Społeczeństwo
(fot. pixabay.com)
(fot. pixabay.com)

Od 1989 roku w polskiej rodzinie trwa prawdziwa rewolucja, której politycy, Kościół i część komentatorów zdają się nie zauważać. Choć oficjalnie nasz kraj "skręcił na prawo", polska rodzina liberalizuje się jak nigdy wcześniej. - Zmiany zachodzą lawinowo. Odchodzimy od jednorodnego wzorca małżeństwa i rodziny. Cechą nowej, potransformacyjnej rodziny jest przede wszystkim jej duża różnorodność - tłumaczy prof. dr hab. Krystyna Slany z Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, która specjalizuje się m.in. w demografii społecznej oraz socjologii rodziny i płci.

Polska rodzina - zdaniem badaczy - w ostatnich latach stopniowo, ale coraz bardziej odchodzi od tradycyjnego modelu (fot. pixabay.com)

Wskaźnikami tych zmian są m.in. rosnące liczby urodzeń pozamałżeńskich, związków nieformalnych i powtórnych, rozwodów, a także rodzin jednopłciowych. - Statystyki Głównego Urzędu Statystycznego pokazują gwałtowne zmiany w tych sferach, ale są niepełne, bo nadal wstydzimy się mówić, że żyjemy lub wychowujemy dzieci bez ślubu. Obawiamy się presji, kontroli, kar ze strony innych. W Polsce cały czas panuje przekonanie, że to, co dzieje się w rodzinie, jest sferą tabu, do której nikt z zewnątrz nie powinien mieć dostępu - tłumaczy badaczka.

Według oficjalnych danych jeszcze w latach 90. XX wieku tylko około 6 proc. polskich dzieci rodziło się w nieformalnych związkach. Na początku XXI wieku odsetek ten zwiększył się dwukrotnie. W kolejnych latach dalej rósł - w 2015 roku w Polsce aż jedna czwarta dzieci przyszła na świat w nieformalnych związkach. Trochę inaczej dane te wyglądają w dużych miastach i na wsi. W dużych ośrodkach miejskich to 27 proc. urodzeń, na wsi zaś co piąty maluch (21 proc.) przyszedł na świat poza związkiem formalnym.

Z dziećmi ślubu nie biorę

Marysia, mama czterolatka, w styczniu 2017 r. urodziła drugiego syna. Od 5,5 roku tworzą z partnerem, ojcem jej dzieci, udany nieformalny związek. Pytaniem o jej "nieślubne dzieci" Marysia jest lekko zniesmaczona. - Jestem zdumiona tym sformułowaniem, bo o moich dzieciach nie myślę w tych kategoriach. Ślub to coś między mną a moim chłopakiem, one nie mają z tym nic wspólnego, przecież z nimi ślubu nie wezmę - tłumaczy. - Mam dzieci, ponieważ chciałam założyć z moim partnerem rodzinę i czuliśmy się na to gotowi. Żyjemy bez ślubu, ale to nie jest deklaracja, wielki manifest czy negacja instytucji małżeństwa. Ot, nie mieliśmy takiej potrzeby. Za to potrzeba posiadania wspólnego potomstwa i założenia rodziny zrodziła się w nas już po kilku miesiącach znajomości.

Według statystyk CBOS-u 63 proc. Polaków akceptuje fakt, że młodzi odkładają decyzję o ślubie na później lub całkowicie z niego rezygnują (fot. pixabay.com)

Marysia i jej partner pochodzą z dużych miast, z religijnych rodzin, ona - katolickiej, on - protestanckiej. - Wiemy, że zwłaszcza nasze mamy bardzo by chciały, żeby nas dodatkowo połączył węzeł małżeński. Ale presji czy krytyki nie odczuwamy. Myślę, że rozmowy, może nawet krytyczne, na ten temat toczą się między wujami, ciotkami, ale wprost nikt nam tego nie wytyka - opowiada.

