy więc w klubie: odczarujmy ten film. Pokażmy go. Każdemu, kto będzie chciał go zobaczyć.

Dlaczego?

- Dopóki nie pokażemy tego filmu, jest on cały czas "godny uwagi", bo się o nim mówi. Sam w sobie pewnie się tak dobrze nie broni, jak dyskusja wokół niego, która go otacza i ochrania. Więc zrobimy po projekcji tę dyskusję. Ale bez naginania historii. I bez całej tej propagandy wokół filmu i wokół tragedii smoleńskiej.

Kadr z filmu "Smoleńsk" (fot. materiały prasowe /Kino Świat)

Zaprosiliście pana ambasadora Przyłębskiego?

- Nie rozdajemy zaproszeń. Bilety można kupić w kasie po 10 euro. Kto ma czas i pieniądze, przychodzi i ogląda. Natomiast zakładam, że skoro pan ambasador chciał robić pokaz, to lubi ten film. Więc skoro udało się ten pokaz wreszcie zorganizować, to przyjdzie.

Żartujemy czy mówimy absolutnie poważnie?

- Naprawdę wychodzę z założenia, że pan ambasador przyjdzie.

Mieszkałem w Berlinie w 2010 roku, gdy zdarzył się Smoleńsk. Pamiętam solidarność, jaką okazali moi niemieccy przyjaciele. I ich ciekawość. Chcecie pokazać "Smoleńsk" przede wszystkim mieszkającym w Berlinie Polakom czy samym Niemcom?

- Chcemy dotrzeć do berlińczyka bez względu na jego narodowość. Pokazujemy film w wersji polskiej z napisami angielskimi. Ponoć jest wersja niemiecka, ale niełatwo do niej dotrzeć. Sądzę, że przyjdą osoby znające się na stosunkach polsko-niemieckich, znające sytuację w Polsce.

Jak zainteresowanie?

- Trudno określić. tutejszej Wśród Polonii raczej pozytywne, choć ludzie pytają, dlaczego to robimy i czy się upolityczniamy. Rozumiem te obawy i pytania. Pół roku temu sam bym nie pomyślał, że pokażemy "Smoleńsk".

Nie obawiasz się, że w Polsce wasz pomysł zostanie wykorzystany do propagandowego przekazu: "no, nareszcie, pokazaliśmy "Smoleńsk" w tym Berlinie"? Wszystkie argumenty, które podałeś, znikną w odmętach tego przekazu?

- Taki scenariusz jest możliwy, ale jest mi bardzo daleki. Mam też dystans do Polski. Wiem, że media potrafią każde słońce zamienić w chmury, jeśli odpowiednio na nie spojrzą. Natomiast te polsko-polskie potyczki, ta wojenka wokół Smoleńska w ogóle mnie nie interesuje. My odczarowujemy ten film na naszym berlińskim poletku, bo nasi niemieccy znajomi w ogóle nie rozumieją, o co w tej wojnie i dyskusji wokół filmu chodzi. Wiem, że z perspektywy polskiej wygląda to inaczej, ale tutaj to nie jest taki gorący temat.

Zobacz wideo

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .

embed

Na Wasze listy czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl. Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.