Tekst powstał po pierwszej debacie Clinton-Trump 26.09.2016. Ostatnia debata odbyła się 20.10.2016.
Uniwersytet Hofstra w Nowym Jorku, wieczór, 26 września. Hillary Clinton i Donald Trump wchodzą na scenę. Co zobaczyliśmy jako pierwsze? Intensywnie czerwony kostium Hillary Clinton, wyraźnie odcinający się od niebieskiej tonacji pomieszczenia, w którym odbywała się debata. Niebieskiej tonacji, na tle której ciemny garnitur i niebieski krawat Donalda Trumpa nie wyglądał już tak efektownie.
I o to sztabowi Demokratów chodziło. Masz atut w rękawie, w tym wypadku kobietę, która może pokonać mężczyznę strojem? Użyj go. To jest walka o prezydenturę, tu wszystkie chwyty są dozwolone. No, prawie wszystkie.
Każdy ruch kandydatów, sposób, w jaki podają ręce, sposób, w jaki poprawiają włosy, to, w jaki sposób patrzą na siebie - to wszystko jest wytrenowane. Politycy są szkoleni, bardzo intensywnie, jak się zachowywać. Witają się więc grzecznie ze sobą i z moderatorem Lesterem Holtem i stają za pulpitami. Za chwilę padnie pierwsze pytanie.
W tym momencie właśnie kończy się reżyseria spektaklu. Wyreżyserować można było wszystko do tej pory. Teraz od kandydata zależy, czy wcieli się w rolę, którą rozpisał mu sztab. Czy strategia, wybrana przez doradców, zadziała. Czy argumenty celnie uderzą przeciwnika i wyprowadzą go z równowagi. Rusza pierwsza runda pytań. W kuluarach sztabowcy obu kandydatów nerwowo śledzą przebieg starcia. Wiedzą, o jaką stawkę toczy się gra. Wiedzą, że przegrana może kosztować ich kandydata zbyt dużo. Pamiętają lekcję Nixona.
Potęga telewizji
Był wyraźnie zmęczony, blady, wychudzony. Rozbieganym wzrokiem wodził po telewizyjnym studiu. Zaraz po występie matka zadzwoniła zapytać, czy nie jest chory. Jego przeciwnik był opalony, uśmiechnięty, wypoczęty. I przygotowany. Bardzo dobrze przygotowany. Sami zobaczcie:
John Fitzgerald Kennedy wygrał tę debatę z Richardem Nixonem, a potem cały wyścig do Białego Domu. A partyjni macherzy od kampanii prezydenckich zdali sobie sprawę, że właśnie wtedy, 26 września 1960 roku, w amerykańskiej polityce zmieniło się wszystko.
Choć teoria, że Kennedy zawdzięczał zwycięstwo temu, że się lepiej prezentował w TV, była potem podważana, nie zdarzyło się później w historii politycznej USA, żeby kandydat unikał telewizyjnej debaty. - Tu w grę wchodzi czynnik "macho" - musisz wyjść na scenę i walczyć. Gdyby ktoś nie chciał debaty, dostałby łatkę tchórza. "Wychodź i walcz, czego się boisz?". Dlatego komitety wyborcze Republikanów i Demokratów zawsze się jakoś dogadają co do warunków - mówi William "Dr Bill" Silcock, profesor Uniwersytetu Stanowego w Arizonie, wykładowca i praktyk dziennikarstwa.
Dr Bill wie, co mówi. Na uniwersytecie w Arizonie w 2004 roku starli się ówczesny prezydent George W. Bush i późniejszy sekretarz stanu u Baracka Obamy, John Kerry. Silcock współorganizował i relacjonował tę debatę. Był w samym środku.
Jak się robi debatę
- Lista do uzgodnienia potrafi liczyć 32 strony. I oba obozy muszą te 32 strony zaakceptować: jak długo ma trwać odpowiedź kandydata. Co ma się stać, gdy kandydat chce odnieść się do poprzedniego pytania. Jak wysokie ma być podium, na którym stoi - mówi Bill Silcock. Myślicie, że to nieważne? Donald Trump ma 188 centymetrów wzrostu, Hillary Clinton - 165 cm i jeśli wierzyć "Daily Mail" , kandydatka Demokratów chciała występować na stołeczku, żeby zredukować różnicę wzrostu. Odmówiono jej. A nic dziwnego, że o to walczyła. Różnica między nią a Trumpem była największa w historii telewizyjnych starć kandydatów do Białego Domu. A badania cytowane przez Vox pokazują, że wyborcy generalnie faworyzują politycznych liderów, którzy są wysocy .