Sformułowanie "nieślubne dzieci" nie pasuje również Barbarze, mamie dwuletniej Apolonii. Razem z chłopakiem, z którym jest od ponad dziesięciu lat, rozważają, czy zdecydować się na drugiego potomka. - Nigdy nie myślałam o moim dziecku, że jest "nieślubne", dopiero przy okazji tej rozmowy uświadomiłam sobie, że faktycznie tak jest. Zastanawiam się, czy w ogóle, a jeżeli tak, to w jakich sytuacjach potrzebne jest określanie, czy rodzice dziecka są po ślubie, czy nie. Dla mnie to nie jest kwestia, bo nie przykładam żadnej wagi do stanu cywilnego innych osób. Może kiedy córka pójdzie do przedszkola, zaczną się trudne pytania: Dlaczego rodzice nie mają zdjęć ze ślubu? Czy to znaczy, że się nie kochają? - zastanawia się Barbara.

Dzieci "nieślubne", "z nieprawego łoża", "spoza związków małżeńskich", "z niepełnych rodzin", "samotnych matek", "panien z brzuchem", "z wpadki", "par na kocią łapę", "małżeństw na kartę rowerową"- tak określa się najmłodszych Polaków, którzy nie przyszli na świat w tradycyjnych rodzinach. - Te wszystkie terminy stygmatyzują, wykluczają i starają się ich poniżyć, a poprzez to pokazać naszą wyższość nad tymi dziećmi, ich rodzicem lub rodzicami. A w Polsce 2000 roku poza formalnymi związkami wychowywanych jest grubo ponad milion sto tysięcy maluchów. W XXI wieku czas skończyć z językiem, który wskazuje, że te rodziny nie spełniają jakichś wymogów, standardów, a przez to są gorsze, co jest nieprawdą - przekonuje prof. Krystyna Slany.

Kobiety, które wychowują dzieci w pojedynkę określa się dziś neutralnym mianem 'samodzielnych' a nie - stygmatyzującym - 'samotnych' matek (fot. pixabay.com)

Jak więc wyglądają niestandardowe polskie rodziny? Wśród nich największą grupę stanowią związki kohabitacyjne, czyli nieformalne. Kolejna to matki z dziećmi. Najczęściej są to kobiety, które zostały wdowami lub są po rozwodzie. Ale w dużych miastach rośnie liczba kobiet, które same, świadomie, decydują się na urodzenie i samodzielne wychowanie dzieci. Warto jeszcze wspomnieć o matkach nastoletnich. To ich nieplanowane ciąże często określane są jako "wpadki". - Rocznie mamy takich urodzeń ponad dwa tysiące. To jest poważna liczba jak na kraj katolicki. I dowód, że nasz system w zakresie edukacji seksualnej kuleje i wymaga zasadniczych zmian - podkreśla prof. Slany.

Historia macierzyństwa Marysi pokazuje jednak, że nie trzeba być nastoletnią matką z małą wiedzą na temat życia seksualnego, by zmagać się z łatką "tej, co wpadła". - Przy pierwszym dziecku, przez to, że się nawet nie zaręczyliśmy, większość osób z automatu założyła, że wpadliśmy, bo niby jak inaczej. Serio? Ja jestem po trzydziestce, mój partner po czterdziestce i nie mamy pojęcia o antykoncepcji? Niektórzy dopiero teraz, gdy w drodze jest potomek numer dwa, uwierzyli, że my naprawdę chcemy tworzyć rodzinę, a nie, że przez przypadek utknęliśmy razem - opowiada Marysia.

W Europie Zachodniej, Skandynawii, gdzie około połowa dzieci rodzi się już w związkach nieformalnych, do nowego modelu rodziny zaczęto dostosowywać nie tylko prawo, np. poprzez wprowadzenie związków partnerskich, ale również język. - Tam dąży się to tego, by dzieci nie rozróżniać ze względu na stan cywilny rodziców, czyli nie dzielić ich na "ślubne" i "nieślubne". Wszystkie dzieci są równe, jednakowo traktowane - tłumaczy prof. Slany.

