Społeczeństwo
(fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)
(fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Na początek garść liczb. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, katolicy stanowią 92 proc. ludności Polski. Ale wielu z nich jest wierzących tylko na papierze. Skąd ten wniosek? Uczestnictwo w niedzielnych mszach według Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego deklaruje już tylko około 39 proc. Polaków. Dla porównania: w 1981 roku było to 51 proc. Dziś część ludzi idzie na mszę nie ze względu na głęboką wiarę, a dlatego, że tak po prostu wypada. Na przykład komunię przyjmuje już tylko 16 proc. osób. Jednak katolikiem w oczach Kościoła jest każdy, kto został ochrzczony. Brak uczestnictwa we mszy czy nieprzyjmowanie kolejnych sakramentów wcale tego nie zmienia. Przełomem może być akt apostazji. Osobę, która się na niego zdecydowała, trudniej już upchnąć w masie owieczek.

Bezpośrednim skutkiem apostazji jest ekskomunika, która następuje na mocy prawa kanonicznego. Dlatego apostazję nazywa się też ekskomuniką na własne życzenie. Zgodnie z doktryną katolicką apostata wciąż pozostaje członkiem Kościoła oraz katolikiem, gdyż decydujący o tym chrzest jest nieusuwalny. Informacja o apostazji odnotowywana jest w księgach parafialnych, jednak informacja o chrzcie nie jest z nich usuwana.

Apostazja to świadome, dobrowolne i publiczne wyrzeczenie się kontaktu z Kościołem. Chęć jej dokonania deklaruje coraz więcej Polaków. Widać to choćby w sieci. Na portalach społecznościowych jest kilka równoległych wydarzeń, które zgromadziły już ponad 15 tys. chcących wystąpić z szeregu wiernych. Równocześnie coraz mniej dzieci jest chrzczonych. Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, porównując dane z 1990 r. z obecną sytuacją, odnotował obniżenie liczby przyjmowanych chrztów o 200 tys. rocznie.

Liczba wierzących i praktykujących Polaków spada konsekwentnie od wielu lat (fot. Łukasz Krajewski/ Agencja Gazeta)

Na dokładne dane, ile osób faktycznie zdecydowało się na apostazję w kończącym się roku, przyjdzie nam jeszcze poczekać. Znane są natomiast nie od dziś najczęstsze powody odejścia z Kościoła. Brak respektowania praw kobiet czy mniejszości seksualnych, ukrywanie pedofilii, wtrącanie się w politykę czy poglądy, które nie idą z duchem czasu. Wystarczy poczytać komentarze pod artykułami związanymi z tematyką Kościoła i duchownych, by przekonać się, że lista zarzutów Polaków wobec Kościoła katolickiego jest duża. Ale to jedyne powody, by dokonać apostazji? Niekoniecznie. Są przecież jeszcze tacy ludzie jak ja, którym po prostu z wiarą nie jest po drodze.

Kara boska, bo dziecko nie ma chrztu

Z zamiarem apostazji nosiłam się od dłuższego czasu. Wychowałam się w laickim domu, w którym bywali i ludzie różnych wyznań, i ateiści. Rodzice mieli tylko ślub cywilny, żadne z nich nie chodziło do kościoła, mnie też nikt do tego nie zmuszał. Dlaczego zostałam ochrzczona? W latach osiemdziesiątych to była norma. Mnie być może by się upiekło, bo rodzice nigdy nie byli konformistami. Na moim losie zaważyła jednak historia, którą moja babcia nastraszyła mamę. Ponoć mama w wieku niemowlęcym poważnie zachorowała, dostała wysokiej gorączki, której nijak nie udawało się zbić. Sąsiadka stwierdziła, że to kara boska za to, że dziecko nie jest ochrzczone. I faktycznie, po błyskawicznie zorganizowanej ceremonii, z przypadkowym przechodniem w roli ojca chrzestnego, nastąpiła poprawa, mama wyzdrowiała. Babcia, chcąc uchronić ukochaną wnuczkę przed podobnym losem, suszyła rodzicom głowę dopóty, dopóki tato nie poprosił znajomego księdza, stałego bywalca krakowskich barów, żeby mnie ochrzcił.

