Społeczeństwo
(fot. pixabay.com)
(fot. pixabay.com)

Tekst został opublikowany w 2016 roku

"Aby zrozumieć, czym była Gwiazda Betlejemska, musimy myśleć jak biblijni trzej mędrcy" - przekonuje w artykule David A. Weintraub, profesor astronomii Uniwersytetu Vanderbilt. Opisywana w Ewangelii Mateusza Gwiazda ze Wschodu zaprowadziła ich najpierw do Jeruzalem i króla Heroda, z którym podzielili się informacją, że ten świecący obiekt zwiastuje narodziny nowego władcy ludu Izraela. Następnie udali się w dalszą drogę do Betlejem. Jak czytamy w Ewangelii św. Mateusza: (...) gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię.

embed

Widok nieba nad Jerozolimą w kierunku południowym 12 listopada 7 p.n.e., godz. 18.00-21.30 czasu lokalnego

Coś Wam w tej opowieści nie pasuje? Bo mnie - choć nie jestem mędrcem - owszem. Po pierwsze, jak to możliwe, że astronomowie Heroda nie spostrzegli na niebie nowego, poruszającego się i świecącego mocnym światłem obiektu? Po drugie, jak to się stało, że gwiazda wschodnia prowadziła mędrców na południe?A po trzecie - w jaki sposób mogła zatrzymać się nagle nad wybranym punktem, w tym wypadku miejscem narodzin Jezusa?

Postarajmy się ułożyć te bożonarodzeniowe puzzle.

Chronologia narodzin

Na początku dobrze jest określić daty. Historia Jezusa nie rozpoczęła się ani 25 grudnia, ani nawet w roku symbolicznie dzielącym epoki na przed narodzinami Chrystusa i po nich. Według cytowanej już Ewangelii Mateusza Jezus narodził się jeszcze za panowania króla Heroda, który zmarł - opieramy się tu na danych rzymskiego historyka Józefa Flawiusza - w 4 roku p.n.e. W Ewangelii Łukasza pada stwierdzenie, że Jezus urodził się w trakcie wielkiego spisu ludności, który odbywał się za panowania syryjskiego władcy Kwiryniusza. Spis jest faktem historycznym, a datuje się go na 6-7 rok n.e. Opierając się na tych danych, można uznać, że Jezus przyszedł na świat pomiędzy 4 rokiem p.n.e. a 6-7 rokiem n.e. Historycy ustalają te widełki nieco inaczej - sugerują, że narodziny Chrystusa miały miejsce między 8 rokiem p.n.e. a 2 rokiem p.n.e. Ma to związek z faktem, iż wielu naukowców uznaje, że św. Łukasz pomylił imiona władców syryjskich. Ich zdaniem w ewangelii nie mówi on o spisie ludności z 6-7 roku n.e., ale o tym z czasów panowania Sentiusa Saturninusa, przeprowadzonym w Judei między 8 a 7 rokiem p.n.e. Dlatego określenie, że Jezus przyszedł na świat pomiędzy 8 a 2 rokiem p.n.e., wydaje się być dość bezpieczne i zgodne z zapisami historycznymi.

Maryja i św. Józef zapisują się w spisie ludności przed namiestnikiem Kwiryniuszem. Stambuł, Kościół Chora, bizantyjska mozaika 1315-20 (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Wiemy już, że opisana w ewangelii Gwiazda ze Wschodu, jeśli istniała, musiała pojawić się na niebie w ostatnim dziesięcioleciu przed naszą erą. Czym mógł być ten obiekt astronomiczny? Według Johannesa Keplera, żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku matematyka i astronoma, zjawiskiem opisanym w Biblii była trzykrotna koniunkcja Jowisza i Saturna w gwiazdozbiorze Ryb, która miała miejsce kolejno 29 maja, 1 października oraz 5 grudnia w 7 roku p.n.e. W następnym roku doszło do potrójnej koniunkcji Jowisza, Saturna i Marsa, i choć to drugie wydarzenie nie było widoczne z Ziemi, to ówcześni astronomowie byli go świadomi. Na czym ono polega?

