Społeczeństwo
(fot. weekend.gazeta.pl)
(fot. weekend.gazeta.pl)

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku dwóch rosyjskich artystów postanowiło sprawdzić , jakie dzieła sztuki podobają się najbardziej obywatelom wybranych nacji. W tym celu Witalij Komar i Aleksy Melamid przygotowali szczegółową ankietę, za pośrednictwem której chcieli poznać estetyczne preferencje osób, które zdecydowały się wziąć udział w eksperymencie. Zwieńczeniem ich badań były obrazy zawierające wszystkie elementy wskazane przez przedstawicieli poszczególnych państw. Wśród "dzieł idealnych" przeważały leśne, górskie i morskie pejzaże, zaludnione przez dzieci lub... baletnice. Pojawiły się też łosie. Efekt był tyleż intrygujący, co kuriozalny.

Dlaczego o tym wspominam? Kiedy redakcja Weekendu zleciła napisanie tekstu poświęconego temu, jakie obrazy uwielbiają Polacy, czym najchętniej przyozdabiają ściany swoich mieszkań i domów, rozpocząłem gromadzenie materiałów. O rosyjskim projekcie usłyszałem od profesora Marka Zgórniaka z Instytutu Historii Sztuki UJ. Pojawił się jednak problem: na liście krajów objętych "artystyczną ankietą" zabrakło Polski.

Jak wyglądałby obraz stanowiący kompilację nadwiślańskich malarskich motywów? W tej sprawie musiałem przeprowadzić własne śledztwo.

Bez koni ani rusz

Poszukiwania zaczynam w galerii Miasto Sztuki, znajdującej się paręnaście metrów od krakowskiego Małego Rynku. Właściciel, pan Łukasz, informuje mnie, że jego klienci najbardziej zainteresowani są obrazami o charakterze, nazwijmy to, batalistyczno-konnym. Mowa tu przede wszystkim o malarstwie Kossaków. - Sygnatura jest dla Polaków czymś szalenie ważnym. Zdecydowanie wolą Jerzego Kossaka, który moim zdaniem nie należał do najwybitniejszych twórców, od dzieł mniej znanych malarzy, które są często znacznie lepsze pod względem artystycznym oraz dużo tańsze - twierdzi. Wspomina, że dysponował swego czasu obrazem Wojciecha Kossaka w bardzo konkurencyjnej cenie. Klienci kręcili nosem, gdyż dzieło nie zawierało sceny batalistycznej.

Orlęta - obrona cmentarza. Wojciech Kossak (fot. Wikimedia.org / domena publiczna)

Można odnieść wrażenie, że mit o ziemiańsko-rycerskim rodowodzie Polaków ma duży wpływ na to, jak urządzają salony. Stawiają również na morskie oraz górskie pejzaże (tak jak w większości krajów, którym przyjrzeli się Komar i Melamid) oraz obrazy religijne - ze wskazaniem na ikony. Pan Łukasz podkreśla, że jeżeli jego klienci wybierają malarstwo sakralne, to sięgają po wizerunki Chrystusa bądź Matki Boskiej i pomijają przy tym mniej popularnych świętych, często rezygnując w ten sposób z wyjątkowych dzieł.

Trudno jednak traktować klientów galerii artystycznych, gotowych zapłacić za obraz od kilkuset do kilkudziesięciu tysięcy złotych, jako do końca reprezentatywną grupę. Decyduję się więc na podróż po polskich domach.

Syberia i kresowy sentyment

Szczęśliwie trafiam do świątyni stylu retro i szeroko pojętej tradycyjności. Mieszkanie pani Marty i pana Jerzego, pięćdziesięciolatków ze Świdnicy na Dolnym Śląsku, mieści się w efektownej niemieckiej kamienicy. Obszerny salon pełen jest ciemnobrązowych mebli przywodzących na myśl mieszczańskie gusta rodem z dziewiętnastego wieku.

Na ścianie obrazy, przedstawiające między innymi: wilka na śnieżnym wzgórzu, konia ciągnącego sanie i kozackich wojowników. Co ciekawe, pani Marta* namalowała obrazy własnoręcznie. Stylistycznie dzieła nawiązują choćby do twórczości Delacroix.