Potem była pierwsza komunia, do której nakłoniły mnie opowieści koleżanek o szytych na miarę sukienkach i górach prezentów. Rodzice ani mnie nie namawiali, ani mi nie zabraniali. Duchowości nie było w tym obrządku żadnej, bo jakiego zaangażowania można się spodziewać po dziewięcioletnim dziecku, które za jedyną motywację ma koronkową kreację i nowego walkmana?

Katolikiem - w oczach księży - jest każdy, kto został ochrzczony (fot. pixabay)

Za to do bierzmowania świadomie nie poszłam, bo w wieku czternastu lat byłam już przekonana, że Boga nie ma. Czarę goryczy, już w liceum, przelały słowa katechety, ojca Szymona, który na jednej z pierwszych lekcji kazał nam się modlić za "biednych Żydów i Arabów, żeby się nawrócili". Odpowiedziałam, że nikomu nie zamierzam źle życzyć, wyszłam z klasy, trzaskając drzwiami, i od tamtej pory moja noga na religii nie postała.

Ojciec Szymon kwitował od tamtej pory moje radosne "dzień dobry" wysyczanym przez zęby "szczęść Boże", które dostawałam w pakiecie z morderczym spojrzeniem. Nie obyło się oczywiście bez uwagi w dzienniczku, ale w domu nikt nie robił mi wyrzutów. Były natomiast umoralniające pogadanki wychowawczyni, która straszyła, że nie będę mogła wziąć ślubu kościelnego. Argument okazał się trafiony jak kulą w płot, bo moja ówczesna miłość również zrezygnowała z lekcji religii.

Zamiast na etykę, której dla trzech osób nie opłacało się organizować, zostaliśmy skierowani na kółko filozoficzne, co zdecydowanie wyszło mi na dobre. O możliwości wypisania się z Kościoła usłyszałam pierwszy raz na studiach i od tamtej pory ten akt pojawiał się regularnie na liście moich noworocznych postanowień.

Apostazja stała się faktem miesiąc temu.

Dlaczego tak długo zwlekałam? Trochę niewygodny był dla mnie obowiązek przyprowadzenia dwóch świadków, nie do końca też byłam w stanie pogodzić się z tym, żeby ktoś kwestionował moją zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.  Uproszczenie procedury (od lutego świadkowie są już zbędni) sprawiło, że słowo stało się ciałem. Miesiąc temu wydrukowałam trzy kopie oświadczenia woli i udałam się do parafii. Trochę wcześniej w mediach pojawiła się wiadomość o księdzu, który do chcących dokonać apostazji ludzi wezwał policję, byłam więc przygotowana na różne scenariusze.

Procedury wystąpienia z Kościoła przez wiele lat były skomplikowane, sprawę ułatwiono dopiero niedawno (fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta)

"Z Bogiem", czyli spotkanie skończone

Za pierwszym razem odeszłam z niczym -  ksiądz proboszcz jest człowiekiem niezwykle zajętym i czas dla interesantów ma raz w tygodniu, przez półtorej godziny. Zapisałam dzień i godziny, i za tydzień przyszłam znowu. Proboszcz okazał się tym samym księdzem, który udzielał mi pierwszej komunii, ale chyba mnie nie pamiętał. Miał za to dane mojej rodziny w kartotece i już na wstępie wypomniał, że nigdy nie przyjmowaliśmy go, kiedy chodził po kolędzie. Usłyszałam też, że ci, którzy mnie ochrzcili, wystąpili przeciw prawu kanonicznemu, bo ochrzcić dziecko można tylko wtedy, kiedy choć jedno z rodziców "żyje w Bogu". Moja decyzja była, zdaniem proboszcza, winą braku katolickiego wychowania. Z tym stwierdzeniem ksiądz mnie zostawił, bo przyznał, że to dla niego pierwszy taki przypadek i nie wie, co ze mną zrobić. Ze słowami "z Bogiem" wstał, dając jasny sygnał, że spotkanie skończone i kazał przyjść za tydzień.