- Wymagania kandydatów i ich sztabów są nieprawdopodobne - mówi Dr Bill. I tak są kandydaci, którzy np. mówią: chcę użyć czerwonego długopisu. Dlaczego czerwonego? Bo kandydat ma taki kaprys. Jedną z kluczowych kwestii, jakie się wypracowuje w umowie o debacie, jest to, czy kandydaci mogą się do siebie zwracać bezpośrednio. Dlaczego to ważne? Ano dlatego:
Co więcej, w USA partie cały czas próbują doprowadzić do tego, by kandydatów nie można było "dociskać" - dopytywać, ciągnąć wątek z konkretnego pytania, wytykać błędów. - Chcą spętać dziennikarzy zasadami - narzeka Bill Silcock. Ale na razie politykom się nie udaje. Najlepiej było to widać wczoraj, gdy prowadzący debatę Clinton-Trump prezenter Lester Holt ostro pilnował kandydatów. Miesiąc temu sztab Trumpa zarzucał mu stronniczość i sprzyjanie Demokratom . Problem w tym, że Holt jest... zarejestrowanym wyborcą Partii Republikańskiej (w USA istnieje rejestr wyborców, aby głosować, należy się zarejestrować, przy tej okazji można zadeklarować, na jaką partię się głosuje - M.G.)
"Polityka trzeba docisnąć"
Co się nie udało w USA, udało się w Polsce. W ostatniej debacie 10 kandydatów na prezydenta w Polsce cała dziesiątka odpowiadała po kolei na pytania. Pytanie, odpowiedź, koniec, następny kandydat. Debata, z trudnego egzaminu dla kandydatów, zmieniła się w festiwal swobodnych oświadczeń politycznych.
- To się zdarzyło w Polsce? Na pierwszym etapie kampanii? Wow! To źle świadczy o żywotności demokracji. Możliwość dopytywania, dociskania, jest kluczowa. Politycy to śliscy ludzie. Wytrenowani w unikaniu odpowiedzi wprost na pytania. Dobry dziennikarz to taki, który takiego polityka dociśnie. To dziennikarz musi wrócić do pytania i zadać je na nowo - kwituje Dr Bill. - Najbardziej efektywne są takie debaty, gdzie grupa dziennikarzy przepytuje kandydatów. Można ich wtedy solidnie zgrillować. Jeżeli strony uzgodniły, że kandydaci mogą komentować swoje wypowiedzi, a z reguły tak jest, to grillują też siebie nawzajem.
Ile kosztuje takie grillowanie? - To gigantyczny proces logistyczny, na który trzeba wydać bardzo, bardzo dużo pieniędzy - nie ukrywają moi rozmówcy. Debata Bush-Kerry kosztowała około 2,5 miliona dolarów. Ile kosztowała wczorajsza debata Clinton-Trump? To się jeszcze okaże, gdy Uniwersytet Hofstra w Nowym Jorku podliczy koszty. Ale moi rozmówcy - Bill Silcock i Virgil Renzulli, wiceszef ds. publicznych arizońskiego uniwersytetu, są zgodni: kolejne debaty były i będą coraz droższe. Koszty potrafią spiętrzyć się z dnia na dzień. Virgil Renzulli: - Gdy wygraliśmy kontrakt na debatę, dowiedzieliśmy się, że nasze budynki stoją zbyt daleko od siebie. Bo sekundę po tym, jak kończy się debata, kampanijne ekipy ruszają do stanowisk mediów - tłumaczyć, analizować, przetwarzać to, co zostało powiedziane i uprawiać propagandę. Więc musieliśmy na jeden dzień wybudować gigantyczne tymczasowe centrum konferencyjne. Ogromny namiot. Podłączyć tam telewizje, internet, radio, klimatyzację. Wszystko.
Tyle, że ani jeden dolar wydany na ten spektakl nie pochodził z kieszeni podatników. Nic dziwnego - politycy się tu pilnują. Co cztery lata najważniejsza kwestia w każdej debacie to gospodarka. Czy moje podatki się zmniejszą? Czy będę miał ubezpieczenie zdrowotne i jakie? Ile będę zarabiał? Na tej podstawie Amerykanie podejmują decyzję.
Kto za to płaci?