Mit o ziemiańsko-rycerskim rodowodzie Polaków ma duży wpływ na to, jak urządzają salony (fot. archiwum prywatne)

Małżeństwo niechętnie opowiada o znajdujących się w salonie malowidłach. - No cóż, konie są po prostu atrakcyjne wizualnie - twierdzi pani Marta. - Co prawda boję się tych zwierząt, ale to nie znaczy, że nie mogę ich namalować . Mąż dodaje natomiast: - Interesuję się historią, lubię militaria, więc tego typu wystrój bardzo mi odpowiada .

Z pomocą przychodzi dorosła córka pani Marty i pana Jerzego, 27-letnia Karolina, która jest z wykształcenia... historykiem sztuki. - Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, można by stwierdzić, że chodzi o kresowo-chłopski sentyment związany z pochodzeniem. Dziadek od strony mamy handlował końmi, co czwartek jeździł na targ. Jest to więc w pewnym sensie związane z latami jej dzieciństwa - mówi.

Gdy rzucamy okiem na śnieżne pejzaże znajdujące się w salonie, Karolina dzieli się ze mną fachową wiedzą: - Z tego, co sobie przypominam, mama namalowała sporo obrazów na podstawie albumu Iwana Szyszkina, rosyjskiego pejzażysty, który specjalizował się choćby w syberyjskich landszaftach. Dziadek został przecież zesłany na sam środek Syberii, skąd wrócił do Polski piechotą.. .

Poranek w sosnowym lesie - jeden z najsławniejszych obrazów Szyszkina (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że stałe elementy wystroju polskich domów mogą kryć w sobie bogactwo rozmaitych prywatnych historii. A to dopiero początek.

"Wolę dworek niż jelenia na rykowisku"

Mieszkanie 78-letniej pani Barbary i 81-letniego pana Stanisława z podkarpackiego Lubaczowa nazwałbym z przymrużeniem oka wzorcowo polskim. W salonie znajdziemy wszystkie charakterystyczne elementy, takie jak obrus dekorujący telewizor, paprotki czy wszechobecną drewnianą boazerię.

Boazeria tym razem stanowi tło dla prawdziwej galerii. Czegóż tutaj nie ma! Obrazy marynistyczne, wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, martwe natury, wiejska chatka nieopodal uroczyska (jak mówi ze śmiechem wnuk mieszkańców, 29-letni programista Krystian, to jego ulubiony obraz), szlachecki dworek i inne. Wszystko to ciasno ulokowane na jednej ze ścian. Chciałoby się powiedzieć: serce domu.

Popularne wśród Polaków są m.in. obrazy przedstawiające dawne szlacheckie dwory (fot. archiwum prywatne)

Pani Barbara i pan Stanisław machają na to ręką. Jak twierdzi moja rozmówczyni: - To kicz, ale jak już wiszą, to niech wiszą! Być może to wyraz niepotrzebnego zawstydzenia, gdyż - jak się dowiaduję - część obrazów została nabyta z premedytacją przez domowników. Wnuk dobrze pamięta ich rodowód: - Poza wazami i żaglowcami dziadek kupił większość w Veritasie, sklepie z dewocjonaliami, w którym w latach 90. można było też nabyć kasety magnetofonowe: od disco polo po metal! Resztę opychał dziadkom mój ojciec, nauczyciel, który dostawał takie prezenty i nie wiedział, co z nimi zrobić .

Uwagę zwraca wspomniany wcześniej dworek, którego wizerunek znajdziemy na ścianie pokoju pani Barbary. Krystian uważa, że to wyraz tęsknoty za rozmaitymi kresowymi mitami, jak ten o własnym, zacisznym domostwie ulokowanym w otoczeniu przyrody. - Przyznam, że wolę dworek niż jelenie na rykowisku. Obraz może nie jest najwybitniejszy, ale tchnie od niego pewnym spokojem i nostalgią - twierdzi wnuk.