Ku nieskrywanemu zaskoczeniu proboszcza przyszłam i tym razem moje oświadczenie zostało przyjęte. W dodatku obyło się bez złośliwych docinków. Ksiądz był oschły i profesjonalny, przybił na oświadczeniu pieczątkę, złożył podpis i oznajmił, że za dwa tygodnie dostanę akt chrztu z odpowiednią adnotacją. I choć czekam na niego do dziś, kiedy zamknęłam drzwi kancelarii proboszcza, poczułam się wolna.

Swoją radością podzieliłam się na portalu społecznościowym. Obok gradu gratulacji pojawiały się pytania, jak wygląda procedura. Podlinkowałam strony  apostazja.pl wystap.pl , z których sama czerpałam wiedzę. Wielu znajomych było zaskoczonych, że nie trzeba już przyprowadzać świadków i że wystarczy złożyć trzy kopie oświadczenia woli i odpis aktu chrztu. Choć daleko nam do Norwegii, gdzie apostazji od sierpnia można dokonać przez internet (z czego tylko przez pierwsze cztery dni skorzystało 15 000 osób), procedura jest teraz prosta. Teoretycznie, bo w praktyce wygląda to inaczej. Historie, które przesyłają mi znajomi, uświadamiają mi, że w moim przypadku poszło całkiem łatwo.

Punkt informacyjny na temat apostazji zorganizowany przez dwoje młodych ludzi, Warszawa, 2010 r. Na zdjęciu Bożydar Radwański i Anna Juniewicz (fot. Jan Zamoyski/Agencja Gazeta)

"Ksiądz cmokał na mój widok"

Patryk Chilewicz, dziennikarz, apostazji dokonał w wieku 18 lat, ale z Kościołem było mu nie po drodze praktycznie od zawsze. - Nie chciałem być członkiem organizacji, która ma na koncie ludzką krew, liczne malwersacje finansowe oraz dyskryminację prawie wszystkich grup społecznych, które nie są białym, heteroseksualnym mężczyzną z klasy średniej. Odmówiłem wzięcia udziału w bierzmowaniu, już wtedy brzydziła mnie ta hipokryzja. Jako gej ateista nie mógłbym później spojrzeć w lustro - wyjaśnia.

Kiedy po uzyskaniu pełnoletniości Patryk udał się do kościoła złożyć oświadczenie woli, ksiądz próbował go zbyć. Młody wiek, w połączeniu z wyglądem chłopaka (obcisłe spodnie, T-shirt, kolorowe buty) był dla proboszcza wystarczającym powodem, by potraktować go protekcjonalnie. - Gdy wszedłem, od razu zlustrował mnie od góry do dołu i szyderczo się uśmiechnął. A może to nie była szydera, tylko mu się spodobałem? Kto wie... - zastanawia się Patryk. - W każdym razie później cmokał na mój widok. To doprowadziło mnie do furii.

Krzykiem i groźbami zmusił proboszcza do respektowania swoich praw. - Nie wstydzę się, że zrobiłem tamtemu panu wielką awanturę, ponieważ uważam, że z tak opresyjną organizacją można działać jedynie w taki sposób - mówi. Ostatecznie ksiądz przyjął oświadczenie Patryka.

