Monika, pracownik branży finansowej, 44 lata
Przysposobienie obronne w moim liceum miało standardowy charakter: trochę strzelania, odgrywanie wypadków i używanie noszy, a do tego masa teorii, z której nic nie pamiętam, i która nijak miała się do rzeczywistości. Czyli sporo niepraktycznej wiedzy i trochę zajęć praktycznych, które mnie nudziły, bo przez wiele lat mieszkałam obok strzelnicy... Tym, co prawdopodobnie odróżniało moją szkołę od większości innych, był fakt, że dysponowaliśmy czymś na kształt radiostacji polowej, którą musieliśmy w ramach zajęć zainstalować w parku obok.
Któregoś dnia pan profesor, który swoją drogą był osobą szalenie sztywną, co było dla nas pretekstem do żartów, postanowił nauczyć nas, jak korzystać z rzeczonego wynalazku. Oczywiście dysponowaliśmy bardzo prowizoryczną wersją. W skrócie: dużo drutów, pomiędzy którymi znajdowały się poszczególne stacje oraz stacja główna, którą obsługiwał nasz nauczyciel.
Najpierw spędziliśmy pół godziny, próbując w jakikolwiek sposób uruchomić to urządzenie. Kompletny bałagan i bieganie po parku, wyglądaliśmy pewnie, jakbyśmy urwali się z "Wakacji Mikołajka". W końcu się udało. Byliśmy wraz z kolegami i koleżankami oddaleni od siebie o jakieś kilkadziesiąt metrów. Naszym zadaniem było czekać na sygnał od nauczyciela i ogłosić alarm. Z racji tego, że czekanie się przedłużało, chłopcy nadawali co chwila fałszywe sygnały. Gdy wreszcie pan profesor "zadzwonił", odpowiedziałam, żeby dał spokój, bo czekam na ważny telefon. Byłam pewna, że to jeden z kolegów. Być może dlatego, jako jedyna w klasie, zadanie to zaliczyłam na trójkę...
Wspomnienia są raczej miłe, jestem jednak przeciwna pomysłowi przywrócenia zajęć o takim charakterze do polskich szkół. To stwarza ogromne możliwości, jeśli chodzi o indoktrynację polityczną. Część nauczycieli może w tym wypadku zabrnąć zbyt daleko w kwestie światopoglądowe. Weźmy choćby przykład rosyjski, gdzie lekcje tego typu, wprowadzone do publicznych szkół, służą głównie celom propagandowym.
Emilia, 61 lat, pedagog szkolny
Moje najbardziej wstrząsające wspomnienia dotyczące lekcji przysposobienia obronnego, tudzież wojskowego, pochodzą z początku lat siedemdziesiątych. Tato, który był wojskowym z wieloletnim doświadczeniem, przyjaźnił się z naszym PO-wcem. Ów pan organizował w okolicach Milicza letnie obozy, które z jakichś przyczyn miały być nagrodą dla wybranych licealistów. Ojciec bez problemu załatwił mi miejsce na wspomnianym turnusie, przekonując, że czekają mnie wakacje życia.
Motywem przewodnim obozu było wychowywanie młodzieży w żołnierskim duchu. Gdy dotarliśmy na miejsce, obdarowano nas ekwipunkiem w rodzaju munduru, beretu i ciężkich, wysokich butów. Do dziś nie mogę zapomnieć czterech tygodni musztrowania, wczesnych pobudek i innych atrakcji tego typu. Wojskowe buciory, a obok walizka pełna sukienek, które wraz z innymi dziewczynami zabrałyśmy ze sobą. Dla dbającej o swój wygląd nastolatki, która nie była nigdy typem chłopczycy, to był prawdziwy koszmar.
Na szczęście byłyśmy wraz z koleżankami na tyle sprytne, że znalazłyśmy wyjście z tej sytuacji. Udało nam się zapoznać z pewną panią mieszkającą w pobliskim mieście, która zgodziła się na przechowanie naszej garderoby. Gdy miałyśmy trochę czasu wolnego, pędziłyśmy do niej, aby się przebrać, po czym ruszałyśmy do kawiarni odetchnąć. W ten sposób udało nam się jakoś przetrwać te cztery tygodnie.
Dodam, że podczas całego pobytu regularnie wysyłałam do swojego ojca listy, w których podważałam jego miłość do mnie i deklarowałam, że mocno nadwątlił moje zaufanie. Chęć zrobienia ze mnie żołnierza wynikała prawdopodobnie z faktu, że miał cztery córki i ani jednego syna. W każdym razie: nigdy nie wybaczyłam ojcu tych "wymarzonych" wakacji.