Jeleń dla hipstera

A skoro przy słynnych jeleniach jesteśmy, warto skupić się na genezie owej mody. Jak mówi doktor Wojciech Szymański, historyk sztuki z Uniwersytetu Wrocławskiego, początkowo występowały przede wszystkim we wnętrzach domów należących do przedstawicieli wyższych warstw społecznych. - Zanim jelenie stały się tematem tanich oleodruków i motywem zdobiącym talerze, zasiedlały ściany arystokratycznych pałacyków myśliwskich jako trofea lub ich wyobrażenia - mówi historyk sztuki.

Zwierzęta to jeden z motywów cieszących się największym zainteresowaniem ze strony klientów (fot. archiwum prywatne)

Wraz ze zmierzchem arystokratycznego porządku i stopniowym wyodrębnianiem się mieszczaństwa, jelenie trafiły do domostw zamieszkiwanych przez niższe warstwy. - Ich znaczenie uległo po prostu zmianie. Jeleń na rykowisku na makatce w drobnomieszczańskim wnętrzu nie jest naturalnie obrazem zdobytego kiedyś trofeum, lecz raczej dowodem sentymentu i tęsknoty za coraz bardziej niedostępną dziką naturą - dodaje doktor Szymański.

Co ciekawe, dziś mamy do czynienia z kolejną zmianą zastosowania wspomnianych obrazów. Kiczowate malowidła mogą stać się bowiem obiektem hipsterskiego pożądania. Weronikę, 26-letnią farmaceutkę z Krakowa, na pierwszy rzut oka skojarzylibyśmy raczej z berlińską imprezą techno lub estetyką spod znaku "suicide girl". Tatuaże, vansy, farbowane na czarno włosy i ray-bany na pozór nijak nie pasują do myśliwskich trofeów. Nic bardziej mylnego: aby zdobyć obraz z ulubionym motywem, moja rozmówczyni posunęła się nawet do przekroczenia prawa.

- Jelenie wisiały w toalecie w jednej z knajp na krakowskim Kazimierzu. Nie ukrywam, że byłam dość mocno pijana i uznałam, że muszę mieć to w swoim mieszkaniu. Dysponowałam na szczęście sporą torbą, dlatego mój wyczyn przeszedł niezauważony. Nie jestem z siebie dumna, ale przyznam, że podoba mi się ten obraz - jest dziwny, nieco kampowy. Jelenie na ścianie zawsze wydawały mi się synonimem złego gustu, ale po latach doceniłem je. To element, który dobrze "udziwnia" przestrzeń - wyznaje Weronika.

Krajobraz leśny z jeleniem. Obraz Feliksa Brzozowskiego z 1875 r. (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Czy malowidła znane z mieszkań dziadków i rodziców mają szansę na drugą młodość w dwudziestym pierwszym wieku? Emilia Obrzut, pomysłodawczyni inicjatyw "Wysoki Połysk" i "Patyna", z założenia rehabilitujących przedmioty znane z PRL-u, twierdzi, że to możliwe: - Kicz "per se" to osobna kategoria, do której mam wyjątkową słabość. Sukces przedmiotów "vintage klasy B" polega na ich stosunkowo niskiej cenie oraz małej dostępności, co czyni je zarówno obiektem masowego pożądania, jak i towarem ekskluzywnym. Poza tym: posiadanie takich przedmiotów wywołuje uśmiech na twarzy. A przecież o to chodzi, żeby w swoim domu czuć się dobrze.

Lęk przed świętym obrazkiem

Wróćmy na moment do wspomnianego wcześniej malarstwa religijnego. Choć może należałoby powiedzieć: reprodukcji tegoż, na ogół charakteryzujących się dość niską wartością artystyczną. Co ciekawe: wspólnym doświadczeniem tej części moich rozmówców, która reprezentuje młodsze pokolenie urodzone w latach 80. i 90., jest nie opór wobec kiepskich pod względem warsztatowym obrazów (lub ich kopii), a swego rodzaju dziecięcy lęk z nimi związany.

Mieszkanie pana Zdzisława z Ułanowa, 72-latka, sprawia wrażenie prawdziwego reliktu dawnych czasów. Nad okrytym kapą tapczanem wisi obraz Świętej Rodziny, która pod względem kolorystycznym przypomina monidła, czyli ślubne "obrazy" powstałe w oparciu o zdjęcia. W innym z pomieszczeń dostrzegam portret młodego Chrystusa, z którym sąsiadują rodzinne trofea, takie jak puchary zdobyte przez wnuczęta w zawodach sportowych. Wreszcie: ścianę w salonie wieńczy wizerunek ojca Pio w otoczeniu poroży.