Udało się, bo świadkiem był tata

Anna Plaszczyk, dziennikarka, działaczka fundacji na rzecz zwierząt VIVA!, też ma już za sobą apostazję. Bezpośrednim impulsem do niej był ksiądz, który zasugerował podczas kolędy niemoralne prowadzenie się Anny i jej siostry, czym doprowadził ich mamę do łez. Ale nie był to jedyny powód jej decyzji: - Władze kościelne twierdzą, że ogromna większość Polaków to katolicy, więc Kościół ma prawo uczestniczyć w polityce. Ja się na to nie zgadzam, nie chcę przykładać do tego ręki. Jako politolożka, dziennikarka, feministka nie zgadzam się na kościelne politykowanie - tłumaczy.

Apostazji dokonują nie tylko wierni, ale też duchowni. Na zdjęciu prof. Tomasz Polak, który wystąpił z Kościoła w 2007 r. (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Anna dokonała apostazji razem z siostrą, a świadkiem był ich tata, co ostatecznie zbiło proboszcza z pantałyku. - Długo się migał, mówił coś o dwóch spotkaniach. Przypomniałam mu szybko, że Watykan zadecydował, że można to załatwić podczas jednej wizyty. Zmiękł dopiero, kiedy usłyszał, że jednym ze świadków będzie tata - wspomina Anna. W jej przypadku odpis aktu chrztu z adnotacją o ekskomunice po kilku tygodniach przyszedł pocztą. Kobieta przyznaje, że była zaskoczona, bo w liście nikt nie wspominał o ogniu piekielnym. Pojawiała się jedynie informacja, że nie będzie mogła przyjmować sakramentów, być rodzicem chrzestnym czy zostać pochowana w poświęconej ziemi.

Apostazja niesie za sobą szereg konsekwencji: - jest równoznaczna z ekskomuniką (Kan. 751 i Kan. 1364 § 1 Kodeksu Kanonicznego) - osoba, która dokonała apostazji, zostanie pozbawiona tzw. sakramentów i wszystkich korzyści wynikających z bycia członkiem Kościoła (Kan. 1331, § 1 Kodeksu Kanonicznego). Nie będzie mogła więc zawrzeć ślubu kościelnego, być świadkiem na ślubie, rodzicem chrzestnym czy świadkiem na bierzmowaniu - jest natomiast możliwe uzyskanie zgody na ślub kościelny z osobą wierzącą na specjalnych warunkach - tzw. "ślub jednostronny" (Rozdział VI, Kan. 1125 Kodeksu Kanonicznego) - osoba, która dokonała apostazji, nie będzie mogła zostać pochowana na katolickim cmentarzu (Kan. 1184 § 1, Kan. 1185 Kodeksu Kanonicznego ) - możliwe są też skutki społeczno-obyczajowe, takie jak wykluczenie z lokalnej społeczności czy problemy w pracy

"Raz katolik, zawsze katolik"

Obok gratulacji i historii podobnych do mojej dostałam też trzy prywatne wiadomości o innej treści. Jedna znajoma radziła, żebym przemyślała swoją decyzję, bo nie cały Kościół jest zły, a nie wszyscy księża są tacy, jak ojciec Rydzyk. Podziękowałam i odpisałam, że moja decyzja nie jest wyłącznie wynikiem niechęci do instytucji Kościoła, ale głównie tego, że po prostu nie wierzę w Boga. Autor drugiej wiadomości ostrzegał mnie przed konsekwencjami: "Przecież wy teraz nie będziecie mogli wziąć ślubu kościelnego!". Cóż, z moim partnerem jesteśmy razem od prawie ośmiu lat i dobrze nam bez ślubu. Ze względów praktycznych - bo na związki partnerskie nie ma w Polsce, przynajmniej na razie, co liczyć - pewnie weźmiemy kiedyś cywilny.

Trzecia wiadomość potwierdziła moje obawy, że to, co zrobiłam, najprawdopodobniej będzie miało głównie znaczenie symboliczne. Jej nadawca przypomniał mi, że Kościół lubi liczyć martwe dusze i zniknięcie z jego kartotek graniczy z cudem. O ile pismo z aktem chrztu i adnotacją o ekskomunice najczęściej - prędzej czy później - przychodzi, o tyle Kościół jest wierny zasadzie "semel catholicus, semper catholicus" (łac. "raz katolik, zawsze katolik"). Oznacza to, że informacja o apostazji pojawia się w kościelnych księgach, ale ta o chrzcie nadal tam pozostaje. A wraz z nią moje dane osobowe.