- Koniunkcja to sytuacja, w której dane ciała niebieskie znajdują się wyjątkowo blisko siebie, zwłaszcza na jednej linii "południkowej" lub "równoleżnikowej" na nocnym niebie. Jeżeli jest odpowiednio "bliska", to na niebie widzimy jedno wyjątkowo silne światło - wyjaśnia termin dr Łukasz Lamża, filozof przyrody i popularyzator nauki, który specjalizuje się w kosmologii i astrofizyce. - W tym omawianym przypadku nastąpiły po sobie trzy koniunkcje. A to zdarza się rzadko. Zwykle jest tak, że kiedy dwie planety znajdą się tuż obok siebie na niebie, to potem się rozchodzą. Tylko w wyjątkowych sytuacjach "spotykają się" ponownie w tak krótkim odstępie czasu, zwłaszcza w przypadku planet zewnętrznych, którym wykonanie jednej orbity zajmuje wiele lat ziemskich. Dlatego jest to bardzo spektakularne zjawisko.

Czy doszło do niego w dniu narodzin Jezusa? To jedna z teorii. Ale - jak się pewnie domyślacie - nie jedyna.

 

Kometa zagłady czy supernowa

Przez szereg lat sugerowano, że Gwiazda Betlejemska była kometą, co zresztą wyrażano na wielu malowidłach sakralnych, ukazując wiodącą mędrców gwiazdę z charakterystycznym dla takich obiektów warkoczem. Jednak symbolika komety jest całkowicie sprzeczna z radosnym wydarzeniem, jakim miałoby być narodzenie Zbawiciela. Przez tysiące lat wierzono, że kometa przynosi śmierć, wojny i zagładę. Pojawienie się komety w 77 roku n.e. było jednoznacznie kojarzone z upadkiem Jerozolimy. Zaobserwowana w 1914 roku kometa Delevana była postrzegana, również przez wykształconych ludzi, jako zapowiedź I wojny światowej. Czy narodzinom Jezusa towarzyszyło pojawienie się podobnego obiektu?

Chińskie oraz koreańskie kroniki podają, że w 5 wieku p.n.e. można było obserwować z Ziemi wyjątkowo jasną gwiazdę, w dodatku zjawisko to było widoczne przez 76 dni, od marca do końca maja. Jednak tak precyzyjne w innych sytuacjach chińskie zapiski astronomiczne w tym wypadku nie podały żadnej informacji zarówno o przemieszczaniu się obiektu, jak i charakterystycznym warkoczu. Przeciwnie - mimo tak długiego czasu, przez jaki miała być widziana, gwiazda nie przesunęła się względem innych obiektów. Współcześni astronomowie uważają więc, że tym, co zaobserwowali wschodni astronomowie, był wybuch supernowej [terminem tym określamy kilka rodzajów eksplozji kosmicznych, w wyniku których na niebie pojawia się wyjątkowo jasny obiekt, który po kilku tygodniach lub miesiącach staje się niewidoczny - przyp. red.], a nie kometa.

Kometa Delevana (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Mark Kidger, astronom związany z Europejską Agencją Kosmiczną oraz autor dobrze przyjętej przez świat naukowy książki "The Star of Bethlehem: An Astronomer's View", przekonuje, że mityczną Gwiazdą Betlejemską była właśnie zaobserwowana przez chińskich astronomów supernowa z gwiazdozbioru Orła. Opierając się na zapisach ewangelicznych oraz danych historycznych, autor uważa, że Trzej Królowie - jak ich nazywamy - nie byli władcami, lecz pochodzącymi z Persji astrologami. Zakłada, że pierwszy raz dostrzegli nowy obiekt na niebie z obserwatorium leżącego w okolicach Teheranu. Według map ówczesnego nieba jasny obiekt faktycznie pojawił się nad Teheranem w dwóch trzecich odległości pomiędzy gwiazdami Alpha i Beta z gwiazdozbioru Koziorożca oraz "ogonem" gwiazdozbioru Orła. Miało to miejsce dokładnie 20 lutego 5 wieku p.n.e. o godzinie 2.15, czyli na ponad cztery i pół godziny przed wschodem Słońca. Ten jasny obiekt można było zaobserwować na umiarkowanych wysokościach (29 stopni) na południowym wschodzie.