Święty ojciec Pio to jeden z najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego (fot. Lowdown / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0 / Solomenco Bogdan / Wikimedia.org / CC-BY-SA-3.0)

Sam gospodarz ma, jak w większości przypadków, dość obojętny stosunek do tych dzieł. Ich obecność wydaje mu się zupełnie naturalna: - To normalne, że katolik ma w swoim domu tego typu rzeczy, nie widzę w tym nic dziwnego. A co do ich jakości: nie jestem znawcą sztuki, to po prostu typowe religijne obrazki .

Krewna pana Zdzisława, 24-letnia Paulina, ma jednak nieco inne zdanie na ten temat: - Ilekroć odwiedzaliśmy wujka i zostawaliśmy na noc, umierałam ze strachu. W tych starych obrazach, a właściwie kopiach, jest coś bardzo przerażającego. A to, w połączeniu ze starym domem, rodzi w dziecięcej głowie masę myśli dotyczących duchów czy zasłyszanych historii o opętaniach. To dziwne, bo tego typu obrazy powinny raczej budzić poczucie bezpieczeństwa. Może to przez te kolory, a może przez ich ogólną niezgrabność .

Jan Paweł II z dywanu

Tego typu problemu nie ma raczej 25-letni Kamil, który pochodzi z małopolskiej miejscowości Limanowa. Centralne miejsce w salonie jego rodziców zajmują fotografie rodziny, na których towarzyszy im Jan Paweł II. - To pamiątka z lat 90., z Rzymu. Swego rodzaju obiekt kultu w moim domu, choć mówię to z przymrużeniem oka - stwierdza mężczyzna.

Wizerunek świętego Jana Pawła II często gości na ścianach polskich domów (fot. archiwum prywatne)

Dużo większą uwagę przykuwa jednak inny artefakt znajdujący się w tym samym pomieszczeniu. Ponieważ mamy jako naród bogate tradycje związane z arrasami (mowa o znajdującej się na Wawelu kolekcji zamówionej przez króla Zygmunta Augusta - przyp. red.), w polskich domach nie brakuje "dzieł dywanowych", które można by nieco ironicznie nazwać gobelinami. W domu rodzinnym pana Kamila znajduje się sporej wielkości wizerunek polskiego papieża, który wznosi się w rozmodlonej pozie nad jasnogórskim klasztorem.

- Rodzice zauważyli coś takiego u swoich znajomych. Spodobało im się, więc ich przyjaciele załatwili im takie jedno "dzieło". Dziś jest stałym elementem wystroju domu. Jedni domownicy uważają gobelin za piękny, drudzy za kuriozalny, ale nikt raczej nie myśli o tym, żeby go zdjąć. Przyjął się - puentuje Kamil.

Żyd z pieniążkiem koło pieca

Niektóre z tandetnych obrazów mogą budzić naprawdę negatywne konotacje. Tak jest chociażby w wypadku "Żyda z pieniążkiem", którego możemy spotkać zarówno w prywatnych mieszkaniach, jak i w biurach, bankach czy...  hipermarketach - mowa o wizerunku ortodoksyjnego Żyda trzymającego w dłoniach monetę lub mieszek tudzież liczącego pieniądze.

Posiadanie takiego właśnie malowidła ma zapewnić domownikom pomyślność i stabilizację majątkową. Częstym elementem obrazków są porzekadła w rodzaju "Żyd w sieni, pieniądze w kieszeni". Jak zauważa prof. Joanna Tokarska-Bakir, antropolożka kultury, pozornie niewinny jarmarczny talizman może być nośnikiem stereotypów i zaszłości historycznych. "Do polskiego domu Żyd był wpuszczany co najwyżej do sieni" - pisze Tokarska-Bakir w tekście "Żyd z pieniążkiem. Analiza polskiego emblematu folklorystycznego".

