Społeczeństwo
(fot. AP Photo/Chris Carlson)
(fot. AP Photo/Chris Carlson)

O wygranej Donalda Trumpa napisano już wiele, a jednak wciąż trudno zrozumieć fenomen tego zwycięstwa. Pełnia władzy trafia w ręce nieprzewidywalnego, ale skutecznego milionera, gwiazdy tabloidów, człowieka, który nigdy wcześniej nie był politykiem. W kampanii wyborczej aktualny prezydent USA obrażał sporo grup społecznych. Otworzył puszkę Pandory i sprawił, że na salonach usłyszeliśmy słowa, których autor jeszcze kilka miesięcy temu nie miałby tam wstępu.

"Zwycięża Donald Trump, człowiek, który także pogardza kobietami" - napisała dzisiaj rano na swoim fanpage'u Krystyna Janda. Rzeczywiście, trudno inaczej myśleć o kimś, kto nawet swoją córkę określił mianem "piece of ass" ("kawał d*py"). Z kolei na Twitterze Trump pozwolił sobie na kąśliwą uwagę, że skoro Hillary Clinton nie może usatysfakcjonować swojego męża, to nie powinna zakładać, że potrafi usatysfakcjonować Amerykę. Nawiązał tym samym do romansu Billa Clintona, który prawie pozbawił go prezydentury. Trump obrażał Hillary, ale też swoją rywalkę z Partii Republikańskiej, dziennikarki, z którymi rozmawiał, właściwie wszystkie kobiety, które znalazły się w zasięgu jego niewyparzonego języka.

(fot. Michael Vadon / Wikimedia.org / CC-BY-SA-4.0)

Największa afera wybuchła jednak kilka tygodni przed wyborami. "Washington Post" ujawnił wtedy taśmę, na której zostały utrwalone wypowiedzi Trumpa z 2005 roku o tym, jak wykorzystując pozycję celebryty, molestuje seksualnie piękne kobiety, "bo ma do nich słabość". Wydawało się, że te słowa wstrząsną amerykańską opinią publiczną. I wstrząsnęły. Ale nie na tyle, by Trump przegrał. Jak to możliwe?

- Można powiedzieć cynicznie, że seksizm Trumpa wypłynął za wcześnie - tłumaczy Agnieszka Graff, feministka i amerykanistka. - To znaczy, że gdyby te taśmy wypłynęły nie kilka tygodni przed wyborami, a trzy dni przed nimi, to miałyby szanse go pogrążyć. Taka jest dynamika mediów, że to, co świeższe, przykrywa to, co było wczoraj.

Zgodnie z tą logiką Trump po raz kolejny powtórzył zarzuty o służbowych mailach Hillary Clinton wysyłanych z niezabezpieczonych komputerów i chociaż nie było w nich nic nowego, to sprawiły, że zbladła "afera taśmowa", której sam był bohaterem.

Podobne odczucia ma Agnieszka Legutko, która przyglądała się amerykańskim wyborom z bliska, bo od lat wykłada język, literaturę i kulturę jidysz na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Przyznaje, że kiedy po ujawnieniu nagrań część Republikanów wycofała swoje poparcie dla Trumpa, wydawało się, że to będzie przełomowy moment w kampanii. Przegrana Clinton to - zdaniem Legutko - w dużej mierze wina mediów: - Nieproporcjonalna wprost uwaga mediów była poświęcana niedociągnięciom Clinton, podczas gdy szokujące czyny Trumpa były puszczane płazem: szwindle jego fundacji i jego biznesów, jego otwarty rasizm, niepłacenie podatków, oskarżenia o molestowanie seksualne. Pokazuje to, że białemu mężczyźnie wciąż wolno praktycznie wszystko. Nie wspominając już o tym, że te wybory przebiegały w atmosferze reality show, w której nie dochodziło do głębszej analizy .

(fot. Michael Vadon / Flickr / CC-BY-SA-2.0)

Pozytywnym aspektem upublicznienia wynurzeń Donalda Trumpa, na jaki zwraca uwagę Agnieszka Legutko, jest dyskusja o powszechnym doświadczeniu molestowania seksualnego, która rozpoczęła się w amerykańskich mediach społecznościowych. Wynika z niej, że większość kobiet miała do czynienia z zachowaniami tego typu - od gwizdów na ulicy, przez niewybredne komentarze, po gwałty. Mimo tej dyskusji wybory wygrał Donald Trump, który twierdzi, że jeśli podoba mu się kobieta, to po prostu podchodzi do niej i zaczyna ją całować.

- Błędem jest założenie, że nie jesteśmy seksistami - twierdzi Ewa Jarczewska-Gerc, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS. - Przecież kobiety stanowią większość społeczeństwa, więc nawet gdyby wszyscy mężczyźni zagłosowali na Trumpa, to bez głosów kobiet by nie wygrał. Te wyniki byłyby inne, gdyby Clinton była mężczyzną, a Trump był kobietą. Przekonaliśmy się też, że łatwiej zostać prezydentem USA Afroamerykaninowi niż kobiecie.