Osoby, które wystąpiły z Kościoła nie mogą brać ślubu kościelnego (fot. pixabay.com)

Tego problemu nie jest w stanie rozwiązać też tzw. "metoda świecka", nazywana też "wystąpieniem". Polega ona na tym, że na adres parafii wysyła się listem poleconym, za zwrotnym poświadczeniem odbioru, odpowiednie oświadczenie. W wariancie optymistycznym proboszcz powinien je uwzględnić i usunąć z kartotek wszystkie dane osobowe, niezwiązane z sakramentami. Aby mieć pewność, że tak się stało, można poprosić w kancelarii parafialnej o odpis z księgi chrztu z adnotacją o wystąpieniu. Niestety, na ten wariant raczej nie ma co liczyć. Proboszcz najczęściej odmawia rozpatrzenia pisma, wskazując ścieżkę kościelną. Co wtedy?

Należy napisać skargę do GIODO (Głównego Inspektora Danych Osobowych). Trzeba w niej poinformować, że proboszcz nie aktualizuje przetwarzanych przez parafię danych osobowych (obywatel z Kościoła wystąpił, a w księgach parafialnych nie ma tej informacji). GIODO wydaje wtedy decyzję administracyjną nakazującą proboszczowi aktualizację danych. I tu pojawia się problem, bo polskie prawo jest napisane tak, że zostawia Kościołowi dużą dowolność interpretacji. Zgodnie z punktem 3 art. 43 ust. 1 ustawy z obowiązku rejestracji zbioru danych zwolnieni są administratorzy danych "dotyczących osób należących do kościoła lub innego związku wyznaniowego, o uregulowanej sytuacji prawnej, przetwarzanych na potrzeby tego kościoła lub związku wyznaniowego". A więc Kościół może je usunąć, ale wcale nie musi, tyle że nie może ich dowolnie przetwarzać. Sprawdzić, czy się do tego zapisu stosuje, czy nie, praktycznie się nie da.

Parafie katolickie jak służby specjalne

Jak pisze aktor Krzysztof Pieczyński na swoim portalu Polska Laicka : "W polskim prawie istnieje wiele przepisów związanych z przynależnością do Kościoła - brak jest jednak przepisów, które by w sposób bezpośredni regulowały kwestię wstępowania i występowania ze wspólnoty religijnej. (...) Istniejące przepisy prawne bardzo często nie są ze sobą zgodne i każdy sposób ich interpretacji można zakwestionować". Można więc albo inwestować czas i pieniądze w długoletni proces sądowy, albo oprawić sobie akt chrztu z odpowiednią adnotacją w ramki czy schować do szuflady i cieszyć się symbolicznym wymiarem swojej decyzji.

Krzysztof Pieczyński (fot. Andrzej Jeziorek)

Szczególnie że - jak przekonuje Maciej Psyk, administrator strony wystap.pl, która wspiera chcących wystąpić z Kościoła na drodze świeckiej - "Polaków pozbawiono prawa do decyzji GIODO w sprawie sporów z parafiami katolickimi". - Inaczej mówiąc, mamy w tej sprawie związane ręce. Jeśli chodzi o jakiekolwiek sprawy kościelne, GIODO ma się, delikatnie mówiąc, odczepić, bo oficjalnie nie ma uprawnień. Państwo zrównało parafie katolickie ze służbami specjalnymi. I to jest obecny stan batalii - kwituje Psyk. I dodaje, że jedyna nadzieja na uregulowanie sprawy pozostaje w rękach Watykanu, a ten woli się zajmować innymi sprawami.