Choć moi rozmówcy, tacy jak państwo Mreżarowie z Wrocławia, którzy zawiesili obrazek w przedpokoju, twierdzą, że gest ten nie stanowi dowodu antysemickich sympatii, to jednak jego popularność bazuje na stereotypie majętnego i skąpego Żyda trudniącego się lichwą. I łączy się z przesądami, w których popularność trudno w XXI w. uwierzyć. - Sąsiadka powiedziała nam, że powieszenie na ścianie "Żyda" znacznie polepszyło jej status finansowy - opowiada pan Tomasz. -Moja mama, która notabene jest wierząca - jak widać nie tylko w Boga - stwierdziła, że na wszelki wypadek też zaopatrzy się w taki wizerunek Żyda.

Na obrazach Żydów przedstawia się razem z... monetami (fot. archiwum prywatne)

Ostatecznie obraz trafił do piwnicy, gdyż nie pasował do wystroju domu. Wcześniej jednak kilkakrotnie zmieniał miejsce, a jedną z lokalizacji można by, delikatnie rzecz ujmując, nazwać bardzo niestosowną. - Najchętniej wysłałbym panu zdjęcie z czasów, gdy obrazek wisiał koło pieca. Brzmi to okropnie, ale dobrze ukazuje absurd tego zwyczaju - kończy mój rozmówca.

Kicz w wielkim formacie

Jak wszystko wokół, kicz i tandeta również idą z duchem czasu i podlegają prawom wszechobecnej cyfryzacji. Pierwszym sygnałem dotyczącym tego, że jelenie i dworki przestaną być kluczowym elementem wystroju polskich salonów, było pojawienie się (tak popularnej w latach 80. i 90.) fototapety. W czasach, gdy biura podróży nie kusiły jeszcze bogatą ofertą wyjazdów last minute, wystarczyło kilka rolek zadrukowanego papieru i już: ściana mieszkania z wielkiej płyty tworzy iluzję wczasów na Bali.

Dziś tapety z tropikalnymi krajobrazami budzą raczej rozrzewnienie i przywodzą na myśl wspomnienia z okresu transformacji. Nie znaczy to jednak, że Polacy zrezygnowali z dekorowania swoich pokoi zdjęciami w dużym formacie. Jak mówi pan Łukasz z Miasta Sztuki: - Ludzi, którzy nie są kolekcjonerami sztuki i przychodzą kupić jakiś obraz "ot tak, żeby mieć co powiesić w domu", już prawie nie ma. Większość woli pójść do sieciówki lub zamówić sobie w internecie wielkie zdjęcia, np. z panoramą miasta. To nic, że wszyscy takie mają - tak jest dużo taniej, łatwiej.

Po co mieszkańcom, dajmy na to, Wieliczki, wielkoformatowy widok Nowego Jorku? - Takie zdjęcie dodaje mieszkaniu nieco klasy, jakiegoś takiego bardziej światowego posmaku. W końcu to Nowy Jork - jedna ze stolic wszechświata - śmieje się Martyna, mieszkanka podkrakowskiej miejscowości, na co dzień pracownica jednej z firm outsourcingowych znajdujących się w stolicy Małopolski. M-3 mojej rozmówczyni, które zajmuje wraz z mężem Adamem, zdaje się na pierwszy rzut oka książkowym przykładem tego, jak urządzają wnętrza "korpotrzydziestolatkowie": Ikea, Ikea, Ikea i wiszący nad sofą Nowy Jork.

Fototapeta wśród młodszego pokolenia jest dużo bardziej popularna niż obrazy (fot. archiwum prywatne)

Mąż Martyny w pełni popiera jej słowa dotyczące wspomnianej dekoracji. Mało tego: w jego pokoju, który pełni też rolę biura, znajdziemy oprawiony plakat ze znaną fotografią: robotnicy pracujący przy budowie Chrysler Building raczą się śniadaniem, siedząc bez zabezpieczenia na znajdującym się kilkaset metrów ponad miastem rusztowaniu. - Wiem, jak to wygląda - mówi Adam - wbrew pozorom jednak nie jesteśmy jakimiś fanatykami Stanów Zjednoczonych. Ten mit Ameryki jest chyba po prostu charakterystyczny dla pokolenia lat 80. i 90. Karmiono nas nim, choćby poprzez kasety wideo. Umówmy się, każdy, kto chce osiągnąć sukces, dąży raczej do tego, żeby mieszkać w Nowym Jorku lub w Londynie, a nie w Warszawie. Pewnie w tych dekoracjach jest jakaś tęsknota za czymś lepszym .