Zza oceanu płyną podobne tezy. Agnieszka Legutko z Uniwersytetu Columbia przypomina, że na Trumpa głosowało wiele kobiet z klasy robotniczej i średniej, ale szokujące jest to, że wygrał także wśród przedstawicieli białej średniej klasy z wyższym wykształceniem: - Pojawia się wiele głosów, że właściwie rozpoznał oburzenie białych heteroseksualnych mężczyzn na wzrastające równouprawnienie kobiet i mniejszości. To tylko potwierdza tezę, że patriarchat wciąż trzyma się świetnie. Wiele osób głosowało na Trumpa dlatego, że nie chciało głosować na kobietę. Kwestia gender pojawiała się w kampanii przelotnie, nigdy nie została zgłębiona i przeanalizowana.

A może skoro mimo jawnie seksistowskich wypowiedzi Donald Trump pokonał kobietę, to znaczy, że kwestia płci nie była taka istotna, jak nam się wydaje? Agnieszka Graff podkreśla, że wśród kobiet o niższym wykształceniu, które tym razem poparły Trumpa, 8 lat temu wygrał Barack Obama: - Słowo "seksizm" jest słowem z lewicowego słownika, ale w języku konserwatywnym takie zachowanie jest nazywane chamstwem czy zepsuciem obyczajów. I ludzi, którzy tak je nazwą, jest więcej. Wcale nie podobało im się zachowanie Trumpa, ale dla nich kluczowe było to, że są w trudnej sytuacji.

Agnieszka Graff tłumaczy, że Amerykanie są bardzo przepracowanym społeczeństwem, bez zabezpieczeń społecznych, z już ogromnymi i rosnącymi wciąż różnicami. W wyborach zagłosowali ludzie zdesperowani, którzy od lat nie mieli podwyżki. - Jak się jest w takiej sytuacji egzystencjalnej, to można się oburzyć, że jakiś typek obmacuje kobiety, ale to nie jest najważniejsze - dodaje.

(fot. Gage Skidmore / Wikimedia.org / CC-BY-SA-2.0)

Partia Demokratyczna, nominując Hillary Clinton, a nie lewicowego kandydata Berniego Sandersa, nie rozpoznała skali niezadowolenia społecznego związanego z nierównościami o charakterze ekonomicznym. Te emocje są dużo silniejsze niż kwestie tożsamościowe. Graff tłumaczy, że wielu amerykańskich analityków twierdzi dzisiaj, że gdyby naprzeciwko Trumpa stanął Sanders, to jego szanse byłyby większe niż szanse Clinton. To zaskakująca teza. W czasie, kiedy decyzja o wyłonieniu kandydata Demokratów w walce o fotel prezydencki była podejmowana, niewiele osób tak uważało. Dzisiaj widać jednak wyraźnie, że chociaż Trump nie jest, oczywiście, lewicowcem, to jego populizm odpowiada na te same potrzeby, co oferta Berniego Sandersa.

Jest też inna przyczyna porażki Clinton. - Hillary nie udało się zmobilizować młodych kobiet - mówi Agnieszka Graff. - Liczyła na ten elektorat, ale ta grupa w dużej mierze głosowała na trzeciego kandydata - to są ludzie, którzy pozostali po Sandersie, głosowali z nadzieją, że Trump, polityczny outsider, gwiazda tabloidów, utrze nosa elitom. Kwestia genderowa przestała być taka istotna, bo mamy do czynienia z ogromnym kryzysem społecznym i politycznym wywołanym przez neoliberalizm.

Agnieszka Legutko z Nowego Jorku pisze, że nastroje są tam niemal apokaliptyczne. Wieczorem, jeszcze w trakcie trwania kampanii, przeważało niedowierzanie, ale ciągle tliła się nadzieja. Popularne były "election parties" - wiele osób wspólnie oglądało relacje z wyborów. Nad ranem, kiedy wyniki nie pozostawiały już wątpliwości, dominowało przerażenie, absolutny szok, panika i lęk przed jutrem. Społecznościowe media pełne są wypowiedzi, że niewyobrażalne jest to, co się właśnie stało, że to koniec świata, jaki znamy. Niektórzy twierdzą, że nadszedł czas na rewolucję i wyjście na ulice.

Ewa Jarczewska-Gerc podkreśla, że wynik wyborów w USA pokazuje, iż feministki ciągle mają pełne ręce roboty: - Feminizm nie zakończył jeszcze swojej misji. Ten proces ciągle trwa i dyskusja jest żywa. A to, że Trump robił takie, a nie inne uwagi, wcale mnie nie szokuje - mężczyźni mówią o kobietach w taki sposób i kobiety też. Bardziej przerażające jest to, że ludzie na niego mimo wszystko zagłosowali. Bardziej przeraża mnie postawa wyborców.

AP Photo/Susan Walsh)

Agnieszka Legutko ma nadzieję, że wynik wyborów nie oznacza, że seksizm będzie teraz w USA dopuszczalnym dyskursem. Ale podkreśla, że najbardziej dotyka ją, że na Trumpa głosowało również wiele kobiet zbulwersowanych jego wypowiedziami.

Czy jako prezydent Donald Trump będzie bardziej uważał na to, co mówi? Zapewne. Będzie miał jeszcze większy sztab doradców, olśni go również blask urzędu - prezydentowi przecież pewnych rzeczy mówić nie wypada. Puszka Pandory została jednak otwarta.

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.