Przez kolejne dni "gwiazda" nabierała jasności, co musiało wzbudzać coraz większe poruszenie, szczególnie że w tym rejonie nieba nie ma wielu wyjątkowo jasnych obiektów. Nagłe pojawienie się silnie jaśniejącego punktu na niebie musiało więc przykuć uwagę badaczy. Jak wylicza Mark Kidger, 1 marca nasza supernowa znajdowała się na południowym wschodzie na wysokości 36 stopni. Jednocześnie Księżyc był w ostatniej kwadrze i nie przyćmiewał swoim blaskiem innych zjawisk na niebie. Z czasem "betlejemska supernowa" bladła, za to powiększający się Księżyc w ostatnich dniach kwietnia wszedł w pełnię. Wtedy jego jasność przysłoniła pobliską, blaknącą supernową. Przez kilka dni gwiazda w ogóle nie była widoczna i jeśli magowie kierowali się nią, zmierzając pokłonić się nowo narodzonemu królowi, mogli zgubić drogę. Ale w tym samym czasie w pobliżu niej pojawił się mocno świecący Mars. Jednocześnie ponownie zmniejszający się Księżyc pozwalał znów dostrzec blaknącą supernową. Gdyby - jak rozważa w książce Kidger - magowie mieli wyruszyć z Jeruzalem do Betlejem przed wschodem Słońca równo 30 kwietnia, supernowa byłaby widoczna na południowym niebie na 48. stopniu wysokości. Betlejem położone jest na południe od Jeruzalem, co faktycznie dawałoby wrażenie, jakoby gwiazda "szła" przed mędrcami i zawisła nad miastem.

Gwiazda Betlejemska święcąca nad stajenką, w której miał narodzić się Jezus Chrystus. Po lewej obraz Giotto di Bondone, po prawej mozaika Manuela Pereza Paredesa (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0)

Porządna gwiazda tak się nie zachowuje

Zdaniem profesora astronomii Davida A. Weintrauba żadna gwiazda nie może zachowywać się tak, jak ta opisana przez Mateusza, czyli "iść" ze wschodu na południe i w końcu zatrzymać się. Nie może tego również żadna kometa, supernowa, koniunkcja planet czy jakikolwiek inny jasny obiekt na nocnym niebie. I chociaż niektórzy twierdzą, że ewangelista opisał po prostu cud, to zwróćmy uwagę, że dobierał słowa rozważnie, a wyrażenie "gwiazda ze Wschodu" pojawia się u niego dwukrotnie. Czy istnieje jakiekolwiek zgodne z prawami fizyki i naszą współczesną wiedzą wytłumaczenie tego zjawiska? David A. Weintraub jest przekonany, że tak.

Astronom Michael Molnar zwraca uwagę, że określenie "ze Wschodu" jest dosłownym tłumaczeniem greckiego zwrotu "en te anatole", który był matematycznym terminem technicznym używanym przez starożytnych Greków dwa tysiące lat temu. Precyzyjnie opisywał obiekt astronomiczny widoczny jedynie przez bardzo krótki czas, od chwili, gdy wyłoni się spod horyzontu, do momentu, gdy nie zostanie przyćmiony blaskiem Słońca.

Jak to możliwe, że dany obiekt jest widoczny przez tak krótki czas, i to nie każdej doby? To proste - obiekty kosmiczne, a także Ziemia, poruszają się po swoich orbitach. I chociaż orbity są niemal niezmienne, to same planety przemieszczają się po nich z różną prędkością, co powoduje, że mogą zachodzić na siebie. Oznacza to, że jeśli przemieszczająca się planeta znajdzie się w pobliżu Słońca, znika obserwatorom i pojawia się ponownie dopiero, gdy Słońce odsunie się od niej na wystarczająco dużą odległość, by nie zakrywać jej swoim blaskiem.

Takie ponowne pojawianie się przed świtem (po okresie zakrycia horyzontem lub bliskością naszej gwiazdy) obiektu astronomicznego na wschodzie nazywane jest heliakalnym wschodem. Obiekt każdego kolejnego dnia pojawia się nieco wcześniej i widoczny jest przez dłuższy czas, aż do chwili, gdy zniknie pod zachodnim horyzontem, co nosi nazwę heliakalnego zachodu.

Gwiazda Betlejemska wywieszona w centrum Bombaju podczas Bożego Narodzenia (fot. Rudolph.A.furtado / Wikimedia.org / Domena publiczna)

Heliakalne wschody były wykorzystywane przez Babilończyków, Greków i Sumerów jako sygnały do rozpoczęcia odpowiednich prac rolnych, stanowiły też podstawę budowy kalendarzy. Regularność heliakalnych wschodów i zachodów pozwalała na stosunkowo precyzyjne określenie całego cyklu obiegu Ziemi wokół Słońca, czyli po prostu roku. Na przykład heliakalny wschód Syriusza był dla Egipcjan najważniejszym dniem i wyznaczał początek roku astronomicznego. Nie bez znaczenia był fakt, że w tym samym dniu wody Nilu zaczynały wzbierać. Był to czas przygotowania się do wylewu, a co za tym idzie - do siania zboża będącego podstawą wyżywienia i gospodarki Egiptu.