Dorota, 41 lat, dziennikarka
Zajęcia z przysposobienia obronnego prowadził w naszej szkole wuefista. Całkiem sympatyczny pan, pozbawiony jednak wiedzy i niezbyt skory do większego zaangażowania w prowadzenie lekcji. A przy tym: człowiek raczej rozrywkowy. Jako że nasze lekcje odbywały się w poniedziałek rano, zazwyczaj widać było po nim trudy niedzielnego wieczoru. Wówczas to kazał chłopakom biegać po oranżadę, gdyż najwyraźniej go suszyło.
Nie przypominam sobie, żebyśmy korzystali z podręcznika, teorii było jednak na lekcjach naprawdę sporo. Uczyliśmy się na pamięć choćby stopni wojskowych i innych wątpliwie przydatnych rzeczy. Pamiętam też lekcje przypominające nieco ZPT. Na życzenie nauczyciela składaliśmy z papieru samoloty. Szczerze mówiąc, nie wiem, do czego to miało prowadzić. W każdym razie nam, dziewczynom, szło dość średnio, a pan nie był w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób poprawnie wykonać to zadanie.
W liceum uczono nas, jak zachowywać się w trakcie wybuchu (o ile mnie pamięć nie myli, trzeba było między innymi nakryć się prześcieradłem). Przed oczami staje mi też dzień, w którym nauczyciel cierpliwie tłumaczył klasie, że zamykanie trzmiela w pudełku zapałek może być niebezpieczne, gdyż rozwścieczony owad może nas zaatakować. Nie mam pojęcia, dlaczego z tylu niebezpieczeństw, jakie na nas czyhają, wybrał właśnie ten przykład. W każdym razie PO było traktowane przez nas wszystkich po macoszemu. Prowadzący udawał, że uczy, a my udawaliśmy, że słuchamy.
Wracając do niskiej przydatności nabywanej podczas przysposobienia obronnego wiedzy: koleżanka z innej szkoły miała więcej szczęścia. Tamtejszy nauczyciel przysposobienia obronnego (co ciekawe, noszący ksywę "Hitler", ze względu na charakterystyczną grzywkę...) uczył między innymi tego, co oznaczają dane znaki drogowe. Okazało się to rzecz jasna przydatne w przyszłości. Jak widać, charakter lekcji był mocno uzależniony od tego, na jakiego prowadzącego trafiliśmy.
Joanna, 60 lat, matematyk
Chwilami można odnieść wrażenie, że nauczyciele przysposobienia obronnego to jakiś specjalny gatunek, bardziej skłonny do przekraczania granic intymności czy nietykalności cielesnej.
Profesor z mojego liceum upatrzył sobie swego czasu jedną z koleżanek z mojej klasy, wysoką i, że tak powiem, dobrze rozwiniętą. Jakoś się tak dziwnie składało, że to ona zawsze wymagała pomocy przy zajęciu odpowiedniej pozycji strzeleckiej i to właśnie obok niej kładł się zazwyczaj, rzecz jasna: w celu udzielenia odpowiednich wskazówek, nasz nauczyciel. Dodajmy, że wymagało to kontaktu biodro w biodro i objęcia ramieniem, by ustawić kąt, pod jakim należało trzymać karabin przy twarzy. Wszyscy jednak, włącznie z rzeczoną koleżanką, przyjmowaliśmy to ze śmiechem - pewnie dlatego, że granice tego "biodro w biodro" i "ramię przy ramieniu" nigdy nie zostały przekroczone.
Natomiast z prowadzącym nasze zajęcia w Studium Wojskowym majorem Głucem, którego nazwisko muszę w tym wypadku wymienić, łączy się historia opowiedziana nam przez starsze roczniki. Pewnego dnia nauczyciel nakazał grupie wyciągnąć karteczki. Każdy ze studentów miał za zadanie napisać "major Głuc jest buc". Po zakończeniu "kartkówki" wojskowy zebrał wszystkie prace i pobiegł do toalety. Okazało się, że ktoś ze studentów nabazgrał na ścianie właśnie takie słowa, a major próbował zidentyfikować winowajcę. Podobno bezskutecznie.
Zajęcia tego typu pojawiły się również na studiach. Tam, oprócz absurdalnych tematów, śmieszyła nas pseudowojskowa formuła zajęć: wojskowe komendy, zdawanie raportów itp. To, a także jawna indoktrynacja polityczna, budowało komiczną atmosferę. Przecież były to lata 70.: protesty, śmierć Staszka Pyjasa, słuchanie po nocach Radia Wolna Europa. A tu: zajęcia na temat, przykładowo, zachowania w czasie ataku jądrowego, którego sprawcą miałaby być oczywiście "imperialistyczna potęga"... Absurd, nieprawdaż?