Jak twierdzi Monika Kozień z Muzeum Fotografii w Krakowie, redaktorka "Hawaikum" (zbioru tekstów o "egzotycznych" elementach wystroju polskich domów): - Problem tkwi w braku naturalności, prawdy. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wiele domów, ogrodów, restauracji to nie efekty prawdziwych pragnień, ale chęci zrobienia wrażenia. Ciekawe, jak wyglądałoby nasze otoczenie, gdyby każdy robił, co mu się podoba, ale jednocześnie nie starał się nikomu przypodobać ani nie leczył swoich kompleksów .

Do wspomnianego przeświadczenia, że życie jest gdzie indziej, dochodzi więc chęć zaimponowania innym. A ponadto: choć panorama efektownego miasta nie musi być wcale z założenia kiczowata, tandetność sprzedawanych w sieciówkach reprodukcji tkwi pewnie w fakcie, że nie ma w nich ani krzty oryginalności.

Wszyscy jesteśmy kiczowaci

Czy Polacy wyróżniają się jako naród pozbawiony dobrego smaku? Specjaliści, z którymi się kontaktowałem, zaprzeczają. - "Dobry" i "zły" gust to perfidne narzędzia społecznego różnicowania, degradacji - twierdzi profesor Maria Poprzęcka, autorka książki "O złej sztuce". - Nic nas nie upoważnia do lekceważenia archetypicznych marzeń i przekonywania ludzi do wieszania w mieszkaniach geometrycznych abstrakcji w burych kolorach. Dajmy ludziom wolność w ich prywatności.

Doktor Wojciech Szymański podkreśla natomiast, że kiczowate elementy wystroju są czymś naturalnym w całej Europie. - We Włoszech i w Polsce na ścianach wisieć będą reprodukcje złego dziewiętnastowiecznego malarstwa religijnego i kalendarz z papieżem. Dla angielskich wnętrz urządzonych w złym smaku charakterystyczne są reprodukcje płócien z wizerunkami malowniczego, rodzimego pejzażu, a także niezliczone miękkie, tapicerowane elementy, wywodzące się wprost z wiktoriańskich czasów .

Dworki szlachecke, sceny batalistyczne, święci - to najczęściej spotykane w polskich domach motywy artystyczne (fot. weekend.gazeta.pl)

Szlachecko-ziemiańskie ciągotki Polaków prof. Poprzęcka nazywa "nieco śmieszną, trochę zrozumiałą, mieszaniną snobizmu, kompleksów i słabego poczucia tożsamości". - Wszystko to jest oczywiste i nieuniknione w czasach społecznych przemian. Natomiast szkodliwość społeczna tego typu mód jest bardzo niska - mówi. Moi rozmówcy podkreślają, że zdecydowanie większym zagrożeniem niż kiepskie obrazy na ścianach jest dziś zaśmiecona przestrzeń publiczna, wszechobecne reklamy czy pasteloza polskich blokowisk.

Może warto więc spojrzeć na nasz rodzimy kicz nieco przychylniej? Gdybyśmy mieli stworzyć zarys obrazu "Poland's Most Wanted", byłby to zapewne zaciszny ziemiański dworek, wokół którego przechadzają się jelenie i zbrojni kawalerzyści, a nad którym góruje sylwetka Jana Pawła II. Tandetne do granic możliwości? Możliwe. Dopóki nie powielamy jednak w ten sposób szkodliwych stereotypów, wszystko jest w porządku. Gorzej, jeżeli na ganku owego dworku zasiądzie pazerny Żyd skrzętnie liczący monety.

*Niektóre imiona zostały zmienione na prośbę rozmówców Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl , stały współpracownik Gazeta.pl i Wirtualnej Polski. Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi firmę graficzno-odzieżową UNDO.