Wystąpienie z Kościoła - metody świeckie METODA 1. (bez pisemnego potwierdzenia wystąpienia) - Można złożyć wniosek o wystąpienie z Kościoła, powołując się na Art. 2 Ustawy o Gwarancjach Wolności Sumienia i Wyznania. - Takie pismo należy złożyć w parafii chrztu, wraz ze świadectwem chrztu - dowodem, że jest się członkiem Kościoła. - Podpis pod dokumentem trzeba potwierdzić u notariusza i wysłać go listem poleconym do parafii chrztu, wraz z kopią do kurii. METODA 2. (z potwierdzeniem wystąpienia) Kolejny sposób jest też nazywany metodą "włoską". Bazuje ona na włoskiej Ustawie dot. ochrony danych osobowych (która z kolei opiera się na Dyrektywie 95/46/WE Parlamentu Europejskiego). - Każdy dorosły obywatel włoski, który wie, gdzie był chrzczony, bierzmowany lub gdzie otrzymał pierwszą komunię, ma prawo zwrócenia się do odpowiedniego proboszcza z prośbą o dokonanie adnotacji w księdze chrztów o wystąpieniu z Kościoła katolickiego. Należy ją przesłać listem poleconym z dołączoną kserokopią dowodu tożsamości. - Proboszcz jest zobowiązany do odpowiedzi w ciągu 15 dni. - Prawo nakazuje administratorowi danych osobowych dokonywać ich aktualizacji, gdy właściciel danych tego zażąda.

"Apostazja jest bolesna i smutna"

Jak polski Kościół reaguje na to, że wierni chcą opuszczać jego szeregi? Zdaje się nie zauważać problemu. Ksiądz Piotr Studnicki, rzecznik prasowy archidiecezji krakowskiej, twierdzi, że liczba apostazji na jej terenie utrzymuje się od kilku lat na podobnym poziomie i jest zbliżona do liczby chrztów dorosłych i konwersji na katolicyzm. Dla przykładu: w 2014 roku apostazji było 28, chrztów dorosłych i konwersji - 30, natomiast w 2015 roku te liczby wynosiły odpowiednio 33 i 35. Danych z tego roku ksiądz Studnicki jeszcze nie posiada.

Katolikami jest 92 proc. Polaków, ale tylko 39 proc. z nich deklaruje regularne uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej (fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)

Dowiaduję się za to, że "każda apostazja jest dla wspólnoty kościelnej bolesna i smutna. Z drugiej strony, "Kościół szanuje wolny wybór człowieka oraz jego prawo do wolności sumienia i wyznania". Ksiądz Studnicki informuje mnie też, że Kościół podejmuje wiele działań, aby "dotrzeć do młodych z Ewangelią". Jakich? Mają ich przekonać Światowe Dni Młodzieży, które "pokazały żywą wspólnotę ludzi wierzących, którzy wspólnie szukają Boga i nawzajem się w tym wspierają. Mniejsze (oczywiście w zestawieniu z ŚDM) wydarzenia o charakterze ewangelizacyjnym, skierowane do młodych, to np. Młodzież i Miłosierdzie, czy cykl spotkań "ŚDM-jesteśmy razem" - wymienia ksiądz Studnicki.

Czy to wystarczy? Odpowiedzi dostarczą w najbliższych latach kolejne kościelne statystyki, dotyczące aktów apostazji z jednej strony i chrztów oraz innych sakramentów z drugiej.

Sprawdź też książkę: "Zakonnice odchodzą po cichu" >>

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Uczestniczka warsztatów Fashion Writing w ramach Art & Fashion Festival, których efektem był "Aff Magazyn". Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.

Zobacz wideo

Natalia Jeziorek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ i Wydziału Form Przemysłowych ASP. Na florenckiej Polimodzie studiowała fashion marketing i organizację eventów. Obecnie współpracuje z magazynem "K MAG", portalami Sezon, Pride i Enter the Room.