Rafał, 44 lata, inżynier
Pierwsze, co pamiętam, to wojskowy dryl, jakim raczono nas przed wejściem do klasy. Najpierw wszyscy ustawialiśmy się na korytarzu w szeregu, po czym nauczyciel sprawdzał listę obecności. Temu wszystkiemu towarzyszyły podstawowe komendy w rodzaju "baczność!", "spocznij!" i tym podobne. W gruncie rzeczy nie była to jednak żadna żołnierska musztra, nazwałbym ją raczej harcersko-wojskową.
Zresztą rozmaite komendy i instrukcje nierzadko służyły po prostu naszemu bezpieczeństwu. Mam tu na myśli zajęcia na strzelnicy. Bez znajomości podstawowych zasad, które miały na celu utrzymanie porządku, moglibyśmy napytać sobie biedy. Pociski słynnych KBKS-ów, czyli karabinków sportowych, może i nie były w stanie zabić, ale z pewnością mogły uszkodzić ciało.
Wspomniane karabinki to zresztą osobny temat. Niektóre były tak stare, że wypadałoby im mówić "per pan". Z uwagi na stan techniczny sprzętu wynik uzyskany podczas strzelania (a co za tym idzie, również zaliczenie przedmiotu) był kwestią przypadku. Dlatego też znaleźliśmy sposób na poprawę naszych rezultatów: gdy przychodził już czas na zdjęcie tarczy i policzenie punktów, dziurawiliśmy cel przy pomocy gwoździ. Trzeba było działać szybko i subtelnie, aby nauczyciel nie zauważył oszustwa, dlatego też spreparowane w ten sposób "strzały" charakteryzowały się niską punktacją, ale dobrym "skupieniem" - poszczególne otwory znajdowały się bowiem blisko siebie.
Samego prowadzącego lekcje wspominam z dużą sympatią. Był wojskowym, kapitanem w stanie spoczynku, który w wyniku wypadku nie widział na jedno oko. Pamiętam, że bardzo poważnie traktował swoje obowiązki, czego nie można było powiedzieć o nas - rzucanie granatem do wyimaginowanego celu czy ochrona na wypadek zagrożenia nuklearnego raczej nas wówczas bawiły.
Ryszard, 65 lat, pracownik naukowy
Większość osób kojarzy zajęcia z przysposobienia obronnego z okresem licealnym. Pamiętajmy jednak, że w okresie socjalizmu czymś zupełnie normalnym było wpychanie do planu studiów zajęć o militarnym charakterze. Prawdopodobnie po to, aby mieć pewność, że gdy przyjdzie co do czego, młodzi i całkiem inteligentni obywatele (w końcu wówczas nie było wcale łatwo dostać się na studia dzienne) staną w obronie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Mało tego - zajęcia wojskowe (o nazwie "szkolenie obronne") odbywały się częściej niż ćwiczenia z niektórych specjalistycznych przedmiotów związanych z naszym kierunkiem.
Panowie prowadzący zajęcia skupiali się głównie na tym, aby pokazać nam, jak mało wiemy o życiu i jak nieporadni jesteśmy. Przygotowania do egzaminu obfitowały w tyle nowych obowiązków, że można było odnieść wrażenie, iż jest to najważniejszy z przedmiotów, który zaważy na naszej dalszej karierze naukowej.
Wbrew temu, co myśleli jednak prowadzący, nie byliśmy wcale aż tak nieporadni i chętnie wykorzystywaliśmy naszą przewagę intelektualną, wikłając się z nimi w rozmowy i zabawiając improwizowanymi opowieściami na temat aktualnych wydarzeń politycznych i społecznych, które wymyślaliśmy na poczekaniu. Prowadzący zazwyczaj przytakiwali i deklarowali, że też o tym słyszeli, aby broń Boże nie obnażyć swojej niewiedzy.
Wojskowy sznyt nauczycieli objawiał się w różnych innych sytuacjach: wspominając te zajęcia, wyciągnąłem z szuflady swój indeks. Widnieje w nim nie ocena "bardzo dobra", a "BARDZO DOBRE".
Michał, pracownik branży bankowej, 34 lata
Pan, który prowadził lekcje przysposobienia obronnego w moim liceum, nie był wojskowym, choć chyba była to jego niespełniona ambicja. Nie przeszkadzało nam to jednak nadać mu dla żartu stopień wojskowy. Jeden z kolegów bardzo często deklarował w obecności nauczyciela: "chciałbym być kiedyś tak dzielnym wojakiem jak pan major".