W Polsce nadal dzielmy dzieci na 'ślubne' i 'nieślubne' (fot. pixabay.com)

Coraz częściej do języka codziennego przebija się termin "samodzielne matki" w miejsce stygmatyzujących "samotnych matek". - Warto pamiętać, że w Polsce jest prawie 2 mln 200 tys. takich kobiet i 400 tys. mężczyzn. By uniknąć ich piętnowania, również GUS zaczął używać neutralnych terminów, takich jak "matki z dziećmi" i "ojcowie z dziećmi " - wyjaśnia badaczka.

Wszystkie problemy z językiem czy prawem mogłyby zniknąć, gdyby młodzi znowu przychylniej spojrzeli na instytucję małżeństwa. Tak jak Katarzyna, która w styczniu urodzi pierwsze dziecko. - Z mężem znamy się 14 lat, razem jesteśmy sześć. Ślub wzięliśmy zaraz po studiach i była to naturalna decyzja, bez nacisków ze strony rodziny - opowiada przyszła mama. - Nigdy nie zdecydowałabym się na dziecko, gdybyśmy nie byli małżeństwem. Wiem, że ślub nie daje gwarancji, że związek przetrwa. Wśród moich znajomych dość często się zdarza, że gdy pojawia się dziecko, związki się rozpadają. Małżeństwo daje mi jednak poczucie bezpieczeństwa, dla mnie niezbędne przy podjęciu takiej decyzji.

Takie spojrzenie na małżeństwo i macierzyństwo podziela coraz mniej Polaków. Badacze wskazują kilka przyczyn tej sytuacji. Przede wszystkim, mimo coraz bardziej konserwatywnego kursu w polityce i w niektórych sferach życia, jesteśmy coraz bardziej otwarci na zróżnicowane formy rodziny. Według statystyk CBOS-u 63 proc. ankietowanych Polaków akceptuje fakt, że młodzi odkładają decyzję o ślubie na później lub całkowicie z niego rezygnują. Z badań prof. Slany wynika, że 80 proc. Polaków akceptuje wspólne mieszkanie bez ślubu. - Nie znam rodziny, w której nie byłoby matki z dzieckiem po rozwodzie, pary w związku nieformalnym czy osoby, która powtórnie wyszła za mąż. Gdyby ci wszyscy ludzie, którzy odeszli od "standardu", byli odrzucani, życie rodzinne i społeczne zamieniłoby się w piekło - tłumaczy badaczka.

Rodziny patchworkowe, samotne macierzyństwo lub samotne tacierzyństwo są coraz częściej spotykane w polskim społeczeństwie (fot. pixabay.com)

Na ślub nigdy nie zdecyduje się Barbara. Pomysł, by wyjść za mąż, nie przyszedł jej do głowy również wtedy, gdy na świecie pojawiła się jej córka. - Do małżeństwa zniechęcają mnie wewnętrzne lęki. Ślub to jest coś, co mnie po prostu przeraża. Nie bez znaczenia są również moje historie rodzinne - zdradza. - Mówi się, że małżeństwo jest na zawsze, ale to nieprawda, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Mój ojciec zginął, gdy moja mama miała 36 lat. Została sama z dwiema córkami. Jej aktualny partner, mimo usilnych starań, nie może sfinalizować swojego rozwodu, chociaż z żoną nie żyje od dawna. Ze strony rodziny nie czuję żadnej presji, żeby sformalizować związek, co wynika pewnie z tych trudnych doświadczeń.

Wyraźne oczekiwanie, by sformalizować związek, pojawiło się za to w rodzinach Piotra i jego długoletniej partnerki. Dzisiaj są rodzicami dwóch córek. - Dziewięć lat temu postanowiliśmy, że chcemy mieć dzieci. Marta, wówczas moja dziewczyna, postawiła jeden warunek: musi być ślub. Nie chodziło o kwestie poczucia bezpieczeństwa czy religii. Jesteśmy rozgarniętymi ludźmi i wiemy, że to nie papier gwarantuje, że związek przetrwa. Nie sprawi też, że będziemy lepszymi rodzicami. Argumentem mojej dziewczyny było: tak trzeba. W jej rodzinie wszystkie pary brały ślub - opowiada Piotr.