Zdaniem Davida A. Weintrauba termin "en te anatole", czyli "ze wschodu", można odnieść właśnie do heliakalnego wschodu. I byłoby to dość dobrym wyjaśnieniem zamieszczenia w ewangelii informacji o gwieździe przepowiadającej narodziny wyjątkowej postaci. Szczególną moc przypisywano tym, którzy przyszli na świat wraz z heliakalnym wschodem Jowisza. Potwierdzeniem tej teorii mógłby być również fakt, że Ewangelię Mateusza znamy wyłącznie z przekładu greckiego, choć niektórzy badacze Biblii sugerują nawet, że mogła ona zostać od razu napisana po grecku, a nie jedynie na niego przełożona.

Również greka pomaga rozwikłać informację, że gwiazda "zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię". Według amerykańskiego astronoma określenie to pochodzi od greckiego "epano", które pojawia się w greckiej astronomii jako nazwa momentu, w którym planeta przestaje się poruszać i pozornie zmienia ruch z kierunku zachodniego na wschodni. Dzieje się tak, kiedy Ziemia, która okrąża Słońce szybciej niż Mars, Jowisz czy Saturn, "dogania" inną planetę.

Szopka bożonarodzeniowa w zakopiańskim kościele parafialnym św. Rodziny na Krupówkach (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

Jeżeli profesor Weintraub ma rację i ewangeliczny opis związany jest z greckimi terminami astronomicznymi, to starożytni greccy astrologowie po prostu postawili Chrystusowi horoskop. Połączyli wyjątkowy, spektakularny wręcz układ gwiazd z narodzinami wyjątkowej postaci w historii świata. To rozwiązanie wydaje się być bardzo kuszące. Szczególnie że w starożytności bardzo popularne było łączenie narodzin postaci historycznej o ogromnym wpływie z wyjątkowymi wydarzeniami. W ten sposób przesunięto nawet narodziny Aleksandra Macedońskiego, by zbiegły się z pożarem będącej jednym z siedmiu cudów świata świątyni Artemidy w Efezie. W dodatku astrologia była nauką typowo dworską, a zadaniem wczesnych obserwatorów nieba było m.in. układanie horoskopów nowych członków rodzin królewskich.

Narodziny Boga

Na początku zadaliśmy sobie pytanie, jak to możliwe, że astronomowie Heroda nie zauważyli tak jasnego i pojawiającego się nagle obiektu, jakim w opisie była Gwiazda ze Wschodu? Czy byli mniej wprawni w astrologii niż mędrcy ze Wschodu? Trudno to sobie wyobrazić, w końcu Herod Wielki był władcą zamożnym, który nie szczędziłby grosza na uczonych biegłych w czytaniu gwiazd i stawianiu horoskopów. A wschodnia gwiazda prowadząca wędrowców na południe i zatrzymująca się nad danym miastem? Chociaż Mark Kidger dołożył wszelkich starań, by precyzyjnie wyliczyć możliwe przemieszczanie się po niebie supernowej, której wybuch łączył z biblijną Gwiazdą Betlejemską, to teoria ta wydaje się być próbą dostosowania obliczeń do wcześniej określonego wyniku, a nie faktycznym prześledzeniem tego, co działo się na ówczesnym niebie.

Gerrit van Honthorst, Pokłon pasterzy, 1621 (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Najbardziej racjonalna wydaje się więc teoria, że wcześni wyznawcy chrześcijaństwa po prostu połączyli narodziny Jezusa z zapiskami historycznymi dotyczącymi zjawisk astronomicznych. Tłumaczyłoby to zarówno rozbieżności w datach, jak i użycie terminów charakterystycznych dla astronomii greckiej (w starożytności terminy "astronomia" i "astrologia" były niemal jednoznaczne).  Jednak niezależnie od tego, czy Gwiazda Betlejemska była w rzeczywistości wyjątkowo spektakularną koniunkcją planet, supernową czy jakimkolwiek innym obiektem, a nawet po prostu horoskopem władcy, opisana przez ewangelistę historia nieodmiennie, od dwóch tysięcy lat, budzi zainteresowanie nie tylko naukowców.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarz, redaktor, związana m.in. z "Życiem Warszawy" i "Echem Miasta".