Od 1988 roku debaty kontroluje, organizuje i finansuje tzw. Komisja Debat Prezydenckich (CPD). Skąd ma pieniądze? Z darowizn prywatnych darczyńców, fundacji i korporacji. CPD to organizacja non-profit , kontrolowana przez obie partie, ale neutralna. W jej zarządzie zasiadają dobrze ustosunkowani ludzie z obozu republikańskiego i demokratycznego - dla równowagi. Czy nie taniej byłoby zorganizować debaty w studiach telewizyjnych, które mają potrzebną infrastrukturę, zamiast na uniwersytetach? Moi rozmówcy wyjaśniają: kluczowa jest publiczność, która ma żywo reagować na to, co mówią kandydaci. A trudno o lepszą publiczność niż młodzi, rozpolitykowani ludzie, i szanowani specjaliści od polityki. Krótko mówiąc: studenci i ich profesorowie. To przez to nastrój w kuluarach debaty jest taki, jak opisują moi rozmówcy.
- Ekscytacja! Energia! Zabawa! Radość! U nas to polityczne święto. Zwłaszcza dla studentów - to bezcenne doświadczenie, a jako wykładowca cieszę się, jak patrzę, jak się angażują - opisuje Bill Silcock. A w obozie dziennikarzy? Tam jest trochę więcej cynizmu. Większość reporterów widziała już niejedną debatę. Znają tę grę. Znają jej zasady. I znają ciemne strony obu obozów. Wiele z tego, co mówią kandydaci, słyszeli wcześniej na szlaku kampanii. Jeżeli np. tematem jest wojna, którą od lat USA toczą za granicą, to, co powie kandydat na ogólnokrajowej debacie, niewiele będzie się różniło od tego, co powiedział sześć miesięcy wcześniej na spotkaniu z wyborcami w małym mieście na prowincji. Czasem ta wiedza się bardzo przydaje. Jak w 1988 roku, gdy republikański kandydat na wiceprezydenta, Dan Quayle, w wypowiedziach przed debatą porównywał się do prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego. Jego przeciwnikiem był stary wyga, senator Lloyd Bentsen. Czekał, jak w zasadzce. Gdy znów Quayle zrobił aluzję do JFK, jego przeciwnik odparł: Senatorze. Ja znałem Johna Kennedy'ego. Ja pracowałem z Johnem Kennedym. Senatorze, pan nie jest Johnem Kennedym.
Wybuchły brawa:
Game changer
Ale debata, która okazuje się tzw. game changerem , jak starcie Nixon-Kennedy, nie zdarza się zbyt często. Maszyneria polityczna dba o to, by kandydat nie poległ. Czy Hillary Clinton za zamkniętymi drzwiami toczyła debaty z kimś, kto udawał Trumpa - i na odwrót? Moi rozmówcy potwierdzają. - Oni muszą być gotowi na każde trudne pytanie. Na to, że ktoś rozbije ich gardę. Partie pilnują, żeby te przygotowania utrzymać w tajemnicy, nie chcą, by sztab przeciwnika poznał ich słabości.
Co jest lepiej widziane? Kandydat, który ma przemyślane odpowiedzi i jest spokojny, czy raczej ten dynamiczny, agresywny, atakujący przeciwnika? Dowcip polega na tym, że i jedno, i drugie. Wyborcy chcą efektownego, walczącego, odważnego polityka, ale z drugiej strony musi on zaprezentować się jako człowiek rozważny - przecież dostanie do ręki kody do głowic nuklearnych. - Amerykanin musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy ten mężczyzna albo kobieta, w sytuacji trudnej, napięcia, zagrożenia, kryzysu, będzie twardo stał na ziemi? To powinna pokazać debata - kwituje Bill Silcock.
Stawka jest jeszcze wyższa, gdy jednym z zawodników na ringu jest aktualny prezydent USA. W tym momencie w grę wchodzi nowy, ważny czynnik. Terroryzm. - Wśród publiczności na debacie na pewno znajdą się agenci Secret Service pod przykrywką. Miła, malutka starsza pani siedząca na widowni może być w rzeczywistości znacznie młodsza i znacznie silniejsza, niż się wydaje. O to chodzi, żeby nikt się nie dowiedział. Tak samo w samolotach amerykańskich linii zawsze jest agent. A ty nie wiesz, kto nim jest - tłumaczy Silcock.
A po głównym starciu PR-owcy i sztabowcy ruszają do tzw. spin room . To miejsce przeznaczone na konferencje prasowe i komentarze po najważniejszym starciu. Tam, poza głównym budynkiem, trwa nieustająca walka, komentarz i ocena. Tam dzieje się spin, bo - gdy kandydat popełni błąd - to tam jest miejsce, żeby mu go wytknąć, uderzyć, zaatakować. Szef kampanii kandydata idzie tam zaraz po debacie. Czekają na niego telewizje, gazety i portale. Wtedy już z reguły wie, czy to "jego" polityk znokautował rywala, czy sam leżał na deskach i był liczony.
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze i Instagramie .
r e me de la cr e me
Zapisz