Za ślubem byli też jego teściowie, babcia i mama - osoba niewierząca. - Uważała, że dopiero po ślubie nasz związek będzie poważny - tłumaczy Piotr. Cywilna uroczystość nie wchodziła w grę, musiał być ślub kościelny. - Od początku było dla mnie jasne, że nie będę robił z siebie głupka i udawał wierzącego. Dlatego zdecydowaliśmy się na ślub ekumeniczny - opowiada Piotr. To formuła, która dopuszcza związek osób o różnych wyznaniach lub osoby wierzącej z niewierzącą. - Musieliśmy znaleźć kościół, który zgodzi się na taką ceremonię, co wymagało trochę zachodu, ale ślub i wesele nie były dla mnie wielkim problem, tym bardziej że rodzice moi i Marty zdecydowali się sfinansować całe przedsięwzięcie.

Ślub - dla wielu współczesnych par - to dodatek a nie warunek szczęśliwego związku (fot. pixabay.com)

Nie wszyscy mogą jednak liczyć na pomoc finansową rodziców. A słaba sytuacja ekonomiczna młodych to według socjologów jedna z głównych przyczyn odkładania decyzji o ślubie. - Niskie płace, praca po godzinach, brak własnych mieszkań - to powody, dlaczego decydujemy się na kohabitację. Jest ona mniej kosztowna niż małżeństwo i daje możliwość posiadania kogoś bliskiego, wchodzenia w relacje intymne, emocjonalne i wspólnotow e - tłumaczy prof. Slany.

Nasz stan matrymonialny może również zależeć od... regionu, w którym mieszkamy. Choć Polska wydaje się jednolita pod względem religii i wyznawanych wartości, w kwestii podejścia do związków małżeńskich jest wyraźnie podzielona. Jesteś z zachodniej części kraju? Jeśli tak, szanse, że zdecydujesz się żyć bez ślubu, są dużo większe. Najwięcej dzieci w związkach nieformalnych rodzi się właśnie na ścianie północno-zachodniej, w województwach: zachodniopomorskim (41 proc. urodzeń), lubuskim (39 proc.), warmińsko-mazurskim (36 proc.). Miastem, w którym najwięcej polskich par zdecydowało się na wychowywanie dzieci bez ślubu, jest Wałbrzych (52,3 proc. urodzeń). Dla porównania: w tradycyjnej Małopolsce tylko 18 proc. maluchów rodzi się w związkach nieformalnych.

Badacze wskazują kilka powodów tego wyraźnego regionalnego zróżnicowania. Głównymi są mniejsze przywiązanie do instytucji małżeństwa, wysokie bezrobocie (np. w województwach warmińsko-mazurskim czy zachodniopomorskim) oraz bardziej liberalne podejście do tradycyjnych norm społecznych na Ziemiach Odzyskanych.

Są w Polsce miasta, w których więcej niż 50 proc. dzieci wychowuje się w związkach nieformalnych (fot. pixabay.com)

Tradycyjny  wzorzec rodziny osłabia również emigracja; to ona wymusza praktykowanie różnorodnych form życia rodzinnego (np. na odległość). Szacuje się, że poza Polską przebywa już ponad 2,3 mln Polaków.

Zanosi się na to, że rewolucja w polskiej rodzinie będzie trwała i będzie przybierała na sile. Jeżeli nie dostrzeżemy tych zmian i nie dostosujemy do nich prawa czy języka, miliony ludzi w naszym kraju będą czuły się źle lub co najmniej niekomfortowo. A przecież zależy nam, by dzieci rodziło się jak najwięcej.

[Od redakcji: artykuł został pierwszy raz opublikowany w grudniu 2016 r. Przypominamy go w ramach specjalnego majowego wydania magazynu Weekend.Gazeta.pl, którego tematem jest miłość]

Anna Budyńska. Redaktorka naczelna magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej redaktorka w dużym wydawnictwie, pisała też teksty dla portalu Instytutu Goethego w Warszawie, magazynu Kukbuk i magazynu "Świat Mózgu".