Lekcje oczywiście były "porywające". Uczyliśmy się wojskowych piosenek, była też mowa o rodzajach broni, zasadach organizacji oddziałów wojskowych, maskach gazowych i postępowaniu w czasie konfliktu zbrojnego. Strzelanie, które pokolenie moich rodziców poznało w praktyce podczas zajęć na strzelnicy, omawialiśmy na tablicy.
Pamiętam, że nasz nauczyciel miał bliznę na łuku brwiowym. Spytałem go kiedyś, czy można się takiej nabawić podczas tych bitew rysowanych kredą, jednak niestety się obraził. Podczas innej lekcji "pan major" tłumaczył nam, jak dokonuje się dezynfekcji, deratyzacji itp. Spytaliśmy go więc o denazyfikację. Niestety, tym razem również nie doczekaliśmy się odpowiedzi.
Najważniejsze były jednak działania systematyczne. Regularnie przynosiliśmy nauczycielowi na biurko oberwane wycieraczki samochodowe, części klamek, kołpaki i inne połamańce, sugerując przy tym, że pochodzą z jego skody favorit. "Pan major" za każdym razem wychodził przed szkołę, aby sprawdzić, czy mówimy prawdę (zawsze był to blef). Kiedyś zresztą wspólnymi siłami ustawiliśmy jego skodę w poprzek na parkingu, co wywołało u niego sporą dezorientację.
Mieliśmy jeszcze jeden rytuał. Przez dwa lata, w czwartki, w trakcie czwartej lekcji wychodziłem z jednym z kolegów na korytarz i wrzucałem "panu majorowi" miotłę do klasy, po czym uciekałem. Po pewnym czasie nikt nawet nie wychodził już z sali, by sprawdzić, kto jest winny tego incydentu - cała operacja był wręcz oczekiwana.
Magdalena, 62 lata, projektant graficzny
Nasz nauczyciel był niskim, starszym, ale bardzo energicznym panem. Nie ma co ukrywać, że płeć piękna mogła liczyć w jego przypadku na taryfę ulgową. Wszystkie dziewczyny były więc obowiązkowo ubrane w spódniczki mini.
Co prawda nosiłyśmy mundurki, ale podwijałyśmy spódnice w pasie, żeby je skrócić. Być może dzięki temu podczas zajęć na strzelnicy znajdującej się na tyłach placu Zebrań Ludowych w Gdańsku w przypadku opadów deszczu profesor się nad nami litował i pozwalał ukryć pod daszkiem. Spódniczka nie była oczywiście jedynym narzędziem zbrodni. Nosiłyśmy też w kieszeniach grube gwoździe, żeby zrobić nimi dziurki w tarczach, no bo kto, strzelając z tych starych KBKS-ów, mógłby w cokolwiek trafić?
Najbardziej bawiły nas oczywiście maski przeciwgazowe. Nasz nauczyciel denerwował się, gdy nazywaliśmy je "maskami gazowymi". Na lekcjach zakładaliśmy też specjalne gumowe ubrania - "na wypadek wojny chemicznej". Te wszystkie pasy i płachty to była czysta komedia! Szczególnie gdy wyrywaliśmy się w nich na szkolne korytarze z gotyckimi elementami architektonicznymi, i w tak zwanych "pegazkach" na twarzy maszerowaliśmy z piętra na piętro.
Któryś z kolegów miał przy sobie pewnego dnia czerwony atrament, więc umazaliśmy nim czoła i skronie, po czym założyliśmy wspomniane maski. Po drodze trafiliśmy na naszą dyrektorkę. Najpierw przywitaliśmy ją, nie zdejmując masek, a po demaskacji z radością obserwowaliśmy jej zszokowaną twarz, którą po chwili ozdobił dobrotliwy uśmiech. Ale i tak stanęło na: "Proszę iść się umyć zaraz po lekcji!".
Siedzę teraz przy biurku, po drugiej stronie półkuli i po drugiej stronie stulecia, i chichram się z tych wspomnień. To już przecież 43 lata, a jakie to wszystko żywe w mojej pamięci!
Chodziliście na przysposobienie obronne? Ciekawe, czy coś jeszcze z niego pamiętacie [QUIZ]
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna .pl , stały współpracownik Gazeta.pl i Wirtualnej Polski. Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage " niedzielepolskie " oraz firmę graficzno-odzieżową UNDO. Spędzi życie po właściwej stronie Błoń, chyba że będzie musiał przeprowadzić się do